1.4 Rozdział 5 i 6

ROZDZIAŁ V, GDZIE DOWIADUJEMY SIĘ TRZY RAZY ZE SZCZEGÓŁAMI, NA CZYM POLEGAŁ TAJEMNICZY PLAN, A PIĘĆDZIESIĘCIOLETNI STALKER JEST TAKI PIĘKNY

Mateusz mówi, że naprawienie auta zajmie mu sporo czasu.
– Muszę wiedzieć, ile naprawa może kosztować – wpadł mu w słowo Nataniel. – Nie mam zbyt dużo pieniędzy. Muszę najpierw zarobić.
– Słusznie prawisz – zgodził się z nim „leśniczy”. – Ale my tutaj, na wsi, często wymieniamy się przysługami. Umisz coś więcej niż…? Właściwie nie wiem, co umisz.
– Znam się tylko na komputerach.
– O, to z nieba mi spadłeś! – ucieszył się Mateusz. – Mój zdechł na dobre, stary z niego grat, jak to twoje auto. Jeśli naprawiłbyś mi go…
Co za zbieg okoliczności! Jedyna rzecz, jaką umie Nataniel, jest jedyną rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebuje Mateusz!

Nataniel obiecuje zaprojektować stronę internetową w zamian za naprawę, po czym razem z Mateuszem jedzą posiłek u Marty. Wraca temat ewentualnej sprzedaży rudery marzeń.
– Co prawda, to prawda. Mówisz więc, że nasz młody przyjaciel ostrzy sobie na chatę zęby? – mówiąc to, spojrzał pytająco na Nataniela. Ten pokręcił głową.
– Bardzo bym chciał, ale wynająć jej nie mogę, a pieniędzy na kupno nie mam.
– Nawet nie pytałeś o cenę!
– Cena nie ma znaczenia. Jestem w trudnej sytuacji finansowej – odparł Nataniel wymijająco.
Prawdę mówiąc, nie stać go było nawet na miesięczny czynsz. Ostatnie pieniądze wydarł mu z gardła kamienicznik. 
To on jeszcze dopłacił za to, by ktoś kupił jego mieszkanie??? Tak nie działa handel nieruchomościami!
Nataniel powinien usiąść do komputera już dawno – tak jak mówiła Marta: wziąć się do roboty, zamiast gonić za cieniem na zmianę z użalaniem się nad sobą – ale… śmierć mamy go złamała. Nie mógł myśleć o niczym innym. Dopiero komornik i prawnicy kamienicznika zmusili go, by jednak pomyślał…
Zaraz, co?! Brzmi tak, jakby to komornik i prawnicy zaprzęgli go do pracy nad stronami internetowymi.
Czy ta powieść została napisana w piątym wieku przed naszą erą, czy czegoś nie załapałam? Rozumiem, że redakcja balowała zamiast rozczytywać takie bełkotliwe akapity.

Marta i Mateusz idą na spacer.
– Dobra, oddawaj szmatkę. Mateusz zaśmiał się, po czym sięgnął do kieszeni.
– Masz, cwana bestyjko. Twój fortel powiódł się, jak widzę?
– Oczywiście! Jeśli nie miałby szans powodzenia, po co w ogóle go stosować? Nie możemy pozwolić, by Wiesiek sprzedał chatę temu niecnocie.
– Ano nie możemy. Dobrze, że Natanielek nie zna się na samochodach. Gdyby znalazł gałgan w rurze wydechowej…
– Nie miałam pojęcia, że unieruchomienie auta jest takie proste!
Bo czytelnik nie zrozumiał za pierwszym razem i trzeba mu pokazać od A do Z, na czym polegał chytry plan Marty. 
Tak szczerze, to nie sądzę, by fani AutorKasi specjalnie wczytywali się w takie smaczki, raczej czekają na wielkie wejście amanta i romans albo inne wątki o spełnianiu marzeń jak z tą chatą. Może dostaje pieniądze od literki?

Marta tłumaczy, że nigdy, przenigdy, nawet za milion lat Nataniel nie zorientowałby się, że to ona.
– Powiedziałabym, że to ktoś ze wsi. Zobaczył obcego w obejściu, postanowił mu dokuczyć… Daleko z prawdą bym się nie minęła. Jeszcze napsują krwi i temu chłopakowi, i nam, zobaczysz.
– Jeśli okaże się użyteczny, będą go hołubić…
– Mam taką nadzieję. Szkoda, żeby przechodził przez takie piekło, jakie tobie i mnie na początku zgotowali. Miejscowi… – prychnęła, kręcąc głową. – Było, minęło. Ja naprawię sołtysowi od czasu do czasu ten jego złom, ty…
Nie wiadomo, co Marta, bo trzeba było powtórzyć, że coś knują, że będzie super i żegnają się.

