2.1 Rozdział 1 i 2
Streśćmy na szybko wydarzenia z pierwszego tomu.
Nataniel „kuternoga” Domoradzki, dwudziestosześcioletni bezrobotny projektant stron internetowych, zostaje oskubany przez kamienicznika i ze swoim niewielkim dobytkiem kieruje się na Mazury. Robi postój na wsi, gdzie poznaje Martę (46 l.), byłą lekarkę, która przekwalifikowała się na krawcową, oraz leśnika Mateusza (pseudonim „Patelnia”). Nowi przyjaciele pomagają Natanielowi kupić chatę nad jeziorem, a potem oddają mu pod opiekę psa, konia i kucyka, by miał co robić. Sielanka kończy się, gdy wszyscy dostają jakiejś egzotycznej choroby, która zmusza ich do ciągłego kopulowania i wywołuje mnóstwo stresu, kiedy nie ma przy nich partnera. Bohater zakochuje się w nieuczciwej Iwonie, a Marta wdaje w romans z miejscowym bandytą, Siergiejem, po czym oboje zostają zdradzeni – Siergiej i Iwona odurzeni rześkim mazurskim powietrzem upadają nadzy na pomost i zostają przyłapani in flagranti. Iwona podczas rozstania okrada Nataniela ze wszystkich pieniędzy, ale trzy miesiące później zwraca je za pośrednictwem Siergieja, bo dostała wyrok za liczne oszustwa, a potrzebuje z kimś zostawić pięcioletnią córkę.
W ten sposób bohaterowie mają na głowie dziecko w wieku przedszkolnym. Gdzieś w tle majaczy syn sołtysa, który kompulsywnie uderza pięścią we wszystko, co się rusza i jego (wzdychająca do Nataniela) dziewczyna, Asia, której Nataniel nie cierpi. Podobno zerwali, więc zaraz będzie z tego jakiś problem.
No to zaczynamy!
ROZDZIAŁ I: WYRODNA CÓRKA KAJA SIĘ ZA GRZECHY
Dalej Marta z córką ściskają się i cmokają, Oliwia przeprasza, więcej cmokania, takie tam.
Oliwia pije kompot, je ciasto, po czym w końcu odzywa się:
Tak na koniec wrzucam listę cytatów, które nie pozwalają nam zapomnieć, co jest najważniejszym elementem wyglądu Oliwii:
Jak pamiętamy, ostatni rozdział „Gwiazdki…” kończy się wielkim wejściem obcej dziewczyny, która rzuca się w ramiona Natanielowi. Tymczasem rozdział pierwszy „Promyka słońca” nawiązuje do wydarzeń z prologu i zaczyna się od pary nastolatków, która wybrała się na romantyczny spacer nocą w środku śmiercionośnej zamieci.
Zamieć przybierała na sile. Światło dnia zaczęło przygasać. Romantyczny spacer, na który oboje z samego rana się wybrali, przerodził się w mozolne brnięcie przez sypki, głęboki śnieg, z wichrem i ostrymi kryształami lodu siekącymi w twarz.
Otuliła się szczelniej kurtką. Ręce, choć nałożyła grube rękawice, powoli przestawały jej słuchać. Łzy, wyciskane przez zamieć i wysiłek, zamarzały na policzkach. Zwalniała kroku, coraz bardziej wyczerpana. Kamil, idący do tej pory obok, zostawał w tyle. Jeśli miała nadzieję, że w razie utraty sił wesprze się na jego męskim ramieniu, nadzieja ta rozwiewała się z coraz silniejszymi podmuchami wiatru.
Jak widać celem spaceru było przekonanie się, czy amant ma wystarczająco męskie ramiona. Jak nie, to niech ginie.
– Poczekaj na mnie! – Usłyszała błagalne wołanie.
Gdzieś w głębi duszy załkała: „Nie mogę! Muszę ratować samą siebie!”, ale sumienie nie pozwoliło zostawić chłopaka. Stanęła i oparła się o pionową skałę. Wrócić po niego nie mogła, nie miała po prostu siły, ale poczekać, aż on do niej dotrze? Tak, do tego potrafiła się zmusić, mimo ostrzegawczego głosu w duszy, że zamarza. Że zamarzną oboje…
Na szczęście bohaterka okazuje mięczakowi łaskę i dostaje przemyśleń o wcześniejszych głupich pomysłach:
Nikt nie wiedział, gdzie są. Kolegom powiedzieli, że Wigilię spędzą w Zakopanem. Zamiast tego wybrali się na włóczęgę po górach, celowo, z premedytacją i młodzieńczym buntem łamiąc zakazy.
Ale te nastolatki głupie! Zakazujesz im umierać, a oni co…
Dotarli do góralskiej chaty, chichocząc, wyłamali niezbyt solidny zamek i dopadli siebie, zgłodniali pieszczot, jak to dwoje młodych, zakochanych ludzi zwykle czyni.
Aha, wzięli przykład ze starszych i chcieli po prostu robić to, co wszyscy bohaterowie serii mazurskiej. Tylko nie wolno było, bo byli mali.
W ogóle autorka wytrzymała pół strony, zanim przeszliśmy do sedna wszystkich wątków wszystkich jej książek. Nie mogę.
Kamil chciał pójść na całość. Wiedziała o tym, myślała o tym, była gotowa się zgodzić, ale… gdy jego pieszczoty stały się zbyt natarczywe, a dłoń zbłądziła w intymne miejsca, odsunęła chłopaka stanowczo.
Drogie Bravo! Chciałabym uprawiać seks, ale jeszcze nie wiem, czy mój chłopak ma męskie ramiona.
Chwilę łapał oddech, próbował zapanować nad rozszalałymi hormonami,
Cud, że nie zginął!
był nawet zły na dziewczynę, lecz w końcu – z nadzieją, że jeśli nie dziś, to kiedyś – przyciągnął ją z powrotem, przeprosił gardłowym szeptem i obiecał poprzestać na przytulankach i całuskach. Tak minęła im reszta wigilijnego ranka i popołudnie.
Takie tam, nudy.
Wróćmy więc do zamieci i dziewczyny kulącej się z zimna: WTEM! pojawia się zbłąkany wędrowiec.
– Co tu robisz?! Zamarzniesz! – krzyknął, zagłuszany przez wyjący wiatr, na widok półżywej dziewczyny.
– Nie dam rady… – Jej sine usta zadrżały, dwie łzy spłynęły po policzkach.
Powinny od razu zamarznąć jak sople, byłoby dramatyczniej.
Dalszą część już znamy: po dziewczynę przychodzi Nataniel, ona ryczy całą drogę do schroniska, na miejscu rozkazuje mu uratować swojego chłopaka. Nataniel wychodzi w zamieć bez szemrania, a Kamil przychodzi do chaty sam.
Niekończące się kwadranse później do chaty wszedł Kamil. Sam.
Dopadła chłopaka, ledwie stanął w drzwiach, chwytając się framugi, wykończony do granic ludzkiej wytrzymałości. Szarpnęła go za ramię, bo osunął się na kolana.
O, ty słabeuszu! Na szczęście opatrzność uchroniła ją przed zbytnim zbliżeniem się do łamagi.
Gdzie ratownik?! Gdzie on jest?!
– Nie wiem – wymamrotał Kamil. Usta ledwo wypowiedziały te dwa słowa. – Był niedaleko i nagle zniknął. Ostatkiem sił przywlokłem się tutaj. Nie wiem, co z nim…
Hyyy, dobrze, że uratowali się sami.
Dowiedziała się nazajutrz. Gdy czterech milczących mężczyzn w czerwonych kurtach z emblematem TOPR na piersiach wyciągało ciało swego towarzysza z dna górskiej przepaści.O fu, jakie szalone zdanie. A ratownicy co? Chyba od razu zapakowali go w czarny worek, upadł im ze trzy razy i połamał nogę, przeżegnali się, pewnie jeszcze jakiś ksiądz się dookoła kręcił, by poziom dramatyzmu nie spadł. Wszystko, żeby bohaterka wyciągnęła właściwe dla fabuły wnioski, znaczy że zabiła Nataniela.
Ona, widząc nieruchomy, martwy kształt na noszach, czuła, jak sama umiera, z każdym uderzeniem przerażonego, wypełnionego poczuciem winy serca; komórka po komórce, myśl – oszalała z rozpaczy i ze strachu – po myśli.
A gdy już umarła,Ale ci bohaterowie krótko żyją!
odprowadziwszy spojrzeniem zwłoki ratownika, gdy w pustym umyśle nie było już nic oprócz błagania o wybaczenie, jej serce zaczęła wypełniać nienawiść. Do siebie, do świata i… do matki, która powinna była zatrzymać dziecko w domu, powinna sprzeciwić się wigilijnej eskapadzie w góry. Zamiast tego rzuciła obojętnie:W razie gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, ta dziewczyna to zdradziecka córka Marty:
– Jedź. Jeśli tak bardzo tego pragniesz, jedź.
Z czasem nienawiść do matki wyparła wszelkie inne uczucia. Dzięki temu dziewczyna, która posłała człowieka na śmierć, mogła jakoś żyć dalej. Żyć i nie zwariować.
A że matka cierpiała, nie znając przyczyn tej nienawiści?
Tak to już jest…
Marta wyszła z pokoju Emilki, w chwili gdy niezwykły gość wypuszczał Nataniela z objęć. Spojrzała na dziewczynę – tak bardzo wytęsknioną i kochaną – krzyknęła cicho i chwyciła się za serce, które zakłuło nieznośnym bólem.
– Mamo! – Oliwia, bo to jej córka przybyła w wigilijny wieczór do chaty nad jeziorem, w jednej chwili była przy niej. Obejmowała drżącą na całym ciele kobietę, wtulała twarz w pachnący znajomo, ciepły, miękki kardigan.
Podsumujmy: w poprzednim tomie Marta wspominała, że córka zerwała z nią kontakt po tym, jak w kłótni powiedziała kilka słów za dużo, a ich relacja polegała na wypominaniu, że Oliwia mogłaby mieć lepsze oceny, bo zaraz przyniesie wstyd rodzinie lekarzy.
Teraz dowiadujemy się, że Marta zbytnio nie interesowała się córką, nawet jak ta dla zdobycia uwagi ogłosiła, że jedzie na namiętny wyjazd na tatrzańskie k2 w środku zimy. Oczywiście zaraz dostaniemy mnóstwo przykładów, że skrajnie zaniedbane emocjonalnie (ojca w tej historii też nie ma), straumatyzowane dziecko jest wyrodnym, rozpuszczonym bachorem.
Dalej Marta z córką ściskają się i cmokają, Oliwia przeprasza, więcej cmokania, takie tam.
Mateusz podsunął dziewczynie czysty kubek.Trzeba było podkreślić, że czysty, bo Mateusz to taki nieokrzesany niedźwiedź z lasu, że wszystko możliwe.
Oliwia pije kompot, je ciasto, po czym w końcu odzywa się:
– Jakim cudem ocalałeś? – odezwała się do chłopaka, zaspokoiwszy pierwszy głód. – Widziałam, jak cię wyciągali z dna przepaści. Na noszach. Martwego. Wszyscy mówili, że zamarzłeś na śmierć.Wszyscy? Znaczy ta grupa ratowników i zagubiony ksiądz, których sobie wyobraziłam?
No dobra, bohaterowie dalej po prostu wyjaśniają sobie plot twisty, czyli że jednak Nataniel żyje (jedna z wad tej książki), ale do tej pory był przekonany, że chłopak Oliwii nie. A tu niespodzianka, bo on też żyje! No a ciało na noszach to jakiś inny ratownik, zupełnie nieważny.
– W tamtą Wigilię zginął mój kolega. Ja przeżyłem. Nie wiem do dziś, jakim cudem, ale przeżyłem…
I wszystkim tym rozmowom o pogruchotanych, zamarzniętych zwłokach przysłuchuje się dziecko, tak bym chciała zauważyć.
Krzyknął i runął w przepaść.
Takim wstępem przenosimy się z powrotem do pasjonującego prologu, żeby słuchać o głównej bohaterce książki: nodze Nataniela.
Serce zamarło na parę nieskończenie długich sekund, gdy leciał bezwładnie w dół. Skalny występ uratował mu życie. I roztrzaskał nogę.
Zaraz po tym Nataniel traci przytomność i przyfruwa do niego duch mamy, który namawia go do budzenia się, mimo że to boli.
– Obudź się, syneczku. Nie wolno ci zasnąć. Musisz żyć.
Otworzył szeroko oczy. Poderwał głowę. Jęknął z bólu, który nagle wgryzł się ostrymi kłami w zgruchotaną kończynę.
– Mamo! – Utkana z mgły sylwetka zaczęła zanikać, rozpływać się w ciemnościach. – Mamo…
– Walcz! Musisz żyć! – usłyszał cichnący szept.
Okazuje się, że krótkofalówka rozsypała się od uderzenia o skałę.
Zza burzowych chmur zaczęły nieśmiało wyglądać gwiazdy, ale Nataniel przez załzawione oczy nie widział ich piękna
Co za brak wrażliwości! Widać, że warszawiak.
„Walcz! Musisz żyć! I do mnie wrócić. Kocham cię, syneczku” – gdzieś na dnie duszy rozbrzmiały słowa mamy. To dla niej, tak, dla matki spróbuje zdobyć się na ostatni wysiłek. Ona nie może stracić jedynego dziecka.
Mama woła na obiad z oddali, taki dobry barszcz się zmarnuje…
Co zrobić, Nataniel bandażuje się i jęczy.
– No, dziecko drogie, wstawaj, jeszcze nie skończyłeś! – Tym razem pochylała się nad nim babcia.
Ja nie mogę, wszyscy mu przeszkadzają bez przerwy. Może zaraz dowiemy się czegoś o dziadku.
– Wstawaj, synku. Musisz być twardy, a nie miętki!
Uśmiechnął się mimowolnie. To ulubione powiedzenie babci. O tak. Ona jest twarda. Nigdy nie pozwoliła sobie na słabość. Może wtedy, gdy znajomy, „dobry ubek”, przyniósł jej gryps z Rakowieckiej, że Władysław, jej mąż, nie żyje. Tak, tej nocy rozpaczała. Na pewno. Ale przed świtem wzięła się w garść. Otarła łzy i – chociaż połowa jej serca umarła razem z Władziem – postanowiła, że będzie żyć. Dla istotki, która pragnęła przyjść na ten świat, jaki by nie był, będzie żyć.
Aha, czyli to gadanie o gangsterach i przypalaniu papierosem w pierwszej książce to wymysły babci, skoro nie była świadkiem śmierci męża i nie poznała aż takich szczegółów?
Rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem po jasnej, ciepłej kuchni, sześć lat później, w chacie nad jeziorem. Trzy pary przejętych oczu wpatrywały się w jego twarz.
HYYY! Wszystko się wyjaśnia! Nataniel dopiero w tym momencie odzyskał świadomość, a poruszanie biodrami i gardłowe okrzyki wykonywał automatycznie, w śpiączkowym transie.
Nataniel mówi, że czasem żałował, że przeżył, a Oliwia jak tylko się odzywa, że miała tak samo, bo dostała traumy i próbowała się zabić...
– A ja z całego serca dziękuję Bogu, że cię ocalił. Nie wiem, jak długo wytrzymałabym ze świadomością, że zginąłeś przeze mnie. Prawdę mówiąc, próbowałam…...kochająca matka szybko każe jej się zamknąć:
Urwała, pokręciła głową, widząc wstrząśnięty wzrok matki.
– Dzieci, błagam, jest Wigilia! Najpiękniejsza Wigilia, jaką mogłam sobie wymarzyć! Zamknijmy tamten rozdział. Pozwólmy, by przeszłość została w przeszłości. Przed nami reszta życia! I mam nadzieję… nie, nie nadzieję, a święcie w to wierzę, że los ma dla nas same niespodzianki. Piękne, dobre i szczęśliwe!
Jedna z tych niespodzianek stanęła właśnie na progu pokoju.
Gdzie to dziecko się podziewało, nikt nie pilnuje.
– Boję się… Tam jest tak ciemno… A ja się boję… I chcę do mamusi!
Wiedziałam, od tego gadania dziewczynka będzie mieć koszmary. Wszyscy rzucają się na pomoc, przede wszystkim Marta, która porywa je w ramiona.
Oliwia najwyraźniej niepokoi się, że jakiś kuternoga został jej ojczymem i zrobił jej siostrę.
Oliwia spoglądała to na dziewczynkę, to na Nataniela, zastanawiając się, ile też chłopak miał lat, gdy zaliczył tę wpadkę.
– To nie moje dziecko – odezwał się półgłosem. – Zostało mi oddane pod opiekę.
Oliwia uśmiechnęła się.
Dalej łopatologiczne tłumaczenie faktów, o których czytelnik wie.
– Źle myślałaś. To ty jesteś dwa lata młodsza, dziewczynko.
– Skąd możesz to wiedzieć?
– Marta zdradziła nam wszystkie twoje grzeszki – odparł i zaśmiał się, widząc jej oburzenie. I błysk w złocistych oczach.
Śliczna była. Może nie klasycznie piękna, co to, to nie, ale pełna uroku i wewnętrznego blasku.
Jakby była po prostu piękna, to może byłby grzeczniejszy, jak z Iwoną…
Nie znał Oliwii przed pojawieniem się tutaj, w jego chacie, nie wiedział, że ten blask rozniecił on sam, a dziewczyna nigdy by się do tego nie przyznała. Tak, była szczęśliwa. Żył ten, za którego śmierć obwiniała siebie, byłego chłopaka i własną matkę. Już to wystarczyło, żeby oczy zapłonęły radością, policzki poróżowiały, a serce, ilekroć spojrzała na Nataniela, biło szybciej. Nie pragnęła niczego więcej w tę cichą wigilijną noc.
Cóż… Nataniel powinien był przemyśleć, jakie życzenie wypowiedzieć przy spadającej gwieździe.
Nataniel oderwał wzrok od oczu dziewczyny i zbeształ się w duchu za to cielęce zauroczenie. Nie tak dawno jedna go oczarowała. Na kilka miesięcy oszalał przez piękną młodą kobietę. Może na razie wystarczy?
Podszedł do Emilki, przyklęknął.
Emilka wygaduje różne rzeczy, szukając uwagi, a potem rozmowa schodzi na Kacperka.
– „Maj littl ponyyy, maj littl ponyy, przyjaźń to magia” – zanuciła Emilka, wyswobadzając się z objęć Nataniela. Całkiem pocieszona, z oczkami błyszczącymi radością życia, wgramoliła się na krzesło obok Mateusza i…
I nagle Marta zamienia się w podłą wiedźmę!!! Kto by się spodziewał?!
– Zaraz, zaraz! Ty, panienko, wracasz do łóżka! Jest środek nocy! – Marta klasnęła w ręce.
Dalej trochę gadania o niczym.
Pojawia się nieprzyjemny temat pasterki, na którą wypadałoby iść, więc wszyscy zaklepują wymówki: Mateusz pilnuje dobytku, a Marta musi zostać z dzieckiem.
Jeszcze niedawno Nataniel – a i Oliwia pewnie też – odmówiłby, czując w sercu przemożny żal do Boga. Dziś jednak, w noc pełną cudów, oboje pragnęli Mu podziękować. Pokłonić się przed Dzieciątkiem i z całego serca podziękować.
O nie, zaraz będzie schadzka w zakrystii. Bez prysznica.
Nowy problem pojawia się, gdy Oliwia wspomina, że chciałaby później gdzieś pójść spać, a tu niespodzianka, bo mama pozbyła się domu.
– Mamo? – W głosie Oliwii zabrzmiał niepokój. – Dwór stoi? Jest cały?
– Tak, tak. Tylko widzisz, córciu… sprzedałam go.
Wesołych świąt!
– Jak to?! Dlaczego?! Całkiem położyłaś na mnie kreskę, że sprzedałaś nasz dom?!
– To nie tak, Oluś, nawet tak nie myśl! Po prostu… wiele się ostatnio wydarzyło… – Marta pozwoliła, by ostatnie słowa wybrzmiały w ciszy.
Nie pragnęła wracać do przeszłości. Nie dzisiaj! Przeszłość jednak wróciła do niej nieproszona. Zabolała. Zacisnęła na gardle zimne palce. Zaszkliła się łzami w oczach. Jeśli Marta miała nadzieję, że ból, jaki zadał jej Siergiej, przeminął, myliła się.
„– Pamiętasz, Olciu, tego kryminalistę, co do nas przychodził?”
Swoją drogą świetne, córka przychodzi po przebaczenie, a Marcie staje przed oczami namiętność minionego lata i żal, że to już za nią.
Oliwia proponuje spanie w opustoszałym dworze, Marta się nie godzi.
– To był nasz dom! Mój dom! Innego nie mam! – W głosie Oliwii zabrzmiała rozpacz. I żal. I jeszcze gniew. – Tylko dlatego tu przyjechałam. Zatęskniłam za domem!
Mnie tak zastanawia, jakim cudem trafiła na matkę w domu Nataniela. Wszyscy myślą, że Marta siedzi w Irlandii, Mateusz z planu ściągnięcia jej z powrotem do Sennej zwierzył się tylko Natanielowi. A jeśli nie, bo np. trafiła na Jarząbka, w pierwszej kolejności powinna szukać Marty w domu Mateusza.
No i jak rozpoznała Nataniela? Jak on rozpoznał ją? Widzieli się przez moment wiele lat wcześniej. Gdyby nawet skojarzyła twarz, mogłaby najwyżej pomyśleć, że przypomina tamtego ratownika.
Matka posłała jej spojrzenie zbitego psa, Mateusz odwrócił wzrok, ale Nataniel… w niego nagle wstąpił diabeł.
O nie, parę stron książki i już znalazł pretekst, by wszystkich pobić…
– Słuchaj, Oliwio, twoja mama przygarnęła mnie, gdy zostałem bez dachu nad głową. Użyczyła mi tej chaty, bym miał się gdzie przytulić, i tak się potem złożyło, że mogłem ją kupić. I już nie byłem bezdomny. Ona sama musiała opuścić Senną i dom, który kochała nie mniej niż ty. Nie zapytasz, co się stało, że podjęła taką decyzję? Nie. Bo serce masz wciąż pełne nienawiści.
Nie chcesz posłuchać, jak mama poszła do łóżka z bandytą, a potem, gdy ten po bandycku ją zdradził, postanowiła unieść się honorem i uciec?! Wyrodna córko o czarnym sercu!
Czemu on prawi morały obcej kobiecie?
Dziewczyna zaś… słuchająca go do tej pory ze stężałą twarzą i płonącymi złością oczami… ona też się uśmiechnęła. Nie chciała mieć w tym chłopaku wroga. Przeciwnie! Od sześciu lat nie było dnia, żeby nie posłała ratownikowi choć jednej myśli. (…) Nie zginął. Dzisiaj Oliwia, zanim zaśnie, będzie mogła podziękować Bogu za ocalenie Nataniela i poprosić o… gwiazdkę z nieba.
Na szczęście do przerywania niewygodnych rozmów służy dziecko.
– To będzie moja nowa ciocia? – odezwała się nagle Emilka, o której wszyscy na parę chwil zapomnieli, co dziewczynce bardzo się nie spodobało.
Oliwia patrzy spłoszona, a Nataniela dopadają refleksje o partnerkach i życiu.
Jakim cudem on, Nataniel, przyjął pod swój dach dziecko tamtej?!
Hahaha, Nataniel jak zwykle w porę.
– Wędruj do łóżka, jest późno, ciocia Marta obudzi cię o północy – odrzekł surowo, a dziewczynka, ku zdumieniu wszystkich, potulnie go posłuchała. – Jeżeli nadal chcesz pójść na pasterkę – zwrócił się do Oliwii – musimy ruszać.
Koniec przemyśleń, para wychodzi, koniec rozdziału.
Złociste oczy błyszczały w jej ładnej, szczupłej twarzy niczym dwie gwiazdy.
I błysk w złocistych oczach.
Zamigotał w złocistych oczach
Już to wystarczyło, żeby oczy zapłonęły radością, policzki poróżowiały, a serce, ilekroć spojrzała na Nataniela, biło szybciej.
Nataniel oderwał wzrok od oczu dziewczyny
Dziewczyna zaś… słuchająca go do tej pory ze stężałą twarzą i płonącymi złością oczami
ROZDZIAŁ II: GDZIE SIĘ PODZIALI MĘŻCZYŹNI Z NOGAMI
Nataniel i Oliwia wsiadają do auta, a tu BUM! Pewnie znowu Marta bawiła się w krecika i im coś wsadziła w rurę.
Rzęch ani zipnął. Nataniel jeszcze parę chwil próbował go odpalić, po czym wysiadł i spojrzał na Oliwię przepraszająco.
Na szczęście okazuje się, że jest jeszcze koń!
– Chcesz jechać konno? – zdumiał się, bo Oliwia wyglądała na dziewczynę z miasta, zupełnie jak Iwona, a ta bała się koni. Może nie tyle bała, co jazda w siodle Iwonie uwłaczała. Ona była kobietą luksusową. Kabriolet – tak, ale szkapa?!
Nataniel (27 l.) odkrywa straszną prawdę: ludzie, w tym kobiety, mają różne charaktery i upodobania.
– Musielibyśmy… – urwał, po czym odchrząknął i dokończył: – Musielibyśmy jechać razem. Mam tylko tę jedną klacz.
I nie unikniemy ruchów bioder.
Nataniel dopinał sprzączki ogłowia, gdy Oliwia stanęła w drzwiach stajni. Pogłaskała klacz po miękkich chrapach, patrząc na chłopaka w zamyśleniu.
– Twoja noga. To po wypadku?
Mruknął coś niezrozumiałego.
„Zaczyna się! Kuternoga obrzydliwy…”
Właściwie powinniśmy zostać w domu – odezwał się chwilę później. – Pasterka zaczyna się za pół godziny. Dotrzemy do kościoła w połowie, jeśli nie pod koniec. Jeżeli zależy ci na mszy, możemy…
– Zależy mi na odwleczeniu tego, co nieuniknione – odparła cicho, uciekając wzrokiem pod uważnym spojrzeniem Nataniela. – Przyjechałam na chwilę, chciałam zobaczyć się z matką i zniknąć, tym razem na zawsze. Nie zamierzałam zostawać tu choćby minutę dłużej, niż to konieczne, ale… ty zmieniłeś wszystko.
No to pozamiatane, to jak oświadczyny i ciąża z trojaczkami.
– Niczego nie zmieniłem – uciął stanowczo. – „Dzieci zawsze wracają do domu”, to słowa twojej mamy. Czekała na ciebie każdego dnia. Tęskniła i cierpiała, jak tylko matka tęsknić i cierpieć może. Ty też zapewne…
– Nie – wpadła mu w słowo. – Ja nie chciałam jej znać. Naprawdę ją znienawidziłam, ale ty to zmieniłeś.
Wzruszył ramionami.
Potwierdza się, że w tych książkach młodych kobiet się po prostu nie słucha. Co było z Asią, Iwoną…? A potem wielkie zdziwienie, że… Ale zaraz, nie czas na spojlery!
Wsiadają na oklep i zaczyna się rozmowa.
– Powiedz mi teraz, o czym marzyłaś, nadstawiając dłonie po gwiazdkę z nieba, a potem… co nieuniknionego chciałaś odwlec tą wyprawą – zaczął Nataniel.
– Rozstanie – odparła po prostu. – Myśl sobie o mnie, co chcesz, ale przyjechałam tu tylko po pieniądze. Chciałam, właśnie w Wigilię, by mocniej zabolało, spotkać się z matką i, gdy nabierze nadziei na pojednanie, na, jak to powiedziałeś, „powrót pisklęcia do gniazda”, zażądać od niej pieniędzy. Za parę dni lecę do Stanów. Dostałam dobrą pracę przy koniach. Wyjeżdżam na zawsze.
Czemu w USA rekrutują Polki (które muszą mieć wizę, w przeciwieństwie nawet do Czeszek!) do pracy przy koniach, nie mają chętnych na miejscu? Może to eufemizm i bardzo jej zależy na jakiejś amerykańskiej, nagiej sesji, gdzie konie tańczą w tle, bo to dobrze wygląda w portfolio niektórych modelek.
– Ale ty to zmieniłeś – powtórzyła uparcie.
Zaraz symbolicznie rozdepcze bilet lotniczy za dziewięć tysięcy.
Zaśmiała się, odwróciła ku niemu i zajrzała mu w oczy.
– Masz dom nad jeziorem, masz śliczną córeczkę, masz piękną klacz półkrwi. Czegóż jeszcze trzeba?
– Zgadza się niemal wszystko, oprócz tej córeczki. Mówiłem, że to dziecko… znajomej. Poprosiła, bym się Emilką zaopiekował, więc…
– Musiała to być bardzo bliska znajoma. Bardzo, bardzo bliska.
– Była – uciął, pochmurniejąc. – Z naciskiem na czas przeszły, panno ciekawska.
Nataniel nie wytrzymuje presji i prezentuje swoje prawdziwe atuty:
– Jakbyś nie zauważyła, utykam. Jestem kuternogą, jak to określają we wsi.
Psychoanaliza Mateusza dała efekty, nie zaczął od tego, że jest bezwartościowym kaleką jak przy Iwonie! Jeszcze parę rozmów, a zapomni o wypadku i zostanie mistrzem podrywu.
Oliwia okazuje się kobietą-cud, która nie uważa chorej nogi za najgorszy istniejący defekt fizyczny. No, wiemy już przecież z prologu, że bardziej interesują ją silne ramiona.
Oliwia okazuje się kobietą-cud, która nie uważa chorej nogi za najgorszy istniejący defekt fizyczny. No, wiemy już przecież z prologu, że bardziej interesują ją silne ramiona.
– Wiesz, gdybyś tej nogi nie miał, wtedy mogłabym zrozumieć, że jest ci trudniej niż innym. Ale poruszasz się normalnie, mieszkasz sam, nie wymagasz specjalnej opieki, prowadzisz samochód, od dziś zajmujesz się kilkuletnim dzieckiem… Wyjaśnisz mi, jaki problem masz z tą swoją nogą?Myślicie, że po premierze Gwiazdki ktoś porozmawiał z Michalak na temat kreacji postaci?
I skąd wie, że od dziś? Ale żeby się już tak nie czepiać, może ktoś poza kadrem jej udzielił odpowiedzi… Albo Mateusz wypaplał, gdy wpuszczał ją do domu.
– Jakoś nigdy nie odbiła mi palma na punkcie mojego wyglądu – odezwał się. – Może inaczej: zanim mi odbiła, miałem tamten wypadek. I po palmie. Owszem, na co dzień radzę sobie całkiem nieźle i kalectwa niemal nie zauważam, ale są chwile… nie chwile, a dni, kiedy… jest ciężko.
Aż się wzdrygnął na wspomnienie bólu, który potrafił odbierać zmysły. Co się stanie, kiedy wróci? Nataniel nie był już sam. Nie mógł zapić cierpienia butelką wódki, zagryźć garścią prochów.
BO POWSTRZYMAŁ GO MATEUSZ-STALKER!!!
Miał dziecko, którym musiał się zająć, czy chora noga pozwala żyć czy nie.
Nataniel wpada w panikę, że chora noga zaraz go sparaliżuje i krzyczy, że nie podoła przy dziecku. Ewentualnie ma na myśli to, że nie znajdzie dziewczyny do wiosny.
– Muszę ją oddać – odezwał się półgłosem. – Emilkę – dodał, widząc pytanie w oczach Oliwii. – Ona nie może tu zostać. Nie ze mną. – W jego głosie zabrzmiała panika, bo nagle poczuł, poczuł każdym nerwem, że jego zmora, jego osobisty kat, właśnie nadciąga. Bliskość dziewczęcego ciała, niedostępnego ciała, a może słowa Oliwii, obudziły demona, który lada moment wbije kły w pobliźnione mięśnie.
Nataniel warczy na Oliwię, żeby była cicho i szarpie za wodze, żeby klacz popędziła z powrotem. Niestety, nie udaje się, bo nagle ląduje w śniegu i prosi koleżankę, żeby ściągnęła Martę z zastrzykiem.
– Nie zostawię cię samego w środku lasu! Nie ma mowy! – Oliwia, potrząsnęła go za ramię, a on krzyknął z bólu. I zaklął.
Cofnęła dłoń. W jej oczach rozbłysły łzy. Nie wiedziała, co robić, jak mu pomóc, ale jednego była pewna: nie może go tu zostawić.
– Możesz iść? Powoli, ale iść? – zapytała z nadzieją.
– Ledwo oddycham, a ty mnie pytasz…
Szalone te przecinki. Sytuacja za to wymaga drastycznych środków:
Objęła dłońmi jego twarz, bladą jak śmierć, ściągniętą cierpieniem, odgarnęła z czoła chłopaka zlepione zimnym potem włosy, zajrzała w pociemniałe z bólu oczy i pocałowała go w usta, ledwie muskając jego wargi.
POCAŁUNEK PIERWSZEJ POMOCY! Wiedziała, co go rozrusza.
Mam nadzieję, że za niego wyjdzie i nie będziemy słuchać, jaki to jest pokrzywdzony przez los.
– To było straszne – wydusiła. – Nie mogłam patrzeć na twoje cierpienie, jak więc trudno było tobie? Często… często się to zdarza?
– Tak – uciął krótko.
Nie miał zamiaru dodawać, że gdy była przy nim Iwona, zapomniał, co to ból.
…żeby niczego nie sugerować.
– Możesz wstać? Cały jesteś mokry. – Oliwia podniosła się, sama przemarznięta na kość, i ujęła Nataniela pod ramię.
Podniósł się z trudem, słaby jak dziecko. Tydzień temu leżałby w swoim łóżku, otumaniony alkoholem. Dziś musiał jeszcze dojść do domu…
Może po prostu zasłabł z nadmiaru wysiłku fizycznego po miesiącu rzygania w łóżku? Rano umył okno, teraz wsiadł na konia, koniec świata!
Zacisnął palce na grzywie Śnieżki, która przez cały ten czas stała bez ruchu obok, zrobił jeden krok i chora noga się pod nim ugięła. Gdyby nie ramię Oliwii, podtrzymujące go w pasie, runąłby z powrotem w śnieg.
Pokręcił głową, wściekły na siebie i zażenowany do granic.
Całe szczęście, że Oliwia jest wróżką!
– Poczekaj, może uda mi się pewna sztuczka… – Oliwia puściła go, stanęła przed Śnieżką i zaczęła szeptać coś do słuchającej uważnie klaczy. Jedną dłoń położyła na jej czole, drugą na kłębie i naciskając coraz mocniej, nakłoniła Śnieżkę do ugięcia przednich nóg, a potem do położenia się.
Trochę paplaniny, Nataniel wsiada, Śnieżka posłusznie wstaje.
Oliwia martwi się, że będą pytać o pasterkę, ale Nataniel ją ucisza i prosi, by o tym nie wspominać, po czym dziewczyna zamienia się w zadowolonego z siebie Boba Budowniczego:
Oliwia niechętnie skinęła głową. Prawdę mówiąc, chciała wykrzyczeć na cały świat, jak wspaniale sobie poradziła. Została z cierpiącym człowiekiem, nie wpadła w panikę, nie opuściła go. Potem wykorzystała swoje umiejętności i zmusiła klacz do współpracy, oszczędzając Natanielowi długiej wędrówki na piechotę i dalszych katuszy. Tak, Oliwia dała radę!
Cham Nataniel nie podziela entuzjazmu:
Z zadowolonym uśmiechem spojrzała w górę, na chłopaka. On jednak patrzył przed siebie. Usta miał zaciśnięte w wąską kreskę, zupełnie jakby się na dziewczynę gniewał, zamiast być wdzięczny.
Tragedia, nigdy już nie zdobędzie niczyjego szacunku; wydało się, że jest kuternogą-słabeuszem-mazgajem-gorszyodkobietyooo!!!
W milczeniu dotarli do chaty. Klacz skierowała się do stajni. Nataniel zsunął się z jej grzbietu, podziękował spojrzeniem Oliwii
…ale z przyzwyczajenia pokazał jej środkowy palec…
Ona sama nie mogła się jednak długo kryć w stajni. Musiała wrócić do chaty i spojrzeć Natanielowi prosto w twarz. Może uda się jej ukryć, jak bardzo jest rozczarowana… Jak daleko rzeczywistość rozminęła się z marzeniami… Jeśli jeszcze godzinę temu miała nadzieję, że właśnie dostała gwiazdkę z nieba, teraz rozwierała dłonie. Były puste.
Oliwia jest niepocieszona. Jeszcze nie wiadomo, czy tym, że Nataniel jest słabeuszem, tym, że nie ma manier, czy może uznała, że ją odtrąca. Wątek na pewno się rozwiąże na kolejnej stronie. Tymczasem – koniec rozdziału i notki. Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Aaaa! :D No i to jest prawdziwa gwiazdka z nieba, analiza! :D <3 Dziekuje! :D
OdpowiedzUsuń<3
UsuńAnaliza dobra:) Przyznam, że trochę się pogubiłem w scenie, w której Oliwia wraca do domu, bo tam jest często tylko zaimkiem rozwiązany podmiot, a występują 3 dziewczyny (jeśli dobrze się doliczyłem), ale generalnie czyta się dobrze i uwagi celne. Tak na marginesie, boru, okładka i tytuł są tak pretensjonalne, że aż strach!
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńKtóre miejsce masz na myśli? We wszystkich scenach z Sennej z kobiet występują tylko Oliwia (córka Marty), Marta i kilkuletnia Emilka.
Przeczytałem jeszcze raz i wychodzi na to, że to było tylko takie pierwsze wrażenie, bo szczerze mówiąc, sam nie potrafię teraz wskazać fragmentu, o który mi chodziło. Wycofuję się więc z tego stwierdzenia:)
UsuńSpoko :)
Usuń32 year-old VP Accounting Benetta Croote, hailing from MacGregor enjoys watching movies like Divine Horsemen: The Living Gods of Haiti and Ghost hunting. Took a trip to City of Potosí and drives a Jaguar D-Type. powinienes to sprawdzic
OdpowiedzUsuń