1.5 Rozdział 7, 8 i 9
ROZDZIAŁ VII:
WSZYSCY MAJĄ TRAUMĘ, MAM I JA!
Nataniel leży w noszach i rozmyśla, czy z wypadku uratował tę samą dziewczynę, którą spotkał w górach (i przez którą spadł), potem zostaje zabrany do szpitala. Cały czas się zastanawiałam, czy dziewczyna nie okaże się córką Marty, ale autorka mnie przechytrzyła.
Przychodzi Marta sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Uśmiechnął się na widok znajomej twarzy, a przynajmniej dzielnie próbował. Bandaż spowijał jego czoło, potylicę i prawy policzek. Marta pochyliła się ku niemu, musnęła drugi policzek gestem tak znajomym, tak boleśnie znajomym… Aż poczuł łzy pod powiekami. Mama robiła to samo za każdym razem, gdy chorował czy miał gorączkę. Ona też po wypadku nie opuszczała jego łóżka na krok, chyba że zmieniała ją babcia. Wtedy tak. Na parę godzin znikała, by złapać choć trochę snu, po czym wracała tak samo spiesznie, mówiąc:Ach, te kreatywne opisy krzywd i zranionych dusz... a to dopiero początek festiwalu traum.
– Już jestem, synku. Jestem przy tobie.
Łzy potoczyły się Natanielowi po policzkach.
– Co się stało, dzieciaku? Boli? – usłyszał pełen troski głos Marty.
Pokręcił głową. Nawet jeśli bolało, nie znalazłaby na to lekarstwa. Nie na ból dziecka, które straciło matkę…
Siergiej będzie niepocieszony, że Nataniel nie będzie podglądał kąpiącej się Marty, przez co ta nie znajdzie pretekstu, by go wyrzucić. Bo to przecież jedyny powód, dla którego da się wyrzucić gościa.
– Co z nim? – usłyszał drugi głos, znajomy.
– Jak śmiesz tu przychodzić?! – rzuciła gniewnie kobieta. – Mało go nie zabiłeś, ty i twoje bydlę!
– Słuchaj… – Siergiej podszedł do Marty, położył dłoń na jej ramieniu i przytrzymał, mimo że próbowała ją strącić.
– Może masz rację, rzeczywiście koń poniósł, ale dzięki temu uratowaliśmy jedno ludzkie istnienie.
– Coś ci się popieprzyło, Sodarow! Raczej…
– Ta dziewczyna będzie żyć, a spłonęłaby w samochodzie.
– Gdyby koń nie wyskoczył na jezdnię, nie byłoby wypadku i nie musiałbyś nikogo ratować, pieprzony bohaterze! Zejdź mi z oczu, bo…
Aha. Czyli jednak rozrzucanie koni i Natanielów po ulicy W OGÓLE nie miało wpływu na bieg wydarzeń. To wręcz wspaniałe, że koń wywalił się (prawie) na autostradzie, bo bohatersko się poświęcił, by Nataniel mógł uratować jakąś anonimową kobietę.
Już abstrahując od nieznajomych rannych, to gdyby kózka nie skakała, toby Nataniel nie siedział teraz z obandażowanym łbem i Marta nie najadłaby się strachu. Nataniel nie miał żadnego powodu, by brać się za jazdę konną w ramach wyzwania, zwłaszcza że nie trenował od lat, a brak wiedzy na temat własnych ograniczeń (ile można zrobić chorą nogą) to narażenie się na niebezpieczeństwo.
– Pani Marto – odezwał się cicho Nataniel. Mógł znielubić czarnowłosego mężczyznę od pierwszego wejrzenia, tak jak on znielubił Nataniela, ale nie pozwoli, by oskarżano niewinnego człowieka. – Koń nie wyskoczył na jezdnię. Zdołałem zatrzymać go w ostatniej chwili. Zrzucił mnie z grzbietu, w momencie gdy wystraszył się huku. Wtedy właśnie samochód wbił się w drzewo. Gdyby mnie tam nie było, dziewczyna naprawdę spłonęłaby w aucie. A gdyby nie pan…Ach, no tak. Bez przesady, inaczej byłoby niewiarygodnie: wypadek po prostu akurat przejeżdżał.
– Siergiej – poprawił go nieprzyjaźnie mężczyzna.
– …Siergiej, być może i dla mnie skończyłoby się to bardzo źle.
– A więc jednak. Pieprzony bohater – prychnęła Marta, poderwała się gwałtownie, odtrącając Sodarowa, i wyszła z pokoju, nim zdążył chwycić ją za rękę.
– Poleżysz chwilę sam? – Siergiej nie czekał na odpowiedź chłopaka. Po prostu wybiegł za Martą.
Ten przymus dotykania osoby, która wyraźnie sobie tego nie życzy, jako jedyny znany sposób na wyrażanie pozytywnych emocji (no, tu skruchy i chęci pocieszenia). Kolejny człowiek wyglądający na straumatyzowanego. Czemu autorka nie może dla odmiany napisać powieści o kimś, kto miał ciężkie życie, ale nie jest maksymalnie toksyczny albo dziecinny, przez co szkodzi innym? Jacyś ludzie odnajdują się przez wspólne przeżycia, te sprawy. A nie dziwny kryminalista jako przystojne zło, materiał na romans pełen emocji i wybuchów.
W tym uniwersum wszyscy mężczyźni są źli, więc widocznie najrozsądniej się z tym pogodzić i po prostu na partnera wybrać najprzystojniejszego.
W tym uniwersum wszyscy mężczyźni są źli, więc widocznie najrozsądniej się z tym pogodzić i po prostu na partnera wybrać najprzystojniejszego.
– Przepraszam, Siergiej – rzekła cicho i powoli uniosła nań spojrzenie. – Masz rację. Jakimś cudem, ale twój wybryk uratował tamtą dziewczynę. Wiadomo, co z chłopakiem sołtysa?
Tak, syn Wieśka Sidły znany był z brawurowej, czy raczej bezmyślnej, jazdy. Wyprzedzał w ten sposób nie raz i nie dwa, przyprawiając kierowców o zawał serca. Mijał się ze śmiercią tyle razy, że kumple zaczęli o nim mówić „Connor”*. Wreszcie trafiło i na niego…
– Odratowali go – odrzekł Sodarow, nie mogąc oderwać wzroku od złocistych oczu kobiety.
Aha. „Minął się ze śmiercią tyle razy, (ale) wreszcie trafiło i na niego”, jednak „Odratowali go”. Logiczne. Przy okazji jest przypis, że Katarzyna Michalak przed pisaniem obejrzała „Nieśmiertelnego”. To znaczy stąd „Connor”.
Więc… najpierw poznaliśmy patologiczną mamę (aluzje do prostytucji), potem patologicznego tatę (lejącego żonę, że ta musi uciekać), teraz patologicznego synka… W zasadzie ród sołtysów może zastąpić wszystkich złych bohaterów tej książki. Pewnie z niego wywodzi się Siergiej.
Szkoda, że o niego nie pytała z takim niepokojem w kocich źrenicach, gdy leżał w tym samym szpitalu parę lat wcześniej. To wtedy właśnie, gdy po raz pierwszy Marta Kraszewska uratowała mu życie, postanowił, że zdobędzie tę piękną, dumną kobietę. To tutaj, gdy ratowała go po raz drugi, stracił na to wszelkie szanse. Ale nie nadzieję. Siergiej Sodarow był cierpliwy. Potrafił zdobywać najbardziej niedostępne szczyty.
Teraz, wiedząc, że chwila jak ta, gdy Marta była tak bezbronna i krucha, nie powtórzy się szybko, uniósł dłoń i delikatnie odsunął kosmyk kasztanowych włosów z jej czoła. Musnął koniuszkami palców policzek kobiety.
Przytrzymała go za nadgarstek.
– Daj spokój, Sodarow. Na mnie twoje sztuczki nie działają – rzekła cierpko i odepchnęła rękę mężczyzny.
Czy mi się wydaje, czy to miało być słodkie? Że dla niego liczy się dusza kobiety, nie wiek (w książkach Kasi najwyraźniej da się mieć męża rówieśnika tylko, jeśli się go usidliło we wczesnej młodości, bo jak kobieta najpierw kończy studia, a potem wchodzi na rynek matrymonialny, zostają jedynie wdowcy na wózkach inwalidzkich). Zakochać się w lekarce, bo uratowała ci życie, można, jak się ma dwanaście lat. Jak ma się prawie pięćdziesiąt, a potem zaczyna nękać obiekt uczuć, wskazuje to raczej na zaburzenia psychiczne.
Nie wiem, czy autorka przypadkiem stworzyła coś spójnego (co pewnie zaraz się posypie), bo jednak pokazała, że Marta już jest kłębkiem nerwów: musi uważać na każdy swój krok, ma poczucie winy z powodu przyjaciół, przez to nie ma się komu poskarżyć (osamotnienie), do tego boi się, że jak się znudzi Siergiejowi, będzie tylko gorzej. Powinna się raczej bać, że on się jeszcze bardziej zadurzy i na końcu książki będzie sprawa jak OJ Simpsona. Pamiętacie te teksty typu „martwię się o ciebie, powinnaś zerwać kontakt z kolegami”? OJ Simpson też na pewno szczerze martwił się o żonę. D r a m a t.
Gdy zniknęła za drzwiami pokoju, w którym leżał Nataniel, uśmiechnął się, mrużąc lekko czarne oczy. Na swoje nieszczęście Marta nie widziała go w tej chwili. Inaczej nie wpuściłaby go więcej za próg domu.
Najgorsza rzecz, którą zrobił Siergiej: uśmiechanie się. Nie zachowywanie się jak prosię, nękanie ludzi i doprowadzenie do wypadku w ramach popisywania się. Uśmiechanie się.
To raz. A dwa... To ona go do siebie zapraszała??? Włamywał się? Wpraszał? Problem z kiepską literaturą jest taki, że nie można sobie budować jakiegokolwiek spójnego wyobrażenia relacji, bo zaraz nastąpi pięćdziesiąt plot twistów.
To raz. A dwa... To ona go do siebie zapraszała??? Włamywał się? Wpraszał? Problem z kiepską literaturą jest taki, że nie można sobie budować jakiegokolwiek spójnego wyobrażenia relacji, bo zaraz nastąpi pięćdziesiąt plot twistów.
Gdyby Siergiej Sodarow wiedział, jaką przysługę wyświadcza młodemu mężczyźnie, podpuszczając go do jazdy na grzbiecie czarnego ogiera, zrobiłby po raz drugi to samo czy nie? – Nataniel po wielekroć zadawał sobie to pytanie, gdy wracał pamięcią do tego dnia. Dnia, który zmienił wiele. Może nawet wszystko…
Aha. A co go obchodzi Nataniel?
ROZDZIAŁ VIII:
NIEME KINO Z TEKSTAMI KATARZYNY MICHALAK
Natanielowi nic strasznego się nie stało, po tygodniu wraca do domu. Marta bardzo się stresuje, że ją znienawidzi za przypadkowe zdemaskowanie, a potem jakieś pół strony tłumaczy przed sobą, że nie skłamała, bo przecież od sześciu lat zajmuje się krawiectwem, a jedynie wcześniej była lekarką – wyjaśniło się też, do czego jest potrzebna miejscowym. Udziela darmowych porad i pierwszej pomocy (to chyba każdy powinien potrafić?), ale nie pracuje w przychodni ani szpitalu.
W myślach Marty pojawia się Wielki Sekret, który dotąd poznał tylko Mateusz i „cóż”, czyli Siergiej.
Myśląc o sobie w ten sam sposób co Nataniel, krzywdziła przede wszystkim siebie. Ale też przyjaciół, którzy kochali ją i szanowali. Na szczęście nie wiedzieli, jak nisko Marta siebie ceni. Byliby zaskoczeni i trochę rozczarowani. A jeden z nich… o tak, on przełożyłby ją przez kolano i spuścił manto. Tylko że gwałtownika, który gotów byłby to zrobić, Marta nie mogła nazwać przyjacielem. Właśnie wchodził do pokoju bez pukania, jak do siebie…
Matko boska.
Wchodzi Siergiej i zaczyna się rozmowa o Natanielu.
– Już uzgodniliśmy, że była to raczej przysługa, nie krzywda. Ludzie z Sennej przyjmą go z otwartymi ramionami. Gdybyś nie tkwiła w tym pokoju jak cerber, sołtys już pierwszego dnia przyszedłby z podziękowaniami. Natuś uratował narzeczoną jego synalka.
– Nie mów na niego „Natuś”! – krzyknęła naprawdę wściekła.
Siergiej potrafił wyprowadzić ją z równowagi kilkoma niewinnymi zdaniami…
To chyba nie te niewinne zdania ją zirytowały, tylko człowiek je wypowiadający.
– Spokojnie, moja śliczna czarownico. – Uśmiechnął się teraz do niej szelmowsko, o tak, to też potrafił, wiedząc, że tym zmiękczy serce kobiety. – Może z twojego Nataniela i nieco pokpiwam, co prawda, to prawda, ale nie szydzę. A to różnica. Lubię chłopaka. Niby taki ciapciak, goguś wypieszczony przez mamusię, a charakter ma.
– Zaraz oberwiesz za „mojego Nataniela” i za „ciapciaka”!
– Martuś, jesteś śliczna, jak się uśmiechasz, i śliczna, jak się złościsz…
Wyobraziłam sobie Michalak sprzeczającą się z Michalak. Spotkałam ludzi, którzy tak flirtują lub próbują flirtować, ale zwykle nie mają czterdziestu paru lat.
Siergiej pyta, czy Marta chce, by Nataniel stał się mieszkańcem wsi, bo:
– Nic. Po prostu nie lubię obcych na moim terenie.
– Twoim terenie? Twoim?! Ludzie, trzymajcie mnie… Może i pół wsi siedzi ci w kieszeni, może sponsorujesz miejscowych pijaczków, ale nie jesteś panem życia i śmierci całej reszty! Za kogo ty się uważasz, do cholery?! – Przyskoczyła do mężczyzny i chciała chwycić go za fraki, dać mu z pięści w zęby, cisnąć o ścianę, przyłożyć z drugiej strony, ale… była tylko kobietą.
Właśnie łapał ją za nadgarstki i przytrzymywał na odległość ramion, nie pozwalając na to, czego w tej chwili pragnęła.
Była tylko kobietą! Zwiędłą lilią więdnącą jeszcze bardziej w muślinach, mdlejącą ze zgorszenia na dźwięk słowa „pijaczek” wychodzącego z jej własnych ust! Chwytała powietrze rozpaczliwie jak ryba, ale na nic to. Jedwabiste pukle rozsypały się w nieładzie, gdy upadała, na szczęście silne ramiona och Siergieja pochwyciły ją, nim zdążyła znaleźć się na podłodze.
Ta też dobra. Wie, że człowiek jest niezrównoważonym kryminalistą i zamiast go uspokoić, idzie dać w mordę. Nie ma w tym za grosz logiki, ale to świetny pretekst, żeby wsadzić kontakt fizyczny i scenę z siłą Siergieja. Mam nadzieję, że ten obrazek nie miał pokazywać namiętności bez seksu i pierwotnej męskiej siły, czyli umięśnionego mężczyzny obezwładniającego rozhisteryzowaną kobietę w ramach jakiejś kliszy sprzed stu lat... ale co ja się oszukuję.
„A może przeciwnie?” – przemknęło mężczyźnie przez myśl. „Może Marta sama nie wie, czego naprawdę chce?”
Pociągnął ją na siebie tak gwałtownie, że siłą rozpędu wpadła mu w ramiona. Zaszamotała się, ale nie puścił. Zgrzytnęła zębami z frustracji, lecz nim zdążyła ostrzec, że jeśli zaraz jej nie puści, to… rzekł miękko:
– Dlaczego ciągle ze sobą walczymy? Nie moglibyśmy choć raz zachować się jak przyjaciele, może coś więcej?
Tym na pewno ją zwabi do łóżka. Miękki głosik brutala trzymającego w ramionach na siłę kobietę i propozycja seksu idealnie do siebie pasują. W ogóle nie kojarzą się z sytuacją zagrożenia.
Znowu widzę dwie Michalak, bo Siergiej coś za bardzo wierzy w lubiane przez autorkę klisze.
Btw wiem, że autorce potrzebna była taka scena z muskułami Siergieja i ich brakiem Marty, ale czy doświadczona przez życie kobieta jak Marta nie próbowałaby umówić się na tajną rozmowę do miasta, żeby w knajpie wśród ludzi o tym pogadać? Wiadomo było, że będzie chciał omówić z nią wypadek, a w ten sposób prędzej obyłoby się bez nieprzyjemności.
– Coś więcej? – prychnęła. – Niby co? Przyjaźnić się z tobą to i tak za wiele!
Zabolało, jakby dostał w twarz. Odepchnął ją od siebie tak nagle, jak wziął w objęcia.
– To, co powiedziałaś, nie pomoże twoim przyjaciołom – wycedził, odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Otwarta wojna z Siergiejem Sodarowem nie była Marcie do szczęścia potrzebna! Nie teraz! Trzeba go jakoś ułagodzić, ugłaskać. Jeśli naprawdę coś do niej czuje, a nie jest to li tylko jakaś dziwna gra, obliczona na wciągnięcie kolejnej zdobyczy do łóżka – na miłość boską, jaka z niej, czterdziestosześcioletniej kobiety, zdobycz dla takiego Casanovy jak Sodarow?! – jeśli więc naprawdę nie jest mu obojętna, trzeba…
Co ona z tym wiekiem? Zwłaszcza że jest młodsza TE DWA LATA od Siergieja. Rozumiem, że autorka chce pokazać niskie poczucie własnej wartości Marty, ale ono już po raz któryś opiera się wyłącznie na niebyciu dwudziestolatką. Tak to jest, jak pisze się bez planu. Naprawdę, mogłaby podać chociaż jakieś przykłady kompleksów związanych z wiekiem, zmarszczki, cienkie włosy, albo ogólne wrażenie bycia starszą niż się jest (stres w poprzedniej pracy).
A Siergiej to Casanova? Jak dotąd wszystko wskazywało na to, że od dłuższego czasu chodzi za Martą i nie szuka innych romansów. Można było to wpleść jakoś subtelniej, pokazać odpowiednią scenkę, a nie napisać „Sodarow to Casanova”, byle odhaczyć cechę bohatera z notesika.
zagrać na jego uczuciach. Wykorzystać słabość tego gangstera do własnych celów. Jednym z nich było zatrzymanie Nataniela w Sennej. W chacie nad jeziorem. Misterny plan, który Marta zaczęła snuć w chwili pojawienia się chłopaka tam, na wzgórzu, nie uległ zmianie. Może się nawet umocnił?
To już patologia na niewiarygodnym poziomie. Marta ma być świętą prawie dziewicą, co tylko raz, po ciemku, żeby pojawił się dzidziuś (zauważcie, jak pogardliwie wypowiadała się o żonie sołtysa, która od zawsze lubiła mężczyzn i najwyraźniej nie udawała świętej – to rzutowało na jej ocenie w oczach Marty, gdy padła ofiarą przemocy domowej), dlatego od początku wykluczała nieszkodliwą przygodę na jedną noc, natomiast łamanie komuś serca i manipulacja to już żaden problem. Nie mówię, że koniecznie powinna na Siergieja lecieć i zaciągać go do łóżka, bo a nuż się odczepi – wcześniej nie miała ochoty, a na tym etapie to nawet wyobrażanie sobie Nataniela jej nie pomoże, ale system wartości ma fascynujący. Jak wszyscy w tej powieści.
Dobra, dodam kolejny rozdział, bo nie mogę z tej toksyczności. Już wiem, czemu analizatorzy tak często marudzą z jej powodu. To działa dziesięć razy mocniej, gdy musisz zwerbalizować, co jest nie tak z fragmentem.
Nataniel wraca do chaty i zamiera: podwórze posprzątane, chata umyta z zewnątrz, coś naprawione, gdzieś kwiatki i hafty. Firanki, zasłonki, serwetki, garnki, zastawy i inne cuda, których wcześniej tam nie było.
Nataniel pyta Martę, dlaczego zataiła informację o tym, że w przeszłości była lekarką. Ale, NIE ZGADNIECIE!, to tylko pretekst, by opowiedzieć własną dramatyczną historię.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Nataniel wyobraża sobie sieć Four Seasons wzdłuż całej ulicy. Generalnie utrzymanie tak zniszczonych budynków mieszkalnych (sprzed kilkudziesięciu lat czy stu iluś lat, więc nawet nie był to odległy w czasie zabytek dla tych ludzi) jest drogą imprezą.
Poza tym – wiem, psuję klimat – autorka coś za bardzo wierzy w mit przedwojennego (przepraszam, przedradzieckiego; co tam powstanie…) Paryża Północy. Warszawa miała fatalną, zbyt gęstą zabudowę, wąskie ulice, mnóstwo budynków pozbawionych było systemu kanalizacyjnego, a nędza mieszkańców nie dodawała jej chwały.
Ale tak, tu nie mogłoby być stałego schematu „bohater rzuca wszystko → jedzie na koniec świata → układa sobie życie → jakieś toksyczne głupoty → hepi end”, a napisanie jej mogłoby zająć DWA LATA. Po co ci wszyscy pisarze od Nike tak tracą czas, jak można rzucić poważnym wątkiem i wrócić do umięśnionego jak gladiator gangstera.
Dobra, dodam kolejny rozdział, bo nie mogę z tej toksyczności. Już wiem, czemu analizatorzy tak często marudzą z jej powodu. To działa dziesięć razy mocniej, gdy musisz zwerbalizować, co jest nie tak z fragmentem.
ROZDZIAŁ IX:
26 STRON SMĘTÓW I WYBUCH NATANIELA
– Dziękuję – rzekł z głębi serca, zwracając się do Marty, która… była równie zdziwiona co on.Już myślałam, że to Siergiej i zostawił w filiżance bombę, ale nie, chodzi o uratowaną z wypadku dziewczynę.
– To nie moja zasługa – odparła. – Zyskałeś czyjąś sympatię. Mogę się jedynie domyślać, kim był ten dobry duch…
– Asia Jarząbek. Sołtys upatrzył ją sobie na synową. Dobra, porządna dziewczyna, którą Mareczek Sidło zaczął sprowadzać na złą drogę. Może ten wypadek obojgiem wstrząśnie na tyle, że on przestanie pić i pajacować, ona zaś… cóż… znajdzie lepszą partię. Jest jedynaczką, ma tylko ojca, bo matka zginęła parę lat temu w podobnym wypadku. Myślę, że to właśnie Kazio Jarząbek chciał chociaż w ten sposób – wskazała ręką wokół – z serca podziękować. Spodziewaj się też niezadługo jego wizyty. Odwiedził cię w szpitalu zaraz po wypadku, ale chyba tego nie pamiętasz. Byłeś w zupełnie innej czasoprzestrzeni. – Uśmiechnęła się.Hehehe, ach ci wypadkowicze, pewnie zakochańcy.
Nataniel pyta Martę, dlaczego zataiła informację o tym, że w przeszłości była lekarką. Ale, NIE ZGADNIECIE!, to tylko pretekst, by opowiedzieć własną dramatyczną historię.
– Lekarzem jest się chyba do końca życia. Tak jak nauczycielem. Przynajmniej mama powtarzała to za każdym razem, gdy coś przeskrobałem. Nawet po moich osiemnastych urodzinach twierdziła, że będzie mnie wychowywać do końca życia, bo jest nie tylko moją mamą, ale i nauczycielem. To „do końca życia” trwało siedem i pół roku – dodał cicho, pilnując, by głos mu nie zadrżał.Teraz poznamy wreszcie bezlitosny warszawski rynek nieruchomości.
– Nowotwór? – zapytała Marta, czując, że chłopak chce mówić dalej, chce zrzucić z serca wielki ciężar.
– Nie. Gdyby zabrało ją raczysko, musiałbym się z tym jakoś pogodzić. Ale zabili ją gangsterzy, złodzieje mieszkań bez sumienia, bez litości dla zwykłego człowieka, a ja… ja nie mogłem nic na to poradzić. Teraz też nie mogę odpłacić tym bydlakom tak, jak na to zasługują. – Ileż goryczy było w słowach młodego człowieka. Poczucia winy, wściekłości i żalu…
– Słyszała pani o bandyckiej prywatyzacji mieszkań? – Przytaknęła. – Moi dziadkowie mieli przed wojną mieszkanie, ponoć bardzo ładne, w okolicach Dworca Wiedeńskiego. Przetrwało obronę Warszawy w trzydziestym dziewiątym, przetrwało Powstanie, a nie dało rady ruskom.
Ciekawe, w jakim stanie przetrwało. „Zniszczenia następowały od września 1939 r. Niemcy bombardowali dworzec, sporo pocisków spadło w okolicy. Potem były naloty sowieckie. Tadeusz Koss, jeden z moich rozmówców, którego rodzina miała w tym rejonie kamienicę, przeżył taki nalot, stracił wtedy babcię. Kolejne zniszczenia to czas powstania. Mimo że w niewielu miejscach na tym terenie toczyły się walki, to sięgał tu silny ostrzał artylerii. Po upadku powstania grupy Niemców powołane specjalnie do opróżniania domów wynosiły wszystko, co się dało. Potem budynki podpalano. Większość miała drewniane stropy, pozostawały więc jedynie mury. Szacuje się, że w 1945 r. zabudowa terenu obecnego pl. Defilad była zrujnowana w 60 proc. Dzieła zniszczenia dopełniła nowa władza. Rozpoczęły się masowe wyburzenia. Przekonywano, że spalone domy zagrażają bezpieczeństwu i nie dadzą się odbudować. W rzeczywistości likwidowano „burżuazyjną” i „kapitalistyczną” wielkomiejską zabudowę. Nawet domy, które zostały już odbudowane”. Źródło.
Wyburzyli cały kwartał ocalałych po wojnie kamienic, by wznieść ten upiorny pomnik komunizmu: Pajac Kultury, jak na niego zawsze mówiliśmy.
Przepraszam, ale „Pajac Kultury” mnie rozwalił.
Wydaje mi się, że autorka należy do pokolenia (Polacy urodzeni w połowie PRL-u), które najostrzej ocenia ten budynek, co w połączeniu z brakiem wiedzy na temat architektury i ogólnym przymusem wyżywania się daje komiczny efekt. Przecież wszystko można wdzięcznie zjechać. Nie wiem, może sama jestem stronnicza i jako osoba z południa i urodzona po 1989 widzę w Pałacu Kultury przede wszystkim symbol epoki, która minęła i nie wróci oraz symbol odbudowanej rękami Polaków Warszawy. W 2001 zamontowano na Pałacu Kultury zegar, co odczarowało złe skojarzenia wielu ludziom w wieku autorki, ale, jak widać, nie wszystkim. Urodzony w 1991 Nataniel brzmi, jakby powtarzał słowo w słowo opinię matki, ale może o to chodziło, skoro byli tak blisko…Mieszkańcom dano do wyboru: mieszkania kwaterunkowe albo poniewierka. Babcia była wtedy w ciąży z moją mamą i bez męża, który siedział w ubeckiej katowni.
Czyli matka Nataniela to rocznik mniej więcej 1952 (rok, w którym postawiono fundamenty pod Pałac Kultury), zmarła w wieku 65 lat. Marta ma 46 lat. Trzy razy zostało powiedziane, że jest w wieku matki Nataniela, raz, że jest sporo młodsza. Ale spokojnie, Marta nie tylko robi się coraz młodsza, zaraz okaże się też seksbombą.
O pogromie AK-owców w latach pięćdziesiątych też pani pewnie słyszała? – Znów potaknięcie.Wiecie, co mnie jeszcze uderza? Wiek autorki widać po tym, w jakich proporcjach Nataniel wypowiada się o Niemcach i Rosjanach. Bo o Niemcach nie mówi nic, mając w rodzinie AK-owców. Ważna w jego życiu babcia była co najmniej żoną człowieka w podziemiu, warszawianką, przetrwała powstanie, a wojnę przeżyła jako młoda kobieta. Z pewnością jacyś znajomi, jak nie rodzina, mieli mniej szczęścia. Wprost zostało też powiedziane, że w czasie wojny straciła zdrowie, ale bezosobowo i bez konkretów, jakby wojna była wybuchem wulkanu albo tsunami – ale nawet jeśli była to sytuacja jak u Haliny Poświatowskiej, Nataniel jednym ciągiem skarży się na wszystkie nieszczęścia, jakie dotknęły jego rodzinę w tamtych latach. Ktoś, kto uwielbia gadać o nieszczęściach, zdecydowanie zacząłby od dramatów wojennych, które dla młodych ludzi są zwyczajnie bardziej atrakcyjne. No, przynajmniej jednostronność traumy wydaje mi się nienaturalna.
– Przyjęła klitkę niedaleko, po drugiej stronie Jerozolimskich. Potem, gdy zamordowanego na Rakowieckiej dziadka zrehabilitowano, a dygnitarzowi zza ściany przyznano coś lepszego, mieszkanko powiększyło się o dwa ładne pokoje. Całe życie babcia spędziła właśnie tam, do końca wspominając, jak pięknie mieszkało jej się kiedyś na Marszałkowskiej… Gdzie miała własne mieszkanie, a nie kwaterunek, łaskawie wypożyczony jej przez miasto.
Na Marszałkowskiej? Tam to się działo. Nie znalazłam informacji, jak wiele z tych kamienic przetrwało do lat pięćdziesiątych (aczkolwiek nie mówię, że wizja autorki jest kompletnie nieprawdopodobna). Pani, którą cytuję wyżej, napisała na temat temat książkę („Przed wojną i pałacem”) i choć raczej nie zna się na urbanistyce, pewnie jest dobrym historykiem. Niestety nie mam do książki dostępu, więc jak ktoś jest varsavianistą i chce się wypowiedzieć, zapraszam.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Nataniel wyobraża sobie sieć Four Seasons wzdłuż całej ulicy. Generalnie utrzymanie tak zniszczonych budynków mieszkalnych (sprzed kilkudziesięciu lat czy stu iluś lat, więc nawet nie był to odległy w czasie zabytek dla tych ludzi) jest drogą imprezą.
Poza tym – wiem, psuję klimat – autorka coś za bardzo wierzy w mit przedwojennego (przepraszam, przedradzieckiego; co tam powstanie…) Paryża Północy. Warszawa miała fatalną, zbyt gęstą zabudowę, wąskie ulice, mnóstwo budynków pozbawionych było systemu kanalizacyjnego, a nędza mieszkańców nie dodawała jej chwały.
I oto upomniał się o kamienicę nawet nie dawny właściciel, a ktoś, kto nabył roszczenia od spadkobierców. Za grosze. Nie chce się w to wierzyć, ale jeden z „czyścicieli kamienic”, jak zaczęto o nich mówić, za czteropiętrowy budynek w centrum miasta zapłacił pięćdziesiąt złotych**.Tutaj Kasia daje odnośnik do artykułu o wykupywaniu udziałów za niskie kwoty. Pomińmy fakt, że chodzi o udziały, a nie cały budynek, a ludzie robią przekręty na „babciu, podpisz” nie od wczoraj, ale opisywana tragedia zaraz rozrośnie się do absurdalnych rozmiarów.
– Ile?! – Marta nie wytrzymała.
– Pięćdziesiąt złotych – powtórzył Nataniel. – Płacili stówę, dwie, trzy za majątek wart miliony, dziesiątki milionów. Za nasz budynek gangster w garniturku zapłacił tysiąc. Ponoć drogo…
Marta znała sprawę „dzikiej reprywatyzacji”, owszem, kto by o tym nie słyszał, ale nie dociekała szczegółów, nie wiedziała, że była aż tak „dzika”. Słuchała dalej, z zapartym tchem.Moje pytanie brzmi: po co robić jakieś wątki z dzikimi czarnymi chatami, nieznaczącym Siergiejem podrywającym mało znaczącą Martę; po co w ogóle niepokoić czytelników jakimś Mateuszem i psami (w tym rozdziale znowu pojawił się ślepy pies, wycięłam). Przecież można napisać całą powieść na temat każdego członka rodziny Nataniela.
Ale tak, tu nie mogłoby być stałego schematu „bohater rzuca wszystko → jedzie na koniec świata → układa sobie życie → jakieś toksyczne głupoty → hepi end”, a napisanie jej mogłoby zająć DWA LATA. Po co ci wszyscy pisarze od Nike tak tracą czas, jak można rzucić poważnym wątkiem i wrócić do umięśnionego jak gladiator gangstera.
W dalszej części dostajemy długi i nudny opis nękania mieszkańców podwyższaniem czynszu i odłączaniem prądu, gdzie nie mogę pozbyć się wrażenia, że autorka nie rozumie różnicy pomiędzy emerytką a młodym człowiekiem po studiach w takiej sytuacji. Nie jest też najwyraźniej świadoma, ilu młodych ludzi żyje bez odziedziczonego mieszkania po rodzicach – wynajem to niestety dzisiaj norma – dlatego dostajemy bohatera z TAAAKĄ listą tragedii, żeby nie wolno mu było zarzucać, czemu nie kupił już sobie willi na sklepik z niespodzianką i złotą wanną.
– Widzi pani, nie poddawaliśmy się, trzymaliśmy się razem, ludzie działający w stowarzyszeniu broniącym wyrzucanych z domów lokatorów zbierali na tych gangsterów kwity. Wynikało z nich czarno na białym, że dokumenty były fałszowane, wyłudzane od wiekowych spadkobierców, a cały proceder był bezprawny, możliwy dzięki skorumpowanym urzędnikom i notariuszom. Mieliśmy w rękach twarde dowody oszustwa i gotowi byliśmy pójść z nimi choćby do Strasburga, ale któregoś dnia… wszystko się rozsypało. „Nieznani sprawcy” uprowadzili i spalili żywcem przyjaciółkę mamy, która była duszą stowarzyszenia, broniła wyrzucanych z domów mieszkańców. I to był koniec… Ludzie, przerażeni tą zbrodnią – bo jak można podpalić człowieka?!, dzisiaj, nie w jakimś Bantustanie, a w Polsce dwudziestego pierwszego wieku, i pozostać bezkarnym, no jak?! – wycofali się z dalszej walki, zaczęli się wyprowadzać. Mama mimo to nie poddała się. Mówiła, że poddanie sprawy, o którą walczyła Jola*** i za którą zapłaciła życiem, byłoby zdradą wobec niej. W styczniu wróciła ze spotkania lokatorów naszej kamienicy. Właściciel wręczył im kolejną podwyżkę czynszu. Po spotkaniu zatrzymał mamę i coś jej powiedział. Sąsiad spod siódemki, który był na tym spotkaniu, ale nie przy rozmowie, nie miał pojęcia, czym tamten mamę postraszył. Ale to musiała być groźba, bo mama wróciła do domu blada i roztrzęsiona. Nie chciała rozmawiać o niczym. Położyła się do łóżka. Bałem się o nią… Prosiłem, żeby dała spokój, bo martwiłem się, że skończy jak Jola… a nie przeżyłbym śmierci mamy, wtedy tak myślałem… Lecz żyję – uciął nagle. Z tą samą goryczą co na początku historii.Tak, kumpela matki Nataniela to Jolanta Brzeska. Nie postać nią inspirowana. Jest to powiedziane wprost pod koniec rozdziału.
Marta ujęła zimną dłoń chłopaka i uścisnęła bez słowa, wstrząśnięta do granic tym, co mówił. Dla niej „dzika reprywatyzacja” była po prostu jednym z wielu przekrętów, jakich dopuszczali się „możni i przy władzy”. Dziś dowiadywała się, że to nie tylko przekręt, ale i zbrodnia. Nataniel podniósł na kobietę pociemniałe z żalu źrenice.
– Zmarła tej nocy. We śnie. Lekarz powiedział, że nie cierpiała. Po prostu serce nie wytrzymało tego wszystkiego.
To tak ją ci bandyci załatwili! Nie pistoletem jednak. Umarła ze starości.
Niestety w wieku 65 lat niektórzy ludzie dostają śmiertelnego zawału, nawet kobiety. O jej trybie życia (papierosy? Niezdrowa dieta? Nadwaga?) poza stresem nie wiemy nic, a mogła mieć genetyczne predyspozycje i o tym nie wiedzieć.
– Załamałem się. Tak, przyznaję z ręką na sercu, że śmierć mamy, śmierć spowodowana przez bezkarnego bandytę po prostu mnie złamała. Całymi dniami nie wychodziłem z domu, dozorczyni przynosiła mi jedzenie. Wreszcie nadszedł koniec marca i kolejny nakaz eksmisji. Dałem sobie spokój, spakowałem to, co mi pozostało, i… jestem tutaj.Pozwólcie, że zacytuję fragment pierwszego rozdziału: „Niektórzy ludzie, choćby mieli wszystko, nigdy nie będą szczęśliwi. Inni nie mają nic, a potrafią cieszyć się życiem. Nataniel Domoradzki należał do tych drugich. Właśnie stracił dom”.
Zwiesił głowę w geście totalnej klęski. Był dorosłym mężczyzną, który nie potrafił obronić matki przed bandziorami i pozwolił wygryźć się z rodzinnego domu… W swoich oczach wart był mniej niż zero. Zasłużył na wszystko, co go spotkało.
– Nie zgadzam się. Nie pozwolę się pani narażać. Już nikt nigdy nie będzie cierpiał z mojego powodu!Chryste. Mogliby się pospieszyć z ujawnianiem sekretu.
– Natanielu Domoradzki, z całym szacunkiem, jaki do ciebie żywię, pozwól, że sprostuję: twoja mama cierpiała przez kogoś zupełnie innego. Ty byłeś taką samą ofiarą tych bydlaków jak ona.
Marta miała rację, musiał to przyznać, właściwie miałaby, gdyby poznała całą historię Nataniela. Ale on nie chciał wracać do wydarzeń sprzed sześciu lat. Nie teraz, gdy te sprzed czterech miesięcy były tak świeże i bolesne. A być może nigdy. Nikt nie musi wiedzieć, dlaczego utyka na lewą nogę. Dlaczego boli ona czasem tak strasznie, że Nataniel blednie śmiertelnie i zaciska zęby z całych sił, by nie krzyczeć. Jak teraz, w tej chwili.
Co do martyrologii – trudno być z Polski i nie mieć tragicznej historii rodzinnej, ale czy nie dałoby się subtelniej? Albo w drugą stronę, nie dałoby się uczynić Nataniela postacią centralną, dla której przeszłość rodziny jest tak ważna i wokół tego budować fabułę? Bo tu mamy zabieg literacki, który wali czytelnika po głowie maczugą w każdym zdaniu: argument za argumentem, że świat jest zły i niszczy przyzwoite jednostki, by czytelnik mógł wzruszyć się nad tymi, którym jeszcze chce się zmieniać rzeczywistość. AK-owcy, nie AK-owcy, wszystko jedno, nie chodzi przecież o ich odwagę i czyny (potencjalne pozytywne wartości, by zainspirować czytelnika), a o to, jak zostali potraktowani. Czyli zrobiła z nich jednoakapitowy przedmiot (obiekt współczucia), a nie podmiot, co pozornie kłóci się z treścią.
I oczywiście wygląda to jak autoterapia autorki, która potrzebuje się wykrzyczeć, ale to musi czuć każdy, kto zetknął się chociaż z dwiema jej książkami; nie ma co rozwijać tu tego tematu.
Jednocześnie zgrzyta mi miliard nieszczęść walących się na rodzinę bohatera i niewspomnienie słowa o Niemcach. Kasia przecież specjalizuje się w jednozdaniowych dissach. W każdym razie budowa tej książki jest fatalna i bardzo cierpię, jak czytam, a w dodatku wyłażą ze mnie przyzwyczajenia byłej oceniającej.
W kolejnym akapicie Nataniela tak rozbolała noga, że prawie zemdlał.
– Nie miałam pojęcia, że aż tak cierpisz. Lekarz, który cię prowadził, powinien zaopatrzyć cię w leki. Gdybyś w tym momencie… no nie wiem… prowadził auto? Nie, jesteś na to za mądry, zatrzymałbyś się na poboczu. Gdybyś dostał ataku choćby na środku jeziora, bo miałeś ochotę popływać, utonąłbyś jak nic.Słuchajcie, jak chcę sobie poczytać coś, gdzie świat jest zły i nic się nie da zrobić, to biorę książkę o holokauście i wojnie. Jak to kogokolwiek bawi?
– Wiem, pani Marto. Uświadomiono mi to ładnych parę lat temu – odrzekł cicho, nie będąc pewnym własnego głosu. Drżał mu raczej z przerażenia, że ból może wrócić, niż ze słabości. – Przechodziłem rehabilitację, udaną, jak stwierdzili lekarze. To ból psychosomatyczny. Pojawia się w pewnych sytuacjach, które są nie do uniknięcia. Nie amputuję sobie pamięci, nie wymażę koszmarnych wspomnień, a to one najczęściej wracają razem z tym… – Z odrazą spojrzał na nogę. Czasem myślał, że byłoby lepiej, gdyby ją stracił. Mama niepotrzebnie walczyła o jej uratowanie.
Marta opowiada o swojej winie sprzed sześciu lat.
– Widzisz, ja niestety znalazłam się po ciemnej stronie mocy. – Uniosła głowę, spojrzała chłopakowi prosto w oczy i powiedziała jasno i dobitnie, nie owijając w bawełnę: – Przez zaniedbanie doprowadziłam do śmierci pacjenta. Czteroletniego chłopczyka. Postawiłam nietrafną diagnozę, nie zleciłam badań, które mogły go uratować, i dziecko zmarło. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.Gdyby to nie była książka Michalak, nawet bym tego nie zauważyła, ale gdyby Marta doprowadziła do śmierci kobiety, ta na pewno byłaby kurwą i nie szkodzi, mężczyzny – jakimś sołtysem i by się nie liczyło. Dlatego musi być dziecko i już, najwyższy stopień winy.
– Nie wierzę, że ot tak się pani pomyliła. Celowo nie zleciła tych badań. Jeśliby tak było… proszę wybaczyć, jeżeli to zabrzmi podle… dostałaby pani wyrok.Na szczęście zaraz okaże się, że bohaterka po prostu się zadręcza niezauważeniem objawów, których nie było, żeby można było ją szybko rozgrzeszyć.
„W zawieszeniu” – uświadomił sobie.
Na pewno odebrano by doktor Kraszewskiej prawo wykonywania zawodu, szczególnie w tak drażliwej społecznie sprawie jak śmierć małego dziecka, i pani doktor, żeby zarobić na życie, musiałaby poszukać innego zajęcia. Przekwalifikowałaby się choćby na krawcową, daleko nie szukając. Nagle wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsca.
To był jeden z „dni apokalipsy”. Właśnie skończyła morderczy dyżur na pediatrii, gdzie zawsze działo się coś niepokojącego, gdy spanikowany ordynator SOR-u wpadł na oddział i z szaleństwem w oczach zaczął błagać, by wzięła jeszcze osiem godzin na pogotowiu. Lekarz, który za chwilę miał zacząć dyżur, zadzwonił, że nie przyjedzie.Ci AK-owcy z rodziny Nataniela powinni być wdzięczni, że zostali wykończeni w imię ideałów, w które wierzyli, bo zaraz też by marzyli o śmierci tak czy siak. W tym uniwersum prawa fizyki są inne, np. jest prawo powszechnego nieszczęścia, czyli jak żyjesz i oddychasz, codziennie będzie przyklejało się do ciebie dziesięć plag egipskich, aż padniesz trupem jak zajechana kobyła. Uchronić cię może jedynie wstąpienie do mafii.
– Coś tam ględził o chorej ciotce czy babce, nie bardzo słuchałem, wrzeszcząc do telefonu, że nic mnie to nie obchodzi! – Ordynator i teraz krzyczał, chociaż Marty, ledwo przytomnej po całej dobie na oddziale, również to nie obchodziło. Ani ciotka, ani babka kolegi, ani wrzeszczący ordynator. Pragnęła wrócić do domu i paść na łóżko tak, jak stała. Nie potrzebowała ani kąpieli, ani kolacji, czy raczej śniadania, tylko snu. Gdyby w tej chwili ktoś jej powiedział, że za kilka lat inna lekarka umrze z przemęczenia w szpitalu, na dyżurze, uwierzyłaby bez mrugnięcia okiem. Ona sama marzyła w tej chwili o śmierci.
Wykończona Marta postanawia wziąć jeszcze ośmiogodzinny dyżur.
Ludzie, słysząc o lekarzach pracujących po kilkadziesiąt godzin, odsądzają ich od czci i wiary. „To pazerność. Konowały chcą się nachapać. Ciągle im mało i mało. W dupach się przewraca z dobrobytu” – i po części mają rację, bo trafiają się w tym zawodzie, jak zresztą wszędzie, ludzie goniący za zyskiem. Tacy biorą wszystko, co wpadnie im w ręce, po parę etatów, zlecenia na kilka szpitali, do tego jeszcze jakiś dyżur i chałtura w przychodni… Potrafią tak lawirować, igrając z ludzkim życiem, ładnych parę lat, aż wreszcie się wypalają i trafiają na prowincję, wiodąc żywot banity.Która po sprawie tylko udziela pierwszej pomocy, na co dzień trudniąc się krawiectwem. Brylant nad brylanty w historii polskiej medycyny.
Ale są i lekarze z prawdziwego zdarzenia – jak Marta Kraszewska
– którzy, myśląc tylko o pacjentach, zapominają o sobie. Nie zważają na notoryczny brak snu, mając za nic własne zdrowie. Nie dojadają, bo nawet na posiłek w szpitalnej stołówce często czasu brak. Domagający się wytchnienia organizm zmuszają do pracy kolejnymi hektolitrami czarnej kawy i cukierkami z glukozą.Lekarza z powołania poznasz po tym, że pije kawę. Konowały-dorobkiewicze pracujący na milion etatów i przez większość doby wcale nie muszą wzmacniać się kofeiną czy spać albo jeść. Oni mają w gabinecie piaskownicę wypełnioną kokainą, która w odpowiedniej dawce zapewnia plus minus 2000 kcal dziennie i wszystkie składniki odżywcze niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, a lekarze wesoło dokazują i popełniają błędy z rozbawienia.
Tacy lekarze ani się spostrzegą, jak zaczną być wykorzystywani przez kolegów i zwierzchników. Lekarze bezgranicznie oddani pacjentom nie odmówią przecież, gdy ordynator prosi o przyjęcie zastępstwa. Nie sprzeciwią się, gdy błaga ich o to koleżanka, której wypadło coś pilnego. Nie rzucą stanowczo: „Nic z tego, jestem zmęczona, mam wolne”, gdy szpital nawiedza niespodziewany kataklizm: epidemia grypy chociażby, który kładzie do łóżka nie tylko połowę personelu, ale i więcej pacjentów niż zwykle. Marta Kraszewska była właśnie takim lekarzem. Z powołania.Michalak powinna zaprzyjaźnić się z Vegą, mieliby o czym rozmawiać.
Nie zapytała uprzejmie, dlaczego matka od razu nie poszła z dzieckiem do przychodni. Znała odpowiedź: na pogotowiu nie trzeba się zapisywać. Muszą przyjąć. Poza tym kto by z gorączką do lekarza od razu biegał, skoro szaleje grypa żołądkowa?
Oczywiście po części musi być też wina tych INNYCH, nie tylko Marty. Michalak nie lubi ludzi, którzy popełniają błędy, dlatego np. nigdy nie przeczytamy o zagubionej dziewczynie, która wdała się w romans z żonatym i po części żałuje. My mamy czytać o najwyższych wartościach i przyzwoitości deptanej na każdym kroku niczym stokrotka na trawniku. Dlatego Marta nie operuje po pijaku jak chirurg z „I nie było już nikogo” Christie, tylko bardzo chce dobrze, ale jej ciało nie słucha.
Marta zbadała dziecko dokładnie, chociaż jej umysł działał na zwolnionych obrotach. Kawa jeszcze go nie obudziła…
– Prawdopodobnie to grypa – potwierdziła domysły matki. – Przepiszę syropek na obniżenie gorączki. Gdyby nastąpiło pogorszenie, proszę zgłosić się z dzieckiem do przychodni.
Gdy matka nazajutrz przybiegła z lejącym się przez ręce dzieckiem na ten sam oddział, było za późno. Lekarze walczyli o życie chłopczyka do końca. Zmarł wieczorem na ostre zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych.
Zobaczmy, jaki procent winy według Michalak ma Marta, a jaki inni. Złe okoliczności:
1. sezon grypowy
2. zły system, który wykorzystuje lekarzy z powołania
3. źli koledzy, którzy przerzucają obowiązki na kobiecą Martę (w tym uniwersum kobiecość to brak asertywności, gimnazjalne poczucie humoru, niewinność, pasywna toksyczność, brak zainteresowania przyjemnościami, np. SNEM)
– Objawy były niejednoznaczne – mówiła Marta sześć lat później martwym głosem do słuchającego jej w milczeniu Nataniela. – Koledzy, którzy próbowali ratować dziecko, potwierdzili to przed komisją. Chłopczyk nie miał wybroczyn, nie miał objawów oponowych. Nic. Tylko sporadyczne wymioty i temperaturę. Prawdopodobnie gorączkował dłużej, niż przyznawała matka, ale to nie miało znaczenia. Nie dla mnie. Zabiłam dziecko, chociaż nie postawiono mi zarzutów. Odeszłam ze szpitala na własną prośbę, mimo że ordynator sugerował urlop do czasu, aż sprawa przycichnie. Jednak fakt, że uniknęłam kary sądowej, nie sprawił, że czułam się mniej winna. Zabiłam dziecko, Nataniel. Z tą świadomością trudno żyć, a jeszcze trudniej przejść do porządku dziennego. Nie zrozumiesz mnie…
5. kłamstwo matki dziecka
I po cholerę? Mogłaby popełnić ten sam błąd, będąc świeżą jak skowronek z rana w środku lata. Byłoby to ciekawsze, a tu mamy czarno-białą sytuację, gdzie pozornie jest winna, ale tak naprawdę to ani trochę.
Zresztą coś mi mówi, że lekarze pracujący na pogotowiu nieraz muszą się mierzyć z myślami, czy nie popełnili błędu, bo i ludzie tam częściej umierają niż w przychodni… ale widocznie to jednak ewenement.
– Rozumiem – przerwał jej ostro. – Ja kiedyś też mogłem uratować ludzkie życie, ale popełniłem błąd. Ktoś przez ten błąd zginął, ja zostałem kaleką. Jak pani. Z tą niewielką różnicą, że pani fizycznie nic nie dolega. Możemy iść na to śniadanie czy tam obiad?Zapomina chyba pani, kto tu naprawdę ma źle i musi się żalić! Może odrobinka empatii, co?!
Podczas jedzenia Nataniel sobie myśli:
Sześć lat temu mógł uratować młodego człowieka. I prawdopodobnie by mu się udało, gdyby pomyślał choć przez chwilę i został na szlaku, zamiast rzucać się na pomoc komuś, komu pomóc nie mógł. Nastolatek, po którego zawrócił, może by żył, a jego matka nie rozpaczałaby po strasznym ciosie, jaki jej zadano. Śmierci dziecka.Hopsa. Ale zaraz, zaraz, on zawrócił po nastolatka – po drodze spadł w przepaść. Jakby nie poszedł, to by nie uratował, na jedno by wyszło. Yy? Zresztą pewnie jakiś prawdziwy lekarz z piekieł się tam trafił, skoro w tej samej pogodzie siedział i nastolatek, i Nataniel ze złamaną nogą w dziurze, a ten ostatni przeżył.
Nataniel przeprasza Martę za swoją złość. Jedna pozytywna rzecz warta odnotowania.
Nagle na autorkę spadła platońska mania, a wena utworzyła akapit mający klimatycznie więcej związku z tytułową gwiazdunią z nieba niż poprzednie wywody.
ELEMENT HUMORYSTYCZNY: ŻART
– Wiesz, pomyślałam, że mleko się rozlało. I u ciebie, i u mnie. Możemy do końca świata nad tym biadolić albo przeciwnie: zrobić z tym coś pożytecznego.Ech. Musiałam się przejść z wrażenia.
– Biały ser albo maseczkę na twarz – podpowiedział.
Zaśmiała się z niedorzecznego pomysłu.
– Nat, bój się Boga, z rozlanego mleka?
– Rozlało się w przenośni – sprecyzował. W jego szarych oczach zamigotały iskierki rozbawienia. – Twarożek czy maseczka będą równie wirtualne.
– To jest myśl! – Klasnęła w ręce. – Ja z błędu lekarskiego zrobię twarożek, ty ze swojego, może kiedyś mi zdradzisz co i jak, maseczkę!
Śmiech Marty był zaraźliwy. Musiał jej zawtórować.
Co tu tak wesoło? – padło od drzwi.
To Mateusz stał w progu, patrząc na nich podejrzliwie.
– A wesoło! – odparła Marta. – Podrzucisz swój pomysł na rozlane mleko?
Mężczyzna nie zastanawiał się ani chwili.
– Reksio. Szmatą bym lepiej nie posprzątał niż on ję zorem.
To było fantastyczne! Biorąc pod uwagę kontekst – błąd lekarski Marty i zejście ze szlaku Nataniela – jęzor Reksia był… przezabawny.
Przychodzi Mateusz z dresowozem popisowym, który od teraz nazywa się Srebrna Błyskawica.
Po pierwsze, ze zwykłego hatchbacka Mateusz stworzył cud-miód kabriolet.Podmienili samochód! A to cwane bestie. Sprzedali Opla, podstawili jakiegoś wyklepanego rzęcha po wypadku i udają, że to tylko taka przeróbka.
Poza tym to dość ryzykowne, robić komuś bez pytania kabriolet, jak wcześniej miał duży bagażnik i normalny samochód… no cóż, najwyraźniej KAŻDY chce kabriolet, symbol statusu.
Lakier, jeszcze niedawno do znudzenia biały,
Wiadomo, o co chodzi, ale jednocześnie brzmi to, jakby strasznym zawodem było, że samochód jest CODZIENNIE BIAŁY, zamiast zmieniać kolor.
połyskiwał teraz… właściwie nie wiadomo jaką barwą. W zależności od tego, pod jakim kątem się patrzyło, lśnił srebrem, błękitem lub morską zielenią.
– Jak pan to zrobił? – powtórzył Nataniel, jakby tylko to potrafił wyartykułować.
– Tajemnica zawodowa – odparł Mateusz dumny z wywołanego wrażenia. – To specjalny rodzaj lakieru. Kameleon. Piekielnie trudny do nałożenia, jeśli autko ma wyglądać tak jak to, a nie badziewnie. Ale czego się nie robi dla sprawy…
– Fiu, fiu, fiu, skórzana tapicerka? Zaszalałeś, człecze. – Marta również była zdziwiona
Mówiłam? W środku też wszystko inne. Znowu: reakcja chłopca i jego brak podejrzeń by się zgadzały, gdyby dopiero co skończył szkołę średnią, a nie był bliżej trzydziestki niż matury.
– Wycyganiłem na szrocie, za pół ceny – odparł, uśmiechając się skromnie.
– Powiedziałabym, że to samochód Bonda, gdybym nie widziała go przedtem. I te światła… Jak ty to zrobiłeś?! Dospawałeś części z innych aut?
– Tak jakby. Nie pojmiecie tego. Jestem dobrym fachmanem.
Nie zrozumiesz, nie pytaj, nie narzekaj.
Mateusz ma też niusa.
MARCIE MICHALAK WYLECIAŁO Z GŁOWY PRZY GRZYWCE DZIKUSA?
Mateusz wypomina Marcie, że nie przejrzała Siergieja, gdy go pierwszy raz spotkała.
I też nieprawda, skoro w Siergieju przeszkadza jej, ekhem, jego gorące serce.
Wracamy do liceum:
Bla, bla, kontynuacja tematu, że Asia jest fajna, a Marta ma plan, by Nataniel odbił ją synowi sołtysa (boi się, że geny sołtysie zostaną przekazane i więcej zła na świecie? Szlachetna misja przeciwko rodowi bydlaków). Wtem! Marta zaczyna się zwierzać.
Marta myśli, że córka zrywająca z nią kontakt to pewnie kara za śmierć czteroletniego Maćka.
Mateusz ma też niusa.
– Dokładnie. Sołtys chce sprzedać chatę nad jeziorem i sprzeda. Natanielowi. Chociaż jeszcze tydzień temu wolałby ją spalić, niż oddać obcemu. Ale uczynek naszego bohatera zmienił wszystko. – Poklepał chłopaka po plecach dłonią wielką jak patelnia.Twarz jak patelnia, dłonie jak patelnie. Czyli że generalnie człowiek-patelnia to jest.
– Jednak wdzięczność sołtysów ma swoje granice, a są nimi pieniądze – dopowiedziała Marta.No kto by się spodziewał?! Większość czytelników pomyślałoby, że Nataniel nauczył się czegoś od swoich wrogów-kamieniczników z Warszawy i jakoś odbije chatkę pirackim sposobem.
– Wiesz, drogi przyjacielu – teraz ona otoczyła ramieniem Mateusza – myślę, że Nat ledwo błyśnie tym cudeńkiem sołtysom przed oczami i sami zaproponują deal.Aha. No tak, samochód niby przerobiony, ale to podstęp, bo... Zaraz mu go też zabiorą, niby w ramach zamiany za chatę. Ja nadal obstawiam, że chcą przekazać nieruchomość byle komu, bo czyha na nich konserwator zabytków. Z tego samego gangu, co sołtys, Siergiej i kamienicznik.
– Przekonamy się? – Mężczyzna spojrzał na Nataniela pytająco. – O ile zechcesz zamienić Błyskawicę na chatę. Po prawdzie taki miałem plan, biorąc na warsztat twojego rzęcha.
Samochód rzeczywiście godzien był nowej nazwy. Wystrzelił do przodu jak srebrna błyskawica, wzniecił tuman pyłu, wystraszył okoliczne ptactwo i tyle go widzieli.Zgadzam się. Dom łatwiej stracić, więc lepiej zostawić sobie auto i spać u obcych ludzi w zamian za pokazywaniem im każdego dnia, że nie są na dnie jak Nataniel.
– Ja na miejscu młodego chłopaka naprawdę miałabym dylemat: takie autko czy stara chałupa.
– A ja myślę, że Nat nie zawaha się ani chwili – odparł Mateusz i zmienił temat: – Dasz się zaprosić, moja duszko, na herbatę z sokiem malinowym? Zimnawo dzisiaj.A CO JAK ONI MAJĄ ROMANS OD POCZĄTKU, TYLKO
Nikt chyba już nie mówił do kobiet „moja duszko”. Mateusz Jóźwik był po staroświecku uroczy. Marta naprawdę uwielbiała swego sąsiada.
Mateusz Jóźwik może nie był piękny jak z obrazka, ale wysoki, dobrze zbudowany, o przyjemnej męskiej twarzy, z gniazdem ciemnych włosów i krótko przystrzyżoną brodą naprawdę mógł się podobać.Aha. To już nie jest człowiek-patelnia, dziwadło mówiące udawaną gwarą, tylko potencjalny amant. To pewnie taka technika pisarska, coś jak rysowanie całego portretu jedną, nieprzerywaną linią: piszemy jednym ciągiem i nie poprawiamy niczego, co już napisaliśmy. SZTUKA! Podziwiajmy.
Mateusz wypomina Marcie, że nie przejrzała Siergieja, gdy go pierwszy raz spotkała.
Mateusz miał rację. Nie poznała się na Sodarowie. Przynajmniej nie tak szybko. Gdy odkryła jego prawdziwą naturę, było za późno. Siergiejowi spodobało się w Sennej do tego stopnia, że postanowił się tu osiedlić. Od tej pory mieli z nim same kłopoty, a Marta… ona żałowała swej wielkoduszności najbardziej. Zauroczył ją ten mężczyzna, tak po prostu. Czar jednak szybko prysł…To już tym bardziej nie rozumiem, dlaczego uważając go za wspaniałego człowieka, nie zgodziła się iść z nim na randkę. Pewnie nie przejął się, jak mu opowiedziała historię z dzieckiem, i wyszło na jaw, jaki to cham.
– Nataniel to taka dobra dusza, taki… poczciwina. Zupełnie jak ty. I proszę mi się tu nie obruszać! Życzyłabym go każdej normalnej dziewczynie. Nie wiem, czy masz tego świadomość, ale może my, kobiety, kochamy się w Bohunach o gorącym sercu i dzikiej duszy, lecz bierzemy za mężów takich Skrzetuskich.NO CHYBA TY.
I też nieprawda, skoro w Siergieju przeszkadza jej, ekhem, jego gorące serce.
– Czym? Porównaniem do Skrzetuskiego? Mateuszu drogi, to naprawdę jest komplement! Zobacz, jacy wy jesteście: przez pół życia uganiacie się za ognistymi brunetkami i piersiastymi blondynami, a gdy przychodzi co do czego, żenicie się z szarymi myszkami. I to nie jest dla mnie komplement.No tak, nikt nie dobiera się pod względem dogadywania się i zainteresowań, a Martę najwyraźniej boli, że została „piersiastą blondyną”, skoro ktoś się za nią ugania.
Mógł wtrącić, że akurat Marta nie musi się martwić takim porównaniem, bo żaden facet nie nazwałby jej szarą myszą, ale wolał zatrzymać to dla siebie.Aha. Czyli tak naprawdę to od początku była Monica Bellucci w peruce. Albo jakaś Helena Bonham Carter, żeby trzymać się niedbałej stylówy Marty. Nie może to być pani lekarka Marta zniszczona przez stres i brak snu, to musi być pani Marta o niecodziennej urodzie.
Wracamy do liceum:
– Jakie więc masz plany względem chłopaka? Z kim jego będziesz swatać? – gładko powrócił do Nataniela.Przypomniała dyskretnie, by czytelnik za bardzo nie wczuł się w nieco bardziej optymistyczną atmosferę. A rodzina sołtysa będzie zachwycona, gdy Nataniel zacznie podrywać narzeczoną syna sołtysa. We wsi pełnej psychopatów będzie to perfekcyjne zagranie, by zdobyć sympatię ludzi.
– Dlaczego od razu swatać? – żachnęła się.
– Wy, kobiety, to uwielbiacie! Co napotkacie samotnego faceta, od razu chcecie go obrączkować. Którą sobie upatrzyłaś? Asię Jarząbek?
– Może… może… – Pokiwała w zamyśleniu głową. – To się pospiesz, bo wczoraj podpity Wiesiek Sidło przebąkiwał coś o kruchym życiu. Zdaje się, że chcą ożenić tego nicponia, Mareczka, gdy tylko wyliże się z ran. Że też tacy wychodzą bez szwanku z najgorszych tarapatów, a porządnych ludzi zaraz licho porywa.
– Skoro są porządni, to nie licho – zauważyła przytomnie. – I czy Sidło junior wyszedł z wypadku bez szwanku, również bym polemizowała. Ma rozbity łeb, szwy przez pół twarzy, ledwo z życiem uszedł…Żebyście nie myśleli, że ludzie się zmieniają, drodzy czytelnicy!
– Łeb się zagoi, blizny przydadzą mu męskości. Inny by się nie uchował, ten za kilka dni czy tygodni wyjdzie ze szpitala i znów będzie się po okolicznych drogach rozbijał, aż wreszcie kogoś Bogu ducha winnego do piachu pośle razem z rodziną.
Bla, bla, kontynuacja tematu, że Asia jest fajna, a Marta ma plan, by Nataniel odbił ją synowi sołtysa (boi się, że geny sołtysie zostaną przekazane i więcej zła na świecie? Szlachetna misja przeciwko rodowi bydlaków). Wtem! Marta zaczyna się zwierzać.
– Gdybym była taka sprytna, przyjacielu, nie potrzebowałabym żadnych forteli, moja córka miałaby już narzeczonego, a może i męża, że o dzieciach nie wspomnę, a przede wszystkim nie darzyłaby mnie taką nienawiścią, jaką darzy. Ja jednak nie jestem nawet na tyle sprytna, by znać powód tej nienawiści.No tak, wnuki najważniejsze, zięć najważniejszy. Nie ma czym szpanować przed ludźmi, odkąd straciło się prestiżową robotę w atmosferze skandalu (jakby wróciła i tak nie miałaby nieposzlakowanej opinii). Co tam wola córki, która może wolałaby podróże albo karierę.
Tyle razy zastanawiała się, co sprawiło, że jej cudowna, kochana i kochająca Oliwka zmieniła się w obcą osobę, pogardzającą matką z całego serca i tak samo jej nienawidzącą. Jakby na wycieczce, wyproszonej i wyczekiwanej, ktoś jej podmienił dziecko. Tyle razy próbowała rozmawiać z córką, wyciągnąć z Oliwii, co się wydarzyło z dala od domu, że wróciła tak odmieniona…Czyli mniej więcej to, co wiemy, ale trzeba założyć, że czytelnik nie pamięta. Który to już raz?
To było wszystko, co Marta dowiedziała się na temat wyjazdu. Przez jakiś czas bała się, że ktoś skrzywdził jej córkę, ale ginekolog, do którego razem z Oliwią chodziły, zapewnił Martę, że nic takiego się nie wydarzyło. Oliwka, jej osiemnastoletnia jedynaczka, pozostała dziewicą. Wtedy jeszcze.
No to najważniejsze. Jest błona, nie ma problemu. Bo jakie problemy mogą mieć nastolatki poza gwałtem?! Dzieci mają się uczyć i dostawać dobre stopnie, a nie mieć problemy!
Poza tym nie ma to jak ginekolog-informator.
Poza tym nie ma to jak ginekolog-informator.
Czy dziś miała chłopaka? Był ktoś bliski jej sercu? Marta nie wiedziała. Oliwia nie rozmawiała z nią na takie tematy. Na żadne inne również nie. Potem wyjechała za granicę i to był koniec rodziny Kraszewskich. Od czasu do czasu przysyłała zdawkową wiadomość: „U mnie okej. Co u ciebie?”, ale nie odpowiadała na esemesy matki. I tak naprawdę nie interesowało jej, co u Marty słychać. Strasznie to było bolesne…
xD nadal obstawiam, że Marta była bardzo toksyczna przez tych dwadzieścia lat, a potem Oliwia odetchnęła z ulgą, mogąc się usamodzielnić.
Marta myśli, że córka zrywająca z nią kontakt to pewnie kara za śmierć czteroletniego Maćka.
Tak, to była kara za cierpienie innej matki. Marta mogła jedynie przyjąć to z pokorą i przez resztę życia próbować odkupić winy. Oliwia miała prawo czuć się rozczarowana kimś takim jak ona. Przez lata całe była wzorem dla córki, niedoścignionym. Ile razy powtarzała: „Ja w twoim wieku…”, „Ja w szkole…”, „Ja w liceum…”. Zawsze pierwsza, najlepsza, z piątkami od góry do dołu na szkolnych świadectwach. Jakie dziecko wytrzymałoby ciągłe porównania z ideałem? I to takim, co w jednej chwili rozbił się o bruk?
– Nigdy nie zapomnę, jak Oliwia wykrzyczała, co o mnie myśli. Nigdy przedtem nie widziałam jej w takiej furii – wyszeptała wpatrzona w kubek z herbatą.
Na tym polega bycie wzorem: na powtarzaniu, dlaczego jest się lepszym, niż ty, śmieciu. Ja miałam plus przy ocenie z fizyki, a ta trója z kartkówki to skandal dla całej rodziny. A potem szkoła się kończy, temat ocen się kończy i nie ma o czym z rodzicem rozmawiać.
Ale oczywiście mamy uważać, że chłopak ją zbałamucił, nie że przejrzała na oczy.
Jeszcze odnośniki do Wyborczej i wikipedii:
** http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,20253573,reprywatyzacja-w-warszawie-roszczeniaza-50-zl-sad-nie-kupil.html
*** https://pl.wikipedia.org/wiki/Jolanta_Brzeska
AutorKasia niesie kaganek oświaty. Dzięki niej każdy dowie się o Jolancie Brzeskiej, prawdziwie dziennikarska robota.
Padły wtedy straszne słowa. Z obu stron. Marta wyrzuciła je z pamięci w momencie, w którym Oliwia wybiegła z domu. Przerażona do granic, że córka zrobi sobie coś strasznego, biegła za nią, prosząc o wybaczenie. Oliwia słów, które padły z ust matki, nie wybaczyła widać nigdy.Tak szczerze, to nie widzę poprawnej relacji, w której same słowa podczas kłótni potrafią zniszczyć wszystko. Chyba że to przyznanie się do czegoś niewybaczalnego.
Ale oczywiście mamy uważać, że chłopak ją zbałamucił, nie że przejrzała na oczy.
– Pozostaw sprawy samym sobie, mówię o Natanielu. I… uważaj na Sodarowa. Nie igraj z ogniem. Nie prowokuj go do… niegodziwych czynów. Akurat tobie nie muszę mówić, że to niebezpieczny typ.No i na tym kończy się rozdział. Czyżby?!
Chciała się oburzyć. Chciała odpowiedzieć, że nie prowokuje Siergieja do jakichkolwiek czynów i nie bawi się w żadne gierki, na Boga!, ale kiwnęła jedynie głową, zobojętniała na wszystko, i wyszła.
Mateusz ze smutkiem odprowadził przyjaciółkę wzrokiem. Jakże pragnął utulić ją w ramionach, ukochać, ukołysać. Sprawić, by smutek poszedł precz, a zastąpiła go radość… Ale Marta Kraszewska nie chciała jego ramion i tulenia. Może innych tak, ale nie Mateusza.
Jeszcze odnośniki do Wyborczej i wikipedii:
** http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,20253573,reprywatyzacja-w-warszawie-roszczeniaza-50-zl-sad-nie-kupil.html
*** https://pl.wikipedia.org/wiki/Jolanta_Brzeska
AutorKasia niesie kaganek oświaty. Dzięki niej każdy dowie się o Jolancie Brzeskiej, prawdziwie dziennikarska robota.



"Czyli że generalnie człowiek-patelnia to jest."
OdpowiedzUsuńAle czy teflonowa?!?
To co, w Warszawie mamy gang kamieniczników, a na wsi chałupników? ;) Ilustracja gangu miodzio.
OdpowiedzUsuńAle wizja Michalak plus Vega przerażająca, bo prawdopodobna.
Połączy ich pasja do wciskania odbiorcom WSTRZĄSAJĄCEJ PRAWDY!
UsuńTakie rzeczy czytasz o czwartej w nocy? :O