Marta powoli wraca do domu (powoli, by „nie potknąć się o korzeń”, bo to poważna książka, a nie opko), gdy wtem!
Nie zauważyła ciemnej sylwetki opartej o pień drzewa. Mężczyzna, najwyraźniej czekając, aż Marta będzie wracała do domu sama, zaszedł jej drogę tak gwałtownie, że krzyknęła przestraszona.
– Ciicho bądź! To ja – syknął.
Cofnęła się mimowolnie o krok.
– Czego chcesz? – rzuciła nieprzyjaznym tonem.
– Kto jest u ciebie?
– A co cię to obchodzi? Wyciągnął rękę, chwycił ją za nadgarstek i uścisnął nieco mocniej, niżby sobie tego życzyła.
– Puszczaj! – Próbowała wyrwać dłoń, ale trzymał mocno. – Puść, bo zacznę krzyczeć! – Przecież nie zrobię ci krzywdy – mruknął.
– Wiesz, że zależy mi na tobie. Wiesz, że się o ciebie martwię. Mieszkasz sama na odludziu, spotykasz się z tym półgłówkiem z lasu, a teraz jeszcze sprowadzasz sobie kogoś do domu… Obcego faceta.
To oooon! To BlackHeart! Pokochamy go! Tak idealnie wykręca ręce kobietom.
– Naprawdę nie muszę spowiadać się z tego, kogo goszczę w swoim domu. Nie tobie – rzuciła, czując narastającą złość. I strach.
– Ale powiem, bo nie mam nic do ukrycia: syn mojej przyjaciółki przyjechał, by dojść do siebie po wypadku. Jest niepełnosprawny. To widać spodobało się tamtemu, bo zwolnił uścisk. Marta wyrwała dłoń i rozcierając nadgarstek, minęła mężczyznę. Poszedł za nią, nieustępliwy jak cień.
– Niepełnosprawny powiadasz… – mruknął.
Eee? Zastanawia się, czy ma niesprawną piątą kończynę czy co?
No, teraz, Marto Kraszewska, musisz być bardzo ostrożna i sprytna. Od ciebie zależy przyszłość Nataniela. A przynajmniej najbliższe dni. Później albo go z Sennej wygryzą, albo przygarną z otwartymi ramionami…
– Owszem, niepełnosprawny. Nie stanowi zagrożenia dla nikogo. To dzieciak z uszkodzoną nogą. Tylko tyle.
– Przyjrzę się temu dzieciakowi jutro. Mogę czuć się zaproszony na śniadanie? Chyba że jadacie w łóżku niczym nowożeńcy?
Jacek i Barbara, zakochana para!
Ostatnie pytanie miało brzmieć żartobliwie, ale Marta wiedziała, że ten człowiek nie żartuje. Jest o nią wściekle zazdrosny. Zawsze był.
– Użyczyłam Natanielowi, tak ma na imię, chatę sołtysa – odparła spokojnie, mimo że w środku gotowała się ze złości. – Mieszka w niej, nie u mnie. I w twoim interesie jest, by mieszkał jak najdłużej. Gdy strzeli ci do głowy skrzywdzić tego chłopaka… – zawiesiła znacząco głos.
Zagarnął ją znienacka, przycisnął do piersi.
– Co mi zrobisz? – wymruczał, zmuszając kobietę, by spojrzała mu w oczy. Błyszczały w ciemnościach jak u wilka. – Cóż… wyjadę i nie wrócę. Nigdy mnie nie znajdziesz. A teraz puść. – Wyswobodziła się z jego ramion. Nie podobała się Marcie ta rozmowa. To, jak on sobie poczyna, także. Ale jeśli chciała zatrzymać dwór i mieszkać w tej wsi, musiała się na te amory od czasu do czasu godzić. Dopóki nie próbował niczego więcej.
Podsmowując: kolo ją śledzi, podgląda, wygląda na to, że grozi, chwyta bez pozwolenia, że aż ją bolą ręce, przyciska do siebie. Nawet nie są w związku (sprawcy przemocy domowej zwykle dawkują takie zachowania, posuwając się coraz dalej z czasem), więc wolę sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby randkowali.
Ale to zachowanie to nic, ponieważ…
Siergiej Sodarow był niebezpieczny, wiedział to każdy od Olsztyna po granicę z Kaliningradem. Właściwie nikt nie wiedział, czym się zajmuje, nikomu krzywdy nie zrobił, jednak… wystarczyło spojrzeć na chmurną twarz tego czterdziestoośmioletniego mężczyzny, czarne oczy, błyszczące tak jak teraz niewypowiedzianą groźbą, gęste krucze włosy, bez śladu siwizny, opadające na czoło jak u dzikusa, i silne, świetnie zbudowane ciało, umięśnione jak u gladiatora, mimo że siłownią zapewne pogardzał…

No tak, facet jest przystojnym obcokrajowcem, więc powinniśmy mu wybaczyć nieobycie.

Tak, Marta miała przed sobą drapieżnika, niebezpiecznego drapieżnika, który upatrzył sobie na ofiarę swoich amorów właśnie ją. Dlaczego ją, skoro mógł mieć młodsze i ładniejsze? Nie miała pojęcia.
Faktycznie szokujące, że ktoś dobrze wyglądający szuka partnerki w swoim wieku. Na tym się skupmy. Sposób, w jaki to robi, już w ogóle nie ma znaczenia.
Zwykle jej pochlebiało, jak wodził za nią wzrokiem, gdy przyjeżdżała do wsi po zakupy, jak otwierał przed nią drzwi do sklepu, próbował nakłonić do rozmowy, zapraszał na potańcówki czy żeglowanie po jeziorach. Tak dawno nie adorował jej żaden mężczyzna… Mimo iż nie była spragniona takich podchodów, sprawiały jej przyjemność jak każdej normalnej kobiecie.
Jasne, kobiety straumatyzowane są takie nienormalne, a co dopiero te, które po swoim pierwszym „nie jestem zainteresowana” czują niepokój, mimo że nie mają usprawiedliwienia w postaci złych doświadczeń.
Siergiej był przystojny, czuło się bijącą od niego aurę męskości i władzy. Młodszej mógł zawrócić w głowie, dlaczego więc nie Marcie? Wszystko ma jednak swoje granice. Napaść na leśnej ścieżce w środku nocy do przyjemnych nie należała.
Z puentą się zgadzam, ale moje pytanie numer jeden brzmi: skoro jej tak ta adoracja odpowiada, to czemu nie umówiła się z nim, gdy ją zapraszał? Z tego fragmentu można wywnioskować, że granice według Marty przekroczył teraz. A więc podobał jej się fizycznie, cech sprawcy przemocy domowej jeszcze nie wykazywał, zaproszenia wyglądają na niewinne i standardowe (żeglowanie fajna rzecz!)… Ta scena byłaby bardziej życiowa, gdyby pokazywała, jak Marta próbuje odciąć się od nieprzewidywalnego byłego narzeczonego, a ten próbuje ją odzyskać zastraszaniem. Na pewno więcej czytelniczek mogłoby się wczuć. W końcu bohaterami jest para osób w średnim wieku, nie nastolatków, wówczas taki scenariusz pewnie by przeszedł…
– Zejdź mi z drogi, Siergiej! – syknęła.
Ani myślał.
– Co u ciebie robiła ta łajza z lasu? – zapytał tym samym tonem co poprzednio.
– Mówisz o moim przyjacielu? Mateuszu?
– A o kimże innym…
– To bacz na słowa. Nie życzę sobie…
– Co robił u ciebie podrabiany leśniczy?
– Częstowałam go kolacją. Twoja zazdrość staje się męcząca. Ośmieszasz się.
– Nie jestem zazdrosny. Próbuję cię chronić przed włóczęgami i podrabianymi przyjaciółmi. Gdybyś mi pozwoliła…
– Ale nie pozwalam! Sama sobie wybieram przyjaciół. Puścisz mnie w końcu do domu?
…znaczy takie dialogi są typowe, gdy bohaterami są przekomarzający się młodzi ludzie. Autorka pewnie o tym nie pomyślała.

Marcie w końcu udaje się odejść.
– Jeśli gram, to po to, żeby wygrać – rzucił za nią.
– To nie jest gra! – odparła ze złością.  
Roztrzęsiona wpadła na ganek, zatrzasnęła za sobą drzwi, przekręciła klucz w zamku i oparła się plecami o chłodną ścianę, próbując uspokoić oddech. Jedno trzeba było Siergiejowi przyznać: potrafił wzbudzać emocje.
Tak, to na pewno sugeruje wspaniałe przyszłe pożycie i wiele wspaniałych chwil dla czytelnika.
Nataniel stanął przed nią zaniepokojony.
– Coś się stało? Pokręciła głową.
– Zmyłem naczynia…
No proszę, jak go pięknie wytresowała! Już nie ma, że gość nie sprząta.

Nataniel znowu ma przemyślenia dotyczące bezsensu, że po co się starać, że trzeba wracać, ale Marta mu przerywa.
– Uważaj na siebie. Zamknij okna i drzwi – odezwała się drżącym nieco głosem.
– Wczoraj mówiła pani, że to bezpieczne miejsce. Nikt się nie włamuje, miejscowi omijają chatę szerokim łukiem…
– Tak mówiłam i powtórzę to jeszcze nie raz, mimo to trzeba być ostrożnym. Psychopatów na tym świecie nie brak. 
No a dopiero co Mateuszowi mówiła, że tylko nowi mają kłopot, ale parę lat, kilka przysług i można wtopić się w tłum? Ale dobra, Nataniel wolno myśli i trzeba go straszyć złym psychopatą.
– Ale… chciałem spać przy otwartym oknie – zaczął nieprzekonany. – Wymarzyłem sobie…
– Masz zamknąć okiennice i drzwi! – krzyknęła. Spojrzał na kobietę zdumiony. Oczy błyszczały jej od gniewu. Czy raczej od łez, które otarła tak szybko, żeby się ich nie domyślił.
No co za bachor! Zobaczył przerażoną kobietę, ale uznał, że tylko mu się przywidziało, gdy zaprzeczyła. A te komendy to tak dla sportu.
– Po prostu bądź ostrożny – dodała łagodniej. – Las nocą jest jak miejska dżungla. Zrobisz głupstwo, wystawisz się bezmyślnie na niebezpieczeństwo i będziesz tego żałował do końca życia. Przy otwartym oknie jeszcze sobie pośpisz. Za jakiś czas. Gdy tutejsi stwierdzą, że… Gdy cię zaakceptują. Na razie nikt cię tu nie zna. Mogliby pomyśleć, że włamałeś się do chaty i… – Wzruszyła wieloznacznie ramionami, a Nataniel poczuł nieprzyjemny dreszcz spływający wzdłuż kręgosłupa.
Marta miała rację. Nie wiedzieć czemu założył, że tutaj, na wsi, nic ani nikt mu nie grozi. A przecież świat jest pełen psychopatów, jak słusznie zauważyła jego nowa przyjaciółka.
Lol. Z deszczu pod rynnę. A mówili, że Warszawa jest straszna!

Nataniel obiecuje, że pozamyka drzwi, okna, a Marta instruuje go, by w razie gdyby cokolwiek go zaniepokoiło (!), ma dzwonić do niej lub pod 112, bo miejscowi boją się policji.
O to się właśnie Marta Kraszewska martwiła: dzięki staraniom Siergieja mieszkańcy Sennej mogą obrzydzić życie młodemu człowiekowi, a byli w tym bezkonkurencyjni. Umieli zmuszać nieproszonych gości do odwrotu. Marta przyjeżdżała do Sennej od lat, poza tym była im potrzebna.
Przecież zdaniem autorki nikt nie zamawia ubrań, bo wszyscy kupują w sieciówkach? A póki co to jedyna praktyczna umiejętność Marty, jaką nam zaprezentowano.
– Tak. Dobrze. Nie wiem, co mi odbiło – rzekła, pocierając oczy. – Tu naprawdę jest spokojnie. Czasami mąż stłucze żonę, czasem dwóch się po pijanemu za łby weźmie, ale kraść nie kradną, obcych się nie czepiają – skłamała gładko na koniec.
Wspaniała rekomendacja! Na trzy wszyscy opuszczamy metropolie i kierujemy się na złotą wieś, gdzie można bezkarnie tłuc drugą połówkę. Każdy o tym marzy, nie?
Ale skoro takie ma podejście do życia, to nic dziwnego, że Siergiej ją zaniepokoił dopiero przekraczaniem bariery fizycznej.

Nataniel dostaje od Marty prezent.
Gdy dotarł do chaty, skonany po pełnym wrażeń dniu, i rozwinął podarunek Marty, aż westchnął z zachwytu. Na łóżku pyszniła się narzuta z pięknego, miękkiego, ciemnogranatowego aksamitu, wyszywana w złote gwiazdy. Układały się w konstelacje widoczne na nocnym niebie. Gdy zgasił światło, zalśniły jak żywe. Był to naprawdę wspaniały dar.
Kiedy ona zdążyła to zrobić? Nawet przy ogromnej wprawie haftowanie ręczne jest pracochłonne, zwłaszcza takich powierzchni. Że też jej się chce po całym dniu wysilania wzroku przy szyciu.
Znaczy pewnie ma z Ikei i żadne tam konstelacje, tylko haft maszynowy i gwiazdki od Disneya, ale Nataniel metki nie zauważył.

Rozdział kończy się tym, że coś fajnego czeka Nataniela – albo on tak sobie marzy. Trudno to wywnioskować z narracji.

A może tytułowa „Gwiazdka z nieba” to po prostu kołdra?

ROZDZIAŁ VI, W KTÓRYM ZACZYNA SIĘ ZŁO

Nataniel śni, jak zapadał się po pas w śniegu, spadając w przepaść; kiedyś, jeszcze jako seksowny ratownik.
Oddychał płytko i szybko, serce w piersi waliło tak, jakby chciało zagłuszyć niknące w zamieci wołanie. I jego własny krzyk, gdy spadał w otchłań, rozbijając się o skały.
To brzmi, jakby spadał kilka minut, z każdym uderzeniem tracąc jedną kończynę; chyba nie spadł z dużej wysokości, skoro tylko złamał sobie nogę.
Nataniel rozpacza, że często w snach wracają do niego te chwile, a potem nie może się wyspać.
Mogłeś mieć dobre serce, a chęci jeszcze lepsze, mimo to dostawałeś cięgi od losu. Mogłeś mieć czarną duszę i podłe zamiary, a los wbrew logice i życzeniom krzywdzonych nagradzał cię i nagradzał. Czy było to sprawiedliwe? Odpowiedź jest jedna: nie. Czy mogłeś z tą niesprawiedliwością walczyć? Taka sama odpowiedź przychodzi równie łatwo. Czy dlatego, że los jest niesprawiedliwy i nic nie możesz na to poradzić, pozostało ci tylko poddać się i płynąć z prądem? Co to, to nie! „Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie” – te słowa Zbigniewa Herberta nosił Nataniel w sercu.
Podobno wielu ludzi lubi powieści AutorKasi, ponieważ podnoszą ich na duchu. Nie mam pojęcia, w jaki sposób, chyba że to dilerzy, kamienicznicy-złodzieje i niedoszli mafiozi wyrywają sobie z rąk wszystkie jej powieści, by czytać o własnych sukcesach.
Nataniel swego czasu należał do harcerstwa, umiał więc rozpalać ognisko.
Pewnie tak zdobył i wiedzę o kurzu. Cud, nie chłopak.
Jednak z kuchnią na węgiel nigdy nie próbował. Gdyby udała mu się ta sztuka, wewnątrz zrobiłoby się o wiele cieplej, wilgoć, która osiadła na ścianach, pierzchłaby raz na zawsze, chata – nadal sprawiająca wrażenie zimnej i nieprzytulnej – zmieniłaby się w prawdziwy dom…
Wilgoć z opuszczonego domu pierzchłaby raz na zawsze, he, dobre sobie.
Potem przez godzinę męczy się z tym ustrojstwem, ale wreszcie robi jajecznicę. Teraz to fajna zabawa byłego harcerza, ale ciekawe, czy jakby nabył czarną ruderę, to byłby zadowolony z takiego życia na co dzień.

Nataniel idzie z Mateuszem na ryby.
Nataniel zauważył, że wiejska gwara, którą Mateusz raczył go wczoraj, zniknęła. Mężczyzna mówił całkiem normalnie.
xD to się autorka natrudziła, tworząc jego idiolekt.

Potem ZNOWU mamy przypomnienie, że nie ma nic za darmo, Nataniel odzyska naprawiane auto za przysługę.
– Potrafisz zrobić coś takiego?
– Nie ma sprawy – odparł chłopak. Nie wyglądały na skomplikowane.
– Tu spisałem wszystko, czego będę potrzebował. Nataniel rzucił okiem na kolejną stronę.
– Tuning samochodowy – gwizdnął cicho. – Tym się pan zajmuje, sąsiedzie!
– Ano tym. Znaczy, tym się zajmowałem. Kiedyś. Nim zacząłem pilnować lasu. Przyszło mi jednak do głowy, że las upilnuje się sam, dobrze więc byłoby, gdybym znalazł sobie inne zajęcie. Zwykła mechanika nie jest tak pasjonująca jak właśnie tuning. I to taki… super hiper, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
Znaczy oddał opla, dostanie lamborghini dresowóz popisowy?

I teraz, uwaga, NATANIEL BIERZE SIĘ DO PRACY! Co prawda nie za pieniądze, nie ma tak dobrze, ale siada przed komputerem i zaczyna przygotowywać stronę dla Mateusza. Huuuurrra!

Przychodzi Marta i radzi, jak żyć.
– Musimy skombinować ci jakąś lodówkę, ale na razie możesz trzymać to w studni.
– Wskazała reklamówkę.
– W studni?! To znaczy w wodzie?
– Nie – zaśmiała się. – Na cembrowinie jest specjalny hak, na którym wieszasz siatkę. – Sprytnie. – Nasi przodkowie radzili sobie bez lodówek.
Nie wiem, może jestem rozpieszczona przez miasto, zawsze miałam lodówkę w domu i nie chodziłam od domu do domu wokół upatrzonej chaty, szukając w pobliżu żywiciela jak ten pasożyt-główny bohater, ale jakoś mnie ta książka nie zachęciła do znalezienia domku na wsi.

TERAZ! Teraz nadciąga huragan niegodziwości.

Nataniel i Marta bawią się ze ślepym psem przed domem, gdy pies zaczyna się bać (wiadomo, zło się wyczuwa jak trzęsienie ziemi)… Wtem!
Siergiej Sodarow, bo to on nadjeżdżał na grzbiecie potężnego kruczego ogiera, zbliżył się do zaciekawionego chłopaka i stojącej obok niego w milczeniu kobiety, po czym ściągnął wodze, wstrzymując zwierzę może trzy kroki przed nimi, i zeskoczył lekko na ziemię.


No tak, najważniejsze, by czytelniczka nie przestała się ślinić. Ponieważ amant nie jest pierwszej świeżości, trzeba zastosować wyjątkowe środki.
– Witam nowego sąsiada – odezwał się, mierząc młodego mężczyznę lekko zmrużonymi oczami, po czym zwrócił się do Marty: – Przedstawisz nas sobie?
Ale Nataniel był szybszy. Wyciągnął do nieznajomego dłoń ze słowami:
– Sam potrafię się przywitać. Nataniel Domoradzki. Nie jestem jeszcze pańskim sąsiadem, choć bardzo pragnąłbym tu zamieszkać. – Wskazał na dom.
– To będzie trudne. Z tego, co wiem, chata nie jest na wynajem – odparł tamten.
– Ale jest na sprzedaż – wtrąciła się Marta.
Siergiej rzucił jej szybkie, nieco złośliwe spojrzenie, po czym stwierdził:
– Dlatego będzie to jeszcze trudniejsze. Zamierzam ją kupić.
Ahahahahahaha, nie będzie gwiazdki z nieba dla Nataniela!
– Po co ci ta chałupa, Siergiej? – W głosie Marty zabrzmiał gniew. – Masz swoje ranczo, największe w okolicy. Masz kilkanaście hektarów łąk i lasów…
– Kilkadziesiąt, chciałaś rzec – sprostował czarnowłosy mężczyzna.
– Jeszcze lepiej: kilkadziesiąt! Po co ci więc ta chata?
– Miałbym ładny widok na jezioro – rzucił lekko tamten. – I na ciebie, gdy kąpiesz się co rano. Naga.
Co to za tekst na podryw, aaaa!
Marta… spłonęła rumieńcem zażenowania. Nataniel wbił wzrok w piach podwórza. Siergiej zaśmiał się cicho. Trafiony-zatopiony. Chłopaczek od tej pory będzie wyobrażał sobie sąsiadkę, która mogłaby być jego matką, jak bierze nago kąpiel w jeziorze. Jeśli okaże się cwany, kupi sobie lornetkę i nie ograniczy się do wyobrażeń. A Marta, będąc tego boleśnie świadoma, szybko się szczeniaka pozbędzie…
No tak, Siergiej jest zły, bo jednym tekstem potrafi włączyć kompleks Edypa ludziom, których zna od trzydziestu sekund. Teraz Marta będzie musiała go wyrzucić z domu, bo jeszcze się zgodzi iść z nią na kolację, a przecież nie po to go kusiła, by z nią jadł.
– Jesteś kretynem – wydusiła. – Podłym… bezczelnym… kłamliwym… – Gorączkowo szukała obelg, które by dotknęły tego drania tak, jak on dotknął ją.
– To wszystko już słyszałem, Martuniu… – Siergiej zaśmiał się tylko.
Wyciągnął ku niej znienacka rękę, przyciągnął ją do siebie i wycisnął na ustach kobiety niechciany pocałunek. Odepchnęła go z całych sił.
– Chyba przeszkadzam – odezwał się zmieszany Nataniel.
Tak, trzeba głośno poskarżyć się na SWÓJ dyskomfort, gdy jest się świadkiem molestowania przyjaciółki. Bachor, bachor, bachor!
Nie bardzo wiedział, czy towarzystwo czarnookiego przystojniaka jest Marcie miłe, czy niemiłe. Najpierw sprawiała wrażenie naprawdę wściekłej, później – co było zrozumiałe – zarumieniła się jak dziewica i spuściła wzrok, ale teraz… niby tamtego odpychała, a jednak… Mogła przecież powiedzieć intruzowi, o ile rzeczywiście nim był, żeby poszedł do diabła. Faceci w tych stronach rozumieją chyba słowo „nie”?
Eee? Czy on rozumie relacje międzyludzkie? Marta nawet nie uśmiechnęła się, ba! Nawet nie zaśmiała nerwowo na komentarz, a wówczas mógłby nadinterpretować, gdyby nie miał żadnego doświadczenia z kobietami (może nie ma, ciągle tylko mama to, mama tamto). A to, że odepchnęła go z całych sił, to chyba musiał odebrać jako przyjacielskie przekomarzanie. Ech.
Siergiej Sodarow rozumiał tylko to, co chciał rozumieć. I tak jak chciał. Nie należał do myśliwych, którzy przy pierwszym niepowodzeniu pozwalają ujść ofierze. Jeżeli już sobie coś upatrzył – a Marta Kraszewska zapadła mu w czarne serce od pierwszej chwili, gdy pojawiła się w jego życiu – po prostu wyciągał po to rękę. Jak teraz.
– Mówiłam, żebyś trzymał się ode mnie z daleka! – krzyknęła ze złością, ocierając usta wierzchem dłoni.
– Mówiłaś. I to nie raz. Ale bez przekonania. – Siergiej uniósł kącik ust w przekornym uśmiechu.
W sumie nic dziwnego, że Marta jest toksyczna, skoro nikt nie widzi powodu, by ją szanować czy wstawić się za nią. Pewnie w życiu miała samych takich Siergiejów i Natanielów, tylko ci drudzy dodatkowo mówili, co myśleli.
Komuś, kto go nie znał, wydałby się w tej chwili uroczy niczym uczniak przyłapany na psocie, ale Marta nie miała złudzeń: gdy ten człowiek straci zainteresowanie nią, cały urok pryśnie. Jego prawdziwego oblicza mogła się jedynie domyślać, a i tak domysły te przerażały
UROCZY POTENCJALNY GWAŁCICIEL. No faktycznie, każdy by uważał Siergieja za uroczego, zwłaszcza po końskich zalotach przy jej koledze i tym wymuszonym pocałunku.

Nie jest powiedziane, czy Marta słyszała plotki o Siergieju, dlatego nie chciała się z nim umówić. Ale wówczas chyba nie schlebiałoby jej, że to właśnie ten człowiek ją podrywa, raczej przestraszyłaby się sytuacji?
– Umiesz jeździć konno, Nat? – zwrócił się do chłopaka.
– Umiałem – odrzekł ten ostrożnie.
– Jak to „umiałeś”? Tego się nie zapomina.
Teraz Nataniel poczuł gniew. I chęć utarcia temu mężczyźnie nosa. Kiedyś, przed wypadkiem, był świetnym jeźdźcem. Lubił konie, ich mądre oczy, miękkie chrapy szukające kostki cukru w dłoni, gładkie szyje i jedwabiste grzywy. Kochał straceńcze galopady na ich grzbietach. Przed wypadkiem.
No tak, najważniejsze w jeździe konnej jest, że konie żrą cukier i umierają na cukrzycę.
Twoja przyjaciółka została obrażona, poniżona, znienacka obśliniona przez jakiegoś chama. Co robisz? Nie pomagasz, nie odzywasz się, ale ekscytujesz, jak tu się popisać kosztem własnego zdrowia przed chamem. BRAWO.
Od kiedy wrócił ze szpitala, nie wsiadł na konia. Tak samo jak zrezygnował z treningów aikido, siatkówki, piłki nożnej i wszystkiego, czym się zajmował w „poprzednim życiu”. Mama próbowała nakłonić go chociaż do pływania, jednak… nie potrafił się przemóc. Rozebrać się przy innych? Wystawić na ich ciekawskie oczy okaleczoną po wielekroć kończynę? Nie ma mowy!
No tak, a potem mógł tylko skończyć grafikę, bo na ASP same dziwaki, albo informatykę, bo same nerdy bez mięśni (czym on tam w końcu jest?). Gdzie by się kompromitował na basenie, gdzie siedzą laski z polonistyki i śmieją się z krzywych łydek.
– Jestem niepełnosprawny – to określenie nadal, choć minęło sześć lat, z trudem przechodziło mu przez gardło. – Sam nie dam rady. – Wskazał na wysoki koński grzbiet.
– Och, pomogę ci wsiąść. – W czarnych oczach Sodarowa błyszczała czysta złośliwość.
Nie wyczuwał w młodym chłopaku konkurencji do ręki i ciała Marty Kraszewskiej, co to, to nie, jeśli jednak mógł go skompromitować w jej oczach? Czemu nie!
Co za popisujący się przed ukochaną pawian.
– Chyba powiedział wyraźnie, że jest niepełnosprawny – wycedziła Marta.
Gdyby wiedziała, że te słowa tylko Nataniela sprowokują, ugryzłaby się w język. Momentalnie zmienił zdanie. Podszedł do konia, pogłaskał go po szyi, a gdy zwierzę parsknęło przyjacielsko – przynajmniej tak się chłopakowi zdawało – rzucił przez ramię:
– Jestem gotów spróbować.
…a teraz mamy parę pawianów.

Siergiej pomaga Natanielowi wsiąść na konia.
Nim zdołał wcisnąć stopy w strzemiona, zanim zabrzmiało ostrzegawcze „Uważaj na niego! Lubi ponieść!” Siergieja, ogier stanął dęba, po czym zawrócił w miejscu i rzucił się wściekłym cwałem w kierunku, skąd nadjechali.
Nataniel stara się opanować sytuację, gdy…
Jakimś cudem prawa stopa trafiła na strzemię. Nataniel miał już punkt oparcia. Zaczął ściągać wodze, hamować rozpędzone zwierzę. Nagle serce w piersi młodego mężczyzny zamarło. Przed sobą miał szosę, ruchliwą dwupasmówkę. Leśna droga wychodziła wprost na nią! Jeśli do tego czasu nie zdoła zatrzymać zwierzęcia…
...zza krzaków dziewiczej natury wyłania się autostrada, żeby było dramatyczniej.
To chyba „Zaklinacz koni” puszczony od tyłu. Tylko Scarlett Johansson nie staje się niepełnosprawna od zderzenia konia z autem, tylko Nataniel zaraz zderzy się z ciężarówką na szosie i znów będzie chodził. Hurra!

Pozostali bohaterowie biegną za koniem i Natanielem. Marta wygraża Siergiejowi sądem, na co Siergiej rozmyśla:
Sodarow nie odpowiedział, biegnąc obok niej. O chłopaka się nie troszczył, wsiadł na konia z własnej woli, nie czekał na instrukcje, nie pytał o zwyczaje zwierzęcia, po prostu – jak się można było po ambitnym szczeniaku spodziewać – dał się podpuścić. Czy była to jego, Siergieja, wina? Rzecz jasna nie. Ale nie odważył się tego rozwścieczonej i przerażonej kobiecie powiedzieć. Na Marcie Siergiejowi zależało jak najbardziej. Wolał nie przeginać…
Oho! Czyli jednak nasz złoczyńca ogarnia, że kobiety mają mózgi i czasem coś im się nie podoba, a wtedy nici z romansu. Tyle że jako „przegięcie” może sobie wyobrazić co najwyżej zabicie jakiegoś przyjaciela.
Mało tego, Marta ze stresu zaczyna płakać, na co on ją lakonicznie pociesza:
– Chłopak da sobie radę – rzucił Siergiej bez przekonania.
Nie był pewien, czy on sam utrzymałby się w siodle bez strzemion… Nagle dobiegły ich ostry, przenikający na wskroś pisk hamulców, odgłos uderzenia i… cisza. Marta potknęła się i upadła.
Brzmi, jakby to Marta z emocji zapiszczała jak hamulec, wbiegła w ścianę z hukiem i upadła. Klimatycznie!
Nataniel w ostatniej chwili szarpnął ku sobie wodze. Koń stanął dęba. Chłopak spadł. W tym momencie kierowca samochodu, który jak to z kretynami bywa, wyprzedzał na zakręcie, ujrzał przed sobą maskę tira, odbił gwałtownie na przeciwległe pobocze i wprasował się w drzewo.
Oczywiście. Pani Kasiu, przecież to nie mógł być tylko kretyn, ten wyprzedzający na zakręcie. Pewnie się ścigał, był na dopalaczach i uciekał przed policją jednocześnie! Wszystko, by zranić biednego niepełnosprawnego, który wcale nie kretyńsko wjechał koniem w dwupasmówkę. Normalnemu, chodzącemu do kościoła obywatelowi wyminięcie wbiegającego na drogę konia nie sprawiłoby żadnych trudności.
Nataniel przyglądał się temu z wysokości drogi. Rozpędzone auto mignęło mu przed oczami. Siła uderzenia był tak potężna, że szkło rozorało mu policzek i czoło, ale nie poczuł tego, nawet nie mrugnął, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w sprasowane na pniu auto. W następnej sekundzie – chociaż chłopakowi wydawało się, że minęły długie minuty – poderwał się, doskoczył do drzwi pasażera, za którymi widział opartą bezwładnie o framugę okna dziewczynę. Szarpnął za klamkę. Raz i drugi. Musiał się spieszyć! Spod maski wydobywał się dym, powietrze zaczęło przesiąkać ostrą wonią benzyny.
Trochę słabo, nie? Zawsze może być gorzej:
Uniósł głowę, ocierając odruchowo krew zalewającą oczy. To kierowca tira, blady jak zapewne on sam, dopadł drzwi kierowcy i również próbował je otworzyć.
– Ten szajs za chwilę wyleci w powietrze. Musimy ich wyciągnąć!
Nataniel jest takim bohaterem, że w wypadku, który sam spowodował, ratuje ludzi, raniąc sobie przy tym swoją dzielną klatę. Odpiął pasażerkę i:
Chwycił dziewczynę za ramiona i niemal płacząc z bólu przeszywającego chorą kończynę, zaczął odciągać w tył. Byle dalej od samochodu. Dalej od śmiertelnego niebezpieczeństwa. Jego chora noga nie wytrzymała wysiłku. Ugięła się. Poleciał do tyłu. Za blisko, wciąż za blisko samochodu. Próbował wstać. Dziewczyna jęknęła. Nagle ktoś chwycił i jego, i ją, szarpnął w górę i odrzucił jeszcze dalej.
W tym momencie samochód eksplodował.

Nataniel w ostatniej chwili osłonił siebie i ranną od ognistego podmuchu. Zakrztusił się dymem. Znów ktoś do nich doskoczył. Odciągnął w bezpieczne miejsce. Chłopak opadł na miękką trawę pobocza. Dziewczyna, leżąca tuż obok, poruszyła się i jęknęła. Żyła. On też. Kto ich uratował?
Pani Michalak po mistrzowsku wymieszała elementy tradycyjnego romansu (starszy umięśniony amant na koniu, rywalizację o kobietę, pojedynek) i eksplodujące auta z filmów klasy B z lat dziewięćdziesiątych. Bo co to za akcja bez wybuchu i kretyna wyprzedzającego na zakręcie.
– Ty bydlaku, ty sukinsynu, odpowiesz za to! – krzyknęła Marta, mijając Siergieja.
Osmalony przez wybuch, wyglądał jak upiór.
– Marta… – Ruszył za nią.
Ahahaha, jakby był prawdziwym złoczyńcą, to stałby się bohaterem, by uniknąć procesu, ale przed chwilą myślał sobie, że przecież nie byłoby powodu, dla którego Marta miałaby go pozwać.

Marta krzyczy na Siergieja, by wezwał pogotowie, po czym okazuje się, że dziewczyna jest w gorszym stanie niż Nataniel, ale w gorszym stanie od dziewczyny jest jakiś chłopak, więc robi się zamieszanie. Siergiej dzwoni, Marta udziela pierwszej pomocy… Potem źli ludzie przychodzą komentować trupy (ale przynajmniej nie robią zdjęć, doceńmy to!).
Ich dobre rady doprowadzały Martę, nieprzerwanie usiłującą utrzymać rannego chłopaka przy życiu, do szewskiej pasji.
– Zmienić cię? – zapytał półgłosem Siergiej.
– Nie. Jeszcze nie. Zobacz, co z dziewczyną. Jeśli nie oddycha, zacznij ją resuscytować.
Zniknął z jej pola widzenia, posłusznie spełniając polecenie, co przelotnie, ale tylko przelotnie, zdziwiło kobietę. Siergiej Sodarow nie był z tych, co słuchają kogokolwiek…
Masakra. Czyli on faktycznie jest po prostu nieobyty. Jak ktoś mu powie, że kobiety nie lubią, jak się je maca znienacka i całuje mimo protestów, bardzo się zdziwi.

Następuje długi opis, jak Marta reanimuje ludzi przeplatany z reakcjami innych, po czym:
Uniosła na moment głowę, nie przerywając reanimacji. Siergiej okrywał dziewczynę kurtką. To dobrze. W oddali rozległ się jękliwy dźwięk pogotowia. Zbliżał się z każdą sekundą. Z drugiej strony nadjeżdżała straż pożarna. Marta ostatkiem sił uciskała mostek chłopaka. Jeszcze trochę, jeszcze trzydzieści, wdech… wydech…
– Proszę się odsunąć – usłyszała stanowczy głos ratownika. Uniosła nań zmęczone spojrzenie. Uśmiechnął się, rozpoznając kobietę.
– Pani doktor Kraszewska…
– Ten chłopak jest w stanie krytycznym – przerwała mu. – Zróbcie wszystko, co w waszej mocy, żeby go uratować.
Nataniel patrzył na Martę, swoją sąsiadkę z dworku, krawcową, nic nie rozumiejąc. Doktor? Doktor Kraszewska?!
No tak, kto by tam pisał powieść o krawcowej.
Kierowca tira siedział na poboczu, wpatrując się tępym wzrokiem w scenę prosto z najkoszmarniejszych snów. Podniósł na Martę udręczone spojrzenie.
– To nie była moja wina. On wyprzedzał na zakręcie. Nie mogłem nic zrobić…
A tu powtórka z fobii AutorKasi.

Marta postanawia przebadać Nataniela (w końcu OKAZAŁO SIĘ, że jest lekarką, to dostała uprawnienia), ale Nataniel mdleje, a odpływając miesza mu się w głowie. Znowu widzi śnieżycę, do tego mamę.
Katarzyna Michalak oferuje swoim czytelniczkom ciepłą historię o wypadkach, wybuchach, nieudanych operacjach i gwałcicielach.

Komentarze

Prześlij komentarz

Uwaga, Blogspot lubi usuwać treść długich komentarzy bez ostrzeżenia, więc dobrze je kopiować przed wysłaniem.