2.4 Rozdział 8, 9, 10 i 11

ROZDZIAŁ VIII: E-ORZESZKI I KORNISZONKI RAZ JESZCZE

Oliwia kombinuje, jak pokazać Natanielowi wdzięki, ale przeszkadzają jej Marta i dziecko. Nie da przy nich machać piersiami, więc zostają włosy:
Ale to, co mogła uczynić, żeby bardziej się Natanielowi spodobać, jak najbardziej czyniła. Piękne, kasztanowe włosy nosiła rozpuszczone, wiedząc, że robią na facetach oszałamiające wrażenie. Myła je co rano w pachnącym szamponie,
A nie w wodzie (szamponem)?
spryskiwała lekko kwiatowymi perfumami, a potem rozczesywała na gładki, lśniący jedwab.
SĘPIE MIŁOŚCI, NIE KOCHASZ

Kobiety w Sennej normalnie noszą włosy zakryte chustą, a poza tym ich nie myją ani nie czeszą.

Dalej pół strony opisu kolorówki do makijażu podkreślającego złote oczy sarenki.
A gdy raz i drugi podniosła nań powoli duże, błyszczące oczy, Nataniel aż wstrzymał oddech, tak była piękna. Dziewczęca. I niewinna.
jeszcze…
do czasu…
Ciekawe. Dotąd nie lubił niewinności i dziewczęcości, preferując kobiecość typu czika bomba.

Dziewczyna czeka na moment, w którym Nataniel będzie sam, ale Mateusz znowu przychodzi w odwiedziny i psuje romantyczne plany.
– Pochwalony! – rzucił swoje zwykłe powitanie starszy mężczyzna, wchodząc na ganek.
Oliwia właśnie otwierała przed nimi drzwi. Nikt by nie przypuszczał, że chwilę wcześniej jej oczy płonęły wściekłością, a na usta cisnęły się przekleństwa. Teraz uśmiechała się ujmująco, zachwycona odwiedzinami.
– Wejdźcie! Właśnie wyjęłam z piekarnika ciasto! Sernik z przepisu babci!
Oczywiście skłamała, bo babcia Marlena, matka Marty, nigdy nie zniżyłaby się do tak plebejskiej czynności jak własnoręczne wypieki, od tego miała służącą.
Uuuu, Marta z wyższych sfer, piekielni warszawiacy, siedzą na pieniądzach i kąpią się w  czarnym atramencie do drukarek za miliony złotych zarobionych za pracę tysięcy niewolników.
Aromat dolatujący z kuchni był zniewalający – mniejsza o to, że przepis pochodził z internetu – a matki, która zdemaskowałaby kłamstwa Oliwii, w pobliżu nie było.
Sugestia, że Marta musiałaby interweniować w takiej sytuacji i udowadniać wszystkim, że Oliwia jest śmieciem podglądającym przepisy w internecie (co to za problem?) zamiast kiwać głową i swatać córkę ze swoim ulubionym kuternogą… ciekawe, jaką była matką, skoro Oliwia robi takie założenia.
Przyglądał się, jak wpadające przez okno promienie słońca lśnią złotem i czerwienią we włosach dziewczyny. Blask sprawiał, że bluzeczka, którą miała na sobie, stała się niemal przezroczysta. Nie pierwszy raz jej uroda wydała się mu oszałamiająca. Czując, jak wzbiera w nim niechciane pożądanie, odwrócił wzrok.
Wiosna, wiosna idzie, a ocieplenie klimatu powoduje zawirowania hormonalne u przedstawicieli tego gatunku i przedwczesne budzenie się do życia żądz.

Oliwia daje znaki Mateuszowi, żeby poszedł, bo przeszkadza w uwodzeniu kuternogi, na co ten cieszy się i znika. Zresztą szybko okazuje się, że mają chatę tylko dla siebie, bo Marta pojechała do Olsztyna kupować Emilce ubrania. Nataniel martwi się, że wydaje na takie rzeczy pieniądze. Oliwia w odpowiedzi okazuje się podłą suką:
– Matka uboga nie jest, własnej wnuczki jeszcze się nie dorobiła, daj się jej zabawić w przyszywaną babcię.
Ledwie wypowiedziała te chłodne, niemiłe słowa, już gotowa była palnąć się w usta. Nataniel, gorliwy wyznawca jej matki, natychmiast się nastroszył. On do swojej nigdy nie zwrócił się inaczej niż „mamo”, za jej plecami również inaczej nie mówił. Słowo „matka” w ustach Oliwii nie tylko brzmiało odpychająco, ale wypowiedziała je do tego z lekceważeniem, nieomal pogardą. A tego chłopak nie znosił.
Objaw wredoty: używanie słowa „matka”. To obelga. Zawsze z szacunku używa się formy zdrobniałej, znane przykłady:

