1.6 Rozdział 10 i 11
ROZDZIAŁ X
ABY DOBIĆ TARGU, OSKARŻAJ ROZMÓWCĘ I OGŁOŚ, ŻE NIE MASZ PIENIĘDZY
ROZDZIAŁ X
ABY DOBIĆ TARGU, OSKARŻAJ ROZMÓWCĘ I OGŁOŚ, ŻE NIE MASZ PIENIĘDZY
Wczujmy się w trzy sekundy pozytywnej atmosfery.
Przed wiejskim sklepikiem, pod który Nataniel podjechał swą srebrną strzałą, siedziało na ławce kilku miejscowych z butelkami piwa czy taniego wina w rękach. Na widok lśniącego nowością kabrioletu z młodym, jasnowłosym mężczyzną za kierownicą ich twarze natychmiast stężały. Rozmowy o niczym umilkły.
Czujecie ten kontrast? Powiewające złote kosmyki Nataniela, idealnie białe zęby i nonszalancki gest zdejmowania z nosa okularów przeciwsłonecznych, a naprzeciwko czerwoni na twarzy pijacy z wąsami. Tak to widzę.
Wtem rozlega się wrzask:
Wtem rozlega się wrzask:
– To ten kuternoga!
…na co Nataniel już miał zalać się łzami, ale szybko okazuje się, że mężczyźni chcą mu tylko pogratulować mu odwagi i powinszować męstwa, znaczy uprzejmi ludzie. Wśród nich ojciec Asi.
W pewnym momencie ze sklepu wychodzi zło zeł, pan sołtys we własnej osobie.
W pewnym momencie ze sklepu wychodzi zło zeł, pan sołtys we własnej osobie.
– Wiechu, to Nataniel! – Jarząbek lekko pchnął chłopaka w stronę tamtego. – Nasz bohater! Uratował moją dziewuchę. Gdyby nie on, spaliłaby się żywcem w tym twoim gracie. Uratował ją, rozumiesz?Ojej, najpierw noga, teraz dłoń!
Tamten odstawił piwo na ławkę, podszedł do chłopaka i zmiażdżył mu dłoń
w uścisku, klepiąc dodatkowo po ramieniu z taką siłą, jakby chciał go uderzyć, a nie przywitać po przyjacielsku. Może zresztą tak było.To na pewno ten szatan, o którym tyle mówiono?
– Dobra robota, chłopcze, dobra robota. Masz u mnie dług wdzięczności, bo to moja przyszła synowa. Proś, jakby czegoś ci było…
Urwał, bo jego szkliste od nadmiaru alkoholu, czerwone jak u królika oczy napotkały śliczny, mieniący się srebrem, błękitem i szmaragdem kabriolecik i natychmiast rozbłysła w nich zawiść. I chciwość. Puścił dłoń Nataniela, który przez cały ten czas nie wiedział, czy cieszyć się z nagłej popularności wśród miejscowych, czy nieco się jej obawiać, podszedł do samochodu i zaczął go oglądać bez słowa, z marsem na czole, a to kopiąc w koło, a to rysując brudnym paznokciem po karoserii, żeby sprawdzić jakość lakieru, a to zaglądając do środka.
Wiadomo, sprawcę przemocy domowej i alkoholika poznać po brudnych paznokciach. Kasia się nie patyczkuje, wszystko widać jak na dłoni. Zachowanie za to bywa zdradliwe, bo wszyscy bohaterowie odnoszą się do siebie z takim samym brakiem szacunku.
Sołtys wsiada do auta i domaga się kluczyków, Nataniel waha się i ostatecznie sam prowadzi, bo sołtys jest przecież po alkoholu i „nie jest głupkiem”. Panowie zatrzymują się pod czarną chałupą, bo Nataniel ma przecież interes do sołtysa, po czym powtarza wszystko to, co czytelnik o wypadku już wie, nie darując sobie oskarżania syna sołtysa.
– Samochód zaczął dymić. Lada moment mógł nastąpić wybuch. Kierowca tira, mimo zagrożenia, zaczął wyciągać z wraku pana syna, ja nieprzytomną dziewczynę. Gdyby nam się nie udało, pan, sołtysie, byłby ojcem mordercy trzech niewinnych osób.Cóż, nie każdy musi być królem dyplomacji, ale wypadałoby zdobyć się na pewną powściągliwość, gdy chce się robić interesy z taką osobą jak sołtys – której się jeszcze nie zna, a o której zachowaniu krążą legendy.
– Marek mówił, że tirowiec zepchnął go do rowu – mruknął.
– Policja powie panu coś zupełnie innego. I wcale nie muszą ciągać mnie jako świadka, chociaż pewnie nie uniknę tej wątpliwej przyjemności. Ślady na asfalcie wyśpiewają prawdę.
– Skuję mu tę kłamliwą gębę, gdy tylko wyjdzie ze szpitala. – Sołtys aż pięści zacisnął z furii. I ze wstydu. Mieć syna bandytę? Żaden to powód do dumy…
Sołtys zaczyna nakręcać się, opowiadając, jak jego syn popamięta, po czym nagle uspokaja się i wraca do tematu Asi – po czym Nataniel dowiaduje się, że może mieszkać w chacie, póki nie trafi się kupiec. Tutaj nasz bohater zauważa okazję i decyduje, że rozmowę z sołtysem należy rozegrać MĄDRZE:
O, teraz trzeba dyplomatycznie. Nie pokazując po sobie, jak bardzo ci zależy na tym domu.…co odpowiada nasz rekin biznesu?
– Podoba mi się tutaj. Ile pan za nią chce? – zapytał Nataniel od niechcenia.
Tamten rzucił mu kose spojrzenie.
– A ile byś dał?
– Właściwie, oprócz samochodu, nie mam nic. Niepotrzebnie zawracam panu głowę.Tak. Tak właśnie wygląda dyplomacja.
– Zaczekaj – odezwał się sołtys. – Dogadamy się. Co będziesz po komisach jeździł. Te złodzieje okradną cię z ostatniej złotówki. Dasz samochód za ten dom?I tyle. Tak się robi biznes w książkach Kasi.
– Dam – odparł chłopak bez namysłu. Mężczyzna wyciągnął do niego rękę:
– Jest twój. Załatwiaj notariusza.
ROZDZIAŁ XI
SZAŁAS LEŚNICZEGO NA WICHROWYCH WZGÓRZACH
Dwa dni później sołtys podwozi Nataniela do Marty, by nasz bohater mógł pochwalić się aktem notarialnym i wymianą.
– Tylko czym ty, biedaku, będziesz dojeżdżał? – zafrasowała się w następnej chwili, patrząc na jego niepełnosprawną nogę.
Wiedziała, że długie wędrówki do sklepu czy przystanku PKS są ponad jego siły.
– Dam radę. – Machnął ręką z udaną nonszalancją.
– Ze skuterem poradziłbyś sobie? Stoi u mnie w szopce nieużywany…
Tym sposobem Nataniel miał problem braku pojazdu przez jakiś kwadrans. Skuter ex machina ponoć miał służyć jej niezmotoryzowanym gościom. Nataniel obiecuje oddać kasę w odpowiednim czasie. Może jednak przydałoby się iść do pracy? Ciekawe czy jest chociaż ubezpieczony; nie pracuje, renty nie dostaje, 26 lat skończył, a w szpitalu spędził tydzień.
– Co to ja widzę! – rozległ się nagle tubalny głos Mateusza. – Zamienił stryjek kabriolet na… to coś. – Jak na rasowego wielbiciela motoryzacji przystało, Mateusz pogardzał wszystkim, co nie ma czterech kółek.
To może kup mu czterokołowy rowerek? Zresztą sam chciałeś, by się wymienił, a czymś jeździć musi.
– Panie Mateuszu, ja naprawdę nie mam już ani grosza – wtrącił chłopak. – O chlebie i wodzie będę teraz żył, dopóki jakaś dobra dusza nie zleci mi roboty.
– Z głodu umrzeć ci nie damy. Spokojna głowa. Ale o robotę sam się musisz wystarać. Na komputerach to ja się nie wyznaję. – Mężczyzna z zafrasowaniem pokręcił głową.
– Napiszę do paru wydawnictw i czasopism, z którymi współpracowałem przed śmiercią mamy, że wróciłem do gry. Może będą coś dla mnie mieli – uspokoił go Nataniel.
Oho! Przestraszył się, że przejrzeli go i wiedzą, że jest pasożytem.
Był cenionym grafikiem.DLATEGO NIE MIAŁ ANI GROSZA PRZED CHWILĄ.
Utalentowanym, pracowitym, a przede wszystkim dyspozycyjnym – można było na niego liczyć, gdy potrzebowano czegoś na wczoraj. Tak. Nie powinien mieć kłopotów z powrotem do branży, szczególnie teraz, gdy znów chciało mu się pracować. Chciało się żyć.
Pracowitym! Dyspozycyjnym! Kto by się spodziewał, że autorka jednak ma fajne poczucie humoru!
Nataniel tak się podekscytował, że poszedł szukać roboty, a Mateusz skarży się Marcie, że „on znów to zrobił”. I nie chodzi o Nataniela, którego słomiany zapał zakazał mu pracować dłużej niż dziesięć minut dziennie… nie, za to zaraz dowiemy się tylu ciekawych rzeczy!
– Nic nowego – prychnęła lekarka, coraz bardziej zła. – Co tym razem? Kłusował?
– On nie kłusuje – odparł Mateusz podobnym tonem. Dlaczego tych dwoje dobrych, porządnych ludzi ratowało w tajemnicy przed władzami przestępcę, było dla nich obojga zagadką. Ale czynili to nie pierwszy raz.
Dla mnie też. Marta mogłaby pojechać do spa, w ten sposób pasywnie przyczyniłaby się do rozwiązania swojego problemu z Siergiejem, bo o niego chodzi.
Bohaterowie udają się do lasu, gdzie stoi prowizoryczna chata dająca schronienie w czasie deszczu.
Bohaterowie udają się do lasu, gdzie stoi prowizoryczna chata dająca schronienie w czasie deszczu.
Marta, pochylając się w niskich drzwiach, weszła do środka. Na barłogu ze szmat i zbutwiałych liści siedział oparty o ścianę Siergiej Sodarow. Twarz miał pobladłą, szczęki zaciśnięte, oczy błyszczały w półmroku z gorączki. Dłoń zaciskał na ramieniu. Przez palce sączyła się krew. Kobieta przewróciła oczami, klękając przy nim.
– Czy ty nigdy nie przestaniesz? – zapytała z gniewem, nie oczekując odpowiedzi.
– Przepraszam – rzucił bez krzty pokory.
– Weź tę rękę. – Bezceremonialnie odtrąciła jego dłoń zaciśniętą na ranie i aż syknęła, widząc szerokie cięcie o gładkich brzegach. – Tym razem poszło na noże, co? – domyśliła się.
Nonszalancko wzruszył ramionami i z gardła wyrwał mu się mimowolny jęk. Bolało.
Rany boskie, on jest „niepokorny, uroczy jak uczniak”, czy jak to szło, nawet gdy udaje, że żałuje. Oraz pełen nonszalancji ciężko ranny, „znowu”. Czyli że regularnie biega po lesie i rzuca się na rozbite szkło, żeby Marta mogła go pomacać.
– Będę szyła bez znieczulenia, ale o tym już wiesz – odezwała się Marta, zła jak wszyscy diabli.
Pracując w szpitalu, niosła pomoc wszystkim, i bogatym, i bezdomnym. W jej oczach każdy był tak samo godzien współczucia i zasługiwał na najlepsze traktowanie. W przypadku Siergieja nie było mowy o litości. Ten typ spod ciemnej gwiazdy wdawał się w niezgodne z prawem awantury.
No nie wiem, awanturowanie się nie jest zabronione prawnie. Zabijanie jest, ale do tego nie trzeba się awanturować.
Prosił ich – ją i Mateusza – o pomoc tylko dlatego, że w szpitalu zadawano by niewygodne pytania, a ranę od noża czy kuli zgłaszano na policję. Tak po prostu. Bogiem a prawdą, Marta powinna uczynić to samo, jednak oboje – i ona, i Sodarow – wiedzieli, że tego nie zrobi.DLACZEGO?! Bo kablowanie jest dla konfidentów?
Rozpięła guziki jego koszuli, odsłaniając muskularną, śniadą pierś, pokrytą czarnym zarostem. Lekce sobie ważąc ból, jaki sprawia mężczyźnie, ściągnęła ją z zakrwawionego ramienia i odrzuciła na bok. Krew popłynęła obfitą strugą z przeciętych tkanek.
– To ja już pójdę – odezwał się Mateusz, przełykając głośno. Nie znosił takiego widoku.
Jego klata była bowiem pokryta tłuszczem jak u młodego pingwina cesarskiego, a unikał ćwiczeń, jak mógł.
Swoją drogą… gdzie nasi wschodni sąsiedzi trzymają tych wszystkich śniadych, czarnowłosych, czarnookich Siergiejów? Może on wcale nie jest takim Ruskiem, za jakiego się podaje? Mam pewną koncepcję, czym inspirowała się Michalak.
Swoją drogą… gdzie nasi wschodni sąsiedzi trzymają tych wszystkich śniadych, czarnowłosych, czarnookich Siergiejów? Może on wcale nie jest takim Ruskiem, za jakiego się podaje? Mam pewną koncepcję, czym inspirowała się Michalak.
Skrupulatnie przetarła rozcięcie jałowym gazikiem, z rozmysłem zadając Siergiejowi jeszcze większe cierpienie. Bardzo dobrze. Niech cierpi. Może następnym razem pomyśli, zanim sięgnie po nóż, i uczyni z niej, Marty Kraszewskiej, współwinną tego, co zrobił.Co za empatia. Marta jak typowa matka Polka lubi cierpieć i skarżyć się na źródło cierpienia, ale nic nie robi, by to przerwać.
– Tak się poznaliśmy, pamiętasz? – odezwał się, gdy dała mu na chwilę odetchnąć, nawlekając nową nić.
Nie odpowiedziała.
– Już wtedy mnie znienawidziłaś…
– Pochlebiasz sobie. Ani cię nie nienawidzę, ani nie darzę przyjaźnią. Jesteś mi doskonale obojętny. Te słowa bolały bardziej niż przyznanie racji.
To wszystko już było w poprzednim odcinku analizy. Siergiejowi w sytuacji kontaktu fizycznego włączyła się romantyczna gadka, Marta powiedziała, że się nie przyjaźnią, on poczuł się odtrącony…
– Dlaczego? Nie wyrządziłem ci żadnej krzywdy…Kobiety na filmach zakochują się w spontanicznie całujących je mężczyznach, a ty mnie odpychasz; co z tobą nie tak?
Marta zaczyna monolog, w którym tłumaczy Siergiejowi po kolei i ze szczegółami, jak się poznali. Taki naturalny zabieg…
– Siergiej, nigdy nie pytałam, czym się właściwie zajmujesz. – Marta, odgarniając z policzka włosy, spojrzała mężczyźnie prosto w oczy. – Nie wiem i nie chcę wiedzieć, czy jesteś szefem mafii czy zwykłym przemytnikiem. Nie obchodzi mnie, czy szmuglujesz przez granicę broń czy narkotyki. Wtedy, sześć lat temu, ledwie tu zamieszkałam, Mateusz przyniósł cię nieprzytomnego do mojego domu, ja bez słowa wyjęłam kulę z twojego ramienia, zszyłam i zabandażowałam, bo tego wymagał lekarski obowiązek. Wiesz dobrze, że powinnam była zgłosić ranę postrzałową policji, jednak… co zrobiłeś z wdzięczności? Mam ci przypomnieć?On za nią łazi już sześć lat??? Myślałam, że zakochał się po przemyśleniu wszystkiego!
Ciekawe, że nie przerwał jej i przypomniał, że poznali się, gdy uratowała mu życie W SZPITALU, nie w swoim domu, bo wspominał to w poprzednim odcinku analizy (rozdział siódmy).
– Zagroziłeś, że spalisz mi dwór, jeśli pisnę choć słowo gliniarzom. Tak się odpłaciłeś lekarce, która opatrzyła twoje rany.
– Nie byłem wtedy sobą.
– Och, jak najbardziej byłeś! I nie przestałeś być sobą aż do dziś! Napadasz mnie w lesie, mało nie zabijasz mojego przyjaciela, który nic, nic, ty bydlaku! – dźgnęła go palcem w pierś, doprowadzona do furii – ci nie zrobił! Taka to twoja natura.
Czyli to jednak prawda! Łaził za nią sześć lat tak sobie, po czym (rozdział piąty i szósty) doszedł do wniosku, że skoro zaproszenia na potańcówkę nie działają, trzeba ofiarę poprzytulać wbrew jej woli i obcałować! Może odkrył te wszystkie szkodliwe strony dla samców alfa? Koledzy powinni mu założyć blokadę na internet.
– Czego ty ode mnie chcesz, Siergiej? Co mam zrobić, byś dał mi spokój? Naprawdę tak ci zależy na szybkim numerku z panią doktor? Jeśli ci się oddam, pójdziesz w cholerę?
„Oddam ci się” w tak wulgarnym kontekście idealnie pasuje do sytuacji. Jeżeli mamy rok 1920, oczywiście.
– Myślisz, że o to mi chodzi? Rozłożysz nogi, dasz się przerżnąć, modląc się za Anglię, i to mi wystarczy? – Potrząsnął kobietą, aż spięte włosy rozsypały się wokół jej pobladłej twarzy. – Kocham cię, chociaż nie wiem za co, bo pomiatasz mną jak psem! I nie, Marta, szybkim numerkiem mnie nie spławisz. To mogę mieć z każdą. Od ciebie chcę więcej. Chcę ciebie!
Przygarnął ją tak silnie, cały czas krępując ręce, że nie mogła się ruszyć. Zaczął ją całować tak żarliwie, aż kaleczył jej usta. I przestał tak nagle, jak zaczął. Odepchnął ją od siebie.
Przypomniał sobie, że jest ciężko ranny, więc nie powinien wymachiwać rękami? To kaleczenie ust też podejrzane, on ją zwyczajnie pogryzł! Ewentualnie jest wilkołakiem, dlatego taki włochaty.
Zszokowana podniosła dłoń do ust, otarła skaleczoną wargę z krwi i spojrzała na niego… spojrzała z taką pogardą, że wolałby uderzenie w twarz niż tę bezgraniczną odrazę w jej pociemniałych źrenicach.Myślicie, że twarz może wyrażać szok i pogardę jednocześnie w takiej sytuacji?
– Przepraszam, Marta. Wybacz – odezwał się zduszonym głosem. – Nie wiem, co mi odbiło. Jeśli tylko… jeżeli mogę coś zrobić…
– Możesz. Nie pokazuj mi się więcej na oczy. Wstała i odeszła.
Przeurocze. Zaraz ją przypadkiem zgwałci i przyniesie bukiet kwiatów na przeprosiny. Nie zdziwiłabym się, skoro jest zdolny do takich rzeczy osłabiony, gorączkujący, ciężko ranny…
Biegła tą samą drogą, którą tu przyszła, potykając się co chwila, oślepiona łzami. Gdy wyrosła przed nią potężna sylwetka mężczyzny, krzyknęła przestraszona. Mateusz, bo to on na szczęście był, uniósł brwi ze zdumienia, dotknął policzka kobiety.
– Martuś, duszko moja, ty płaczesz? Co się stało? To on! To ten bydlak! Co on ci zrobił?! Ubiję gada, choćbym miał potem odpowiadać jak za człowieka! – dokończył z furią tak do niego, spokojnego zazwyczaj mężczyzny, niepodobną, odsunął kobietę z drogi i…
Nie macie wrażenie, że oni ją traktują jak niepełnosprawne dziecko? Jak za starych dobrych czasów, gdy kobieta z rąk ojca przechodziła do rąk męża. Marta nie ma nikogo bliskiego, więc wszyscy muszą się nią opiekować. Zamiast zapytać, co się stało, usłyszeć jej relację i dojść do jakiegoś wniosku, ten już zaczyna wygrażać Siergiejowi. Dlatego nie dziwię się, dlaczego Marta zaraz odpowie, że Siergiej po prostu był wredny, nie stało się nic poważnego i poprosi, by Mateusz porzucił temat. Ten bardzo empatycznie odpowiada:
– Zawsze czułaś słabość do tego bandziora, chociaż pomiatał tobą jak wszystkimi. Jeszcze rozumiem głupie dziewuchy ze wsi, ale ty, Marta? Ty?!Żeby Siergiej męczył głupie dziewuchy ze wsi, to jeszcze, ale TY!? A fe, jak mogłaś.
W jego słowach było tyle bólu, że kobieta odczuła ten ból jak własny. Mateusz nigdy nie pozwoliłby sobie na to, co Siergiej Sodarow. Nigdy ani gestem, ani słowem nie zraniłby żadnej kobiety, a zwłaszcza Marty, którą nieomal czcił, że o szacunku nie wspomnieć.
Dlatego właśnie bardzo delikatnie zasugerował, że jest sama sobie winna i równie durna, jak znane im ofiary przemocy domowej zakochane w bandziorach. By podnieść ją na duchu.
Nie potrafiła tego docenić, uznawała to za słabość, co w tej chwili z bezwzględną bolesną szczerością sobie uświadomiła. Siergiej, brutalny, trochę nieokrzesany, ze swoją dziką urodą i wilczym błyskiem w oczach po prostu ją pociągał…
Rany boskie, ten też ma ambicje zostać samcem alfa! Zaraz kupi sobie karego konia i razem z Siergiejem będą polować lassem na Martę, bo przecież ONA TO LUBI. Dlatego właśnie ciągle płacze i jest kłębkiem nerwów – miłość wydobywa jej kobiece cechy, czyli emocjonalność.
Jeśli chodzi o niego, też była nie do końca uczciwa. Gdy zobaczyła go po raz pierwszy – wtedy, tej burzliwej nocy, gdy Mateusz przyniósł go nieprzytomnego do jej domu – powinna była zachować chłodny, lekarski dystans. Wezwać pogotowie i tyle w temacie. Spodziewał się tego. Nie mógłby protestować, bo nie był w stanie, ledwo doprowadzony do przytomności. Złego słowa nie powiedziałby lekarce, gdyby oddała go w ręce policji – wtedy jeszcze nie. Był obcy. Ona też.
Aha. A nie zapytał, dlaczego to zrobiła? Bo podejrzewam, że nie była sobą po maksymalnie stresującej sprawie z czteroletnim Maćkiem i po prostu nie myślała logicznie. Ale rozmawianie jest dla słabych, straciłby u niej wszelkie szanse, gdyby ją o to zagadał!
Zatrzymała rannego pod swoim dachem, zmieniała mu opatrunki, omywała ogarnięte gorączką muskularne ciało mężczyzny i przed samą sobą nie przyznawała się, jak wielką sprawia jej to przyjemność, samotnej od tylu lat, że przestała liczyć. Nigdy nie zapomni chwili, gdy przyłożyła dłoń do rozgorączkowanego czoła, a on ujął tę dłoń i przycisnął do ust. Pożądanie, jakie w tej jednej chwili nią wstrząsnęło, również pamięta do dziś.
Pragnęła go, a on miał tego świadomość. Mimo to władzy, jaką nad nią zdobył, nie wykorzystał. Nie pociągnął jej, uległej i chętnej, na siebie. Nie wziął tego, co gotowa była mu dać. Poprzestał na ucałowaniu jej dłoni, przepełniony wdzięcznością za okazaną pomoc. I milczenie.
Ona zaś poczuła absurdalny zawód.
Rozumiecie coś z tej narracji? Czy jest jeszcze prowadzona z punktu widzenia Mateusza, którego razi, że Marta leci na czyjś wygląd – stąd podkreślanie, że mięśnie – zamiast domyślić się jego uczuć? Tu są takie przeskoki, że nie ma się co dziwić, że nagle włącza się Siergiej, tylko trudno wyłapać ten moment (może dwie sekundy myśli Marty?). Ale jest dla autorki fajniejszy, bo można po raz setny wspomnieć, jakie ma wspaniałe ciało, więc wińmy podświadomość Kasi.
Swoją drogą zauważyliście, że pięć minut po tym, jak w toku akcji Mateusz stał się więcej niż pozytywną postacią (wyprzystojniał, zainteresował się bohaterką), wylazł z niego ostatni buc?
Nie do końca zdając sobie z tego sprawę, zaczęła go uwodzić. A gdy odpowiedział w końcu na jej zaloty i parę dni później próbował czegoś więcej niż pocałunku…
Znając zasady społeczne w tej wiosce, uwodzenie pewnie oznacza okazanie słabości, np. omdlenie z powodu upału na oczach mężczyzny.
Pieścił ustami wnętrze jej dłoni, potem nadgarstek, czując, jak szybko i silnie bije serce pod cienką skórą. Pozwalała mu na to. Pragnęła, by nie przestawał, boleśnie, tam, w dole, czując, jak dawno nie była kochana przez mężczyznę. Mimo to wyszeptała:
– Nie, Siergiej, nie…
Podniósł na nią pociemniałe spojrzenie. Jej oczy mówiły coś przeciwnego.
Wiecie co? Biorąc pod uwagę, że ten świat wygląda, jakby kobiety nie miały żadnych praw, jestem w stanie uwierzyć zarówno, że w tym momencie Marta wcale nie chciała, jak i miała ochotę, ale NIE WYPADA bez związku, przed ślubem czy coś tam. Natomiast to, że on kontynuuje mimo jej sprzeciwu zamiast zapytać, co jej się nie podoba, jest koszmarne.
Wsunął dłoń w kasztanowe włosy i powoli przyciągnął ją do siebie. Zaczął całować już nie dłoń, a miękkie, gorące usta kobiety. Położył dłoń na jej piersi, zacisnął palce, wydzierając z jej gardła przeciągły jęk.Brzmiący jak „puszczaj!!!”, ale kto by się przejmował. Inne jęczały i były zadowolone.
Boże, jak ona go pragnęła…! Zsunął rękę niżej. Pozwoliła mu na to. Pieścił ją przez cienki materiał nocnej koszuli niespiesznie, wiedząc, że mają czas, a ta piękna, godna grzechu kobieta nigdzie mu nie ucieknie. Uśmiech zadowolenia, nieco przekorny, trochę dumny, że zdobył tę niedostępną kobietę, pojawił się na ustach mężczyzny przez mgnienie oka, lecz na ich nieszczęście ona ten uśmieszek zobaczyła. W jednej chwili pożądanie prysło. Cofnęła głowę, odepchnęła jego ręce.
Znowu! UŚMIECH, prawdziwe przestępstwo w tym uniwersum. Gwałć, szarp, bij do woli, wszyscy cierpią i tak, ale UŚMIECH? Najstraszliwsza ze zbrodni. Pamiętacie, jak Mateusz wypominał Marcie, że nie od razu poznała się na prawdziwej naturze Siergieja? Nie zauważyła, że taki z niego wesołek.
Czyli jednak wersja numer dwa była tą prawdziwą. Marta nagle zorientowała się, że nie chce być zhańbiona przez dzikusa i że porządna kobieta ma w swoim życiu tylko jednego mężczyznę (jakiegoś ponuraka).
Czyli jednak wersja numer dwa była tą prawdziwą. Marta nagle zorientowała się, że nie chce być zhańbiona przez dzikusa i że porządna kobieta ma w swoim życiu tylko jednego mężczyznę (jakiegoś ponuraka).
Może gdyby zechciała go wysłuchać, powiedziałby, jak ważna stała się dla niego. Gdyby nie poczuła się tak urażona, zdołałby ją ułagodzić i ta noc skończyłaby się zupełnie inaczej.
No, zwykle rozmowy są w stanie rozwiązać 90% problemów. Brawo, Siergiej, za przebłysk normalności. Tyle że trzeba było zacząć o tym mówić, gdy Marta odmówiła ci za pierwszym razem…
Marta jednak spojrzała nań zimno jak na parszywego gada i wycedziła:
– Skoro masz siłę na takie gierki, do rana masz się wynieść albo wzywam policję.
On zmrużył wściekle czarne oczy i odrzekł równie lodowatym tonem:
– Tylko spróbuj, a spalę tę chałupę z tobą w środku.
Jednak nie brawo.
Cudowni z nich ludzie. Marta mogłaby powiedzieć słowo w słowo to samo, ale bez agresji i wydźwięk byłby zupełnie inny. Siergiej… wiadomo, to dość jednoznaczny komunikat.
I po czymś takim schlebiało jej, jak ją adorował, otwierając przed nią drzwi do sklepu i zapraszając na tańce. Brzmi bardzo wiarygodnie.
W oderwaniu od Siergieja i jego niszczycielskich zapędów: ten schemat, że porządna kobieta musi odrzucać zaloty jak księżniczka (im bardziej chamskie, tym agresywniej – np. policzkowanie za nieprzyzwoity komentarz) to też coś wziętego ze starych filmów, a mało życiowego. W Polsce kobiety jednak są wychowywane, by cieszyć innych, nie być agresywne. Marta natomiast z jednej strony chce miłości, z drugiej wkurza ją, że ktoś chce jej sprawić przyjemność i okazuje to w okropny sposób. Nie dziwię się złości Siergieja, natomiast jego reakcja… cóż.
I po czymś takim schlebiało jej, jak ją adorował, otwierając przed nią drzwi do sklepu i zapraszając na tańce. Brzmi bardzo wiarygodnie.
W oderwaniu od Siergieja i jego niszczycielskich zapędów: ten schemat, że porządna kobieta musi odrzucać zaloty jak księżniczka (im bardziej chamskie, tym agresywniej – np. policzkowanie za nieprzyzwoity komentarz) to też coś wziętego ze starych filmów, a mało życiowego. W Polsce kobiety jednak są wychowywane, by cieszyć innych, nie być agresywne. Marta natomiast z jednej strony chce miłości, z drugiej wkurza ją, że ktoś chce jej sprawić przyjemność i okazuje to w okropny sposób. Nie dziwię się złości Siergieja, natomiast jego reakcja… cóż.
Ona wybiegła z pokoju, ukryła się nad jeziorem i płakała do rana, on ubrał się i odszedł, nie oglądając się więcej ani na dwór, ani na jego właścicielkę.
Jednak iskra, która między nimi przeskoczyła, nie pozwoliła się ugasić. Siergiej nie potrafił zapomnieć dotyku dłoni tej kobiety, smaku jej ust, brzmienia głosu, zapachu gładkiej skóry na szyi. Nie potrafił odejść raz na zawsze i nie wrócić.
A wystarczyłby jeden stosunek płciowy, by ta książka była o tym, o czym miała być (Z bloga autorki: „Miała to być opowieść o trojgu przyjaciół i dziewczynce. Nic nie zapowiadało burzy, dopóki... zupełnie niespodziewanie nie pojawił się ON. Black Heart. (Pokochacie go!) Miało go nie być! (…) Powieść dzięki nieproszonemu gościowi potoczyła się zupełnie inaczej. Nie jest już gawędą przy ognisku, a raczej próbą podpalenia lasu ;). Emocji w niej nie brakuje”). Uspokoiliby się, rozeszli w swoje strony i zrobili miejsce dla innego rodzaju akcji. No i gdzie ten dzieciak z okładki?
Poza tym jeśli wierzyć wersji Siergieja o pierwszych spotkaniach (rozdział siódmy), prawie doszło do dzikiego seksu w szpitalu, nie w domu Marty. A może do niego doszło i dlatego ją wyrzucili z pracy, a ona wstydzi się i opowiada wszystkim o czteroletnim Maćku, żeby nikt nie drążył.
Poza tym jeśli wierzyć wersji Siergieja o pierwszych spotkaniach (rozdział siódmy), prawie doszło do dzikiego seksu w szpitalu, nie w domu Marty. A może do niego doszło i dlatego ją wyrzucili z pracy, a ona wstydzi się i opowiada wszystkim o czteroletnim Maćku, żeby nikt nie drążył.
Kupił dom w okolicy, wżenił się w miejscową społeczność, czy raczej wziął ją sobie siłą – ludzie wyczuwali szóstym zmysłem, że zwykłym rolnikiem, hodowcą koni pod wierzch, to ten dziki Rusek raczej nie jest – i od czasu do czasu przypominał Marcie, że jest tutaj i nie zamierza odpuścić.
Jestem bardzo ciekawa, czy jakby Marta po pierwszej groźbie skierowanej w jej stronę stwierdziła, że noc z Siergiejem to idealny pomysł, to kolejnego ranka Siergiej odkryłby, że wydał tyle kasy na nic i zastanawiałby się, po co ułożył sobie życie na wsi nudnej, brzydkiej i z okropnymi sołtysami. Może właśnie to nas czeka w tej powieści. Straszliwa apokalipsa: Marta jako kobieta upadła, która musi porzucić pracownię krawiecką jako ta zhańbiona przez obcokrajowca i rozpocząć nowe życie jako żebraczka. Siergiej na czarnym koniu oddala się w stronę zachodzącego słońca. Mateusz odbija Asię synowi sołtysa. Nataniel idzie do pracy.
Nie zrezygnował z niej. Nie przyjmuje do wiadomości tego: „Idź precz”. Nie po tym, jak tamtej nocy gotowa była mu się oddać.
Jakie to romantyczne. Pożądanie przyćmiewa mu zdrowy rozsądek, mimo że podrywa inne kobiety. A gotowość oddania się brzmi wprowadza nastrój polowania.
A Marta? Ona była jak ćma walcząca z płomieniem świecy. Im bardziej próbowała się od niego uwolnić, tym silniej ją przyciągał. Płomień i delikatne motyle skrzydła? To nie mogło się dobrze skończyć…
O rany. Wraca motyw z innej powieści Katarzyny Michalak, „Nadziei”. Tam też była wieś na środku niczego ze złym sołtysem oraz z psychopatami lejącymi żony i dzieci; idealny dom; czarnowłosy, czarnooki „dziki Rusek” – widać autorka ma do nich słabość – ale to zakochana kobieta była przyczyną większości nieszczęść, a bohaterowie na początku powieści mieli kilka lat, na końcu dobiegali trzydziestki. Mało tego, pierwsza scena, w której poznajemy Aleksieja, to jak wpada do dziury i robi sobie kuku w nogę.
Sami spójrzcie na opis:Mężczyzna ciągle powraca do kobiety, mimo że ta potrafi jedynie go ranić. Ona, Lilith, jest jak ogień, on, jak ćma. Ona jak lód, on jak płomień. Miłość staje się obsesją, przeznaczenie – fatum, owładnęły obojgiem, a Liliana i Aleksiej nie potrafią, a może nie chcą się temu przeciwstawić. Pozostaje tylko Nadzieja…Autorka bardzo chce uczestniczyć w życiu kulturalnym, będąc przedstawicielką tzw. kultury remiksu, ale żeby przerobić własną książkę, by powstało jej lustrzane odbicie?! Nobla jej!


Ło matko, jakie to jest wielowymiarowo popaprane.
OdpowiedzUsuńAle jakby wyciąć te wszystkie wstawki, które służą tylko wyrażeniu jakiejś pogardy (pouczanie ofiar, życiowe mąrości) i bezsensowną akcję (która występuje głównie w postaci "okazało się, że", gdzie dowiadujemy się o szokujących wybrykach gangsterów i strasznych wydarzeniach z przeszłości), to w całej powieści zostałaby tylko ta chata nad jeziorem.
Usuń