Mama Boska
Papatürk, tatuś narodu tureckiego

Oliwia zmienia taktykę: zaczyna podrywać Nataniela na rozmowy o jego ulubionej przyjaciółce.
– Pomożesz mi rozpalić w kominku? – Zatrzymała Nataniela, który ruszał za mężczyzną. – Sama nie potrafię, a chciałabym zrobić przyjemność mamie…
I tak zaczynają się zaloty koło kominka.
W kominku dawno nie palono. Dym próbował wydostać się na pokój. Gdyby nie zamknął w porę drzwiczek, Marta zamiast zapachu palonego drewna poczułaby po powrocie zapach wędzonego dworu…
Nikt inny nie potrafiłby tego dokonać! Zauważcie, że co jest zasługą u Nataniela, byłoby negatywnym zachowaniem Oliwii (bo narażałaby dwór, który Marta tak kocha, a w ogóle prawie go spaliła brakiem odpowiedzialności). 
Nieco zirytowany oporną materią, potrząsnął głową. Kosmyk włosów opadł mu na czoło. Odgarnął go niecierpliwym gestem, zostawiając bezwiednie smugę sadzy na policzku.
„Ależ seksownie z tym wygląda” – pomyślała dziewczyna.
Koszulka polo opinała lekko ramiona młodego mężczyzny, dżinsy – jego silne, muskularne uda. Płowe włosy opadały do oczu. Czarna smuga i błysk złości w oczach błękitnych niczym u Wikinga nadawały jego twarzy jakąś pierwotną dzikość.
Kto chce się założyć, że sztuczkę ze smarowaniem się węglem podpatrzył u Siergieja, który regularnie nurkuje w krecich norach i jastrzębich gniazdach, by nie utracić pierwotnych feromonów?
– Może w środku jest zbyt wilgotno. – Och, to „wilgotno” zabrzmiało... bardzo dwuznacznie. I tak właśnie miało brzmieć.
…serio?

Potem Oliwia patrzy na jego usta, Nataniel całuje ją... i cały akapit myśli, jak bardzo chce, gdzie chce oraz w jaki sposób chce.
Lecz mimo to… mimo iż łzy frustracji nabiegły mu do oczu… oderwał dłonie od jej ciała i usta od jej ust. Zamrugała, półprzytomna z obezwładniającego pożądania. On, zacisnąwszy powieki, oddychając ciężko, trzymał ją na wyciągnięcie ramion.
– Co… co się stało? Dlaczego przerwałeś? – wydusiła.
Ponownie próbowała przyciągnąć go do siebie, ale nie puszczał.
– Nie możemy tego zrobić. Nie tutaj, w domu twojej mamy. Gościła mnie, ufała mi. Nie… wezmę sobie jej córki ot tak, bo mam kaprys.
Ojeeeej, ja tak cieerpieęę, oooo, wybuchnę, uuuu, ale mam zasady, oooooooo…
– Mój pierwszy i jedyny jak na razie chłopak zdradził mnie z przyjaciółką. Potem mówił tak podłe rzeczy… Że jestem do niczego… Nie umiem całować… nie umiem się kochać tak, jak on chciał…
Oliwia wyjeżdża z nową strategią, by wziąć Nataniela na litość, ale dobra. Może lepsze to niż machanie włosami jak helikopter, aż się chłopak zorientuje.
– Jesteś wspaniała… Jesteś cudowna… Nigdy nie pozwól wmówić sobie niczego innego. Jesteś jedyna w swoim rodzaju i byle dureń tego nie zniszczy. Może próbować, ale roześmiej się mu wtedy w twarz i powtórz moje słowa.
Oliwia miała ochotę w tym momencie właśnie się roześmiać. Jaki ten Natuś jest cudownie naiwny! Owszem, pierwszy – ale nie jedyny, na Boga, ma przecież dwadzieścia pięć lat! – chłopak tak właśnie wrednie z nią postąpił. Nie dość, że puścił ją kantem, przerzucając się na jedną z przyjaciółek Oliwii, to na pożegnanie poczęstował ją taką gadką: „Jesteś do niczego. Poćwicz z wibratorem, to może coś z ciebie będzie”.
Czy mówimy o pierwszym chłopaku, Kamilu-ćpunie? Tym, z którym nie zdążyła uprawiać seksu, bo „Z tamtym chłopakiem, Kamilem, z którym ruszyła w góry po przytulanki, rozstała się zaraz po powrocie do Warszawy”, a w ciągu najbliższych tygodni jej ginekolog nakablował Marcie, że córka jest dziewicą?
Te słowa bolały do dziś i na paru następcach tamtego gnoja musiała się sprawdzać i udowadniać, że jednak tak do końca beznadziejna to ona nie jest. A gdy już poćwiczyła – nie z wibratorem, jak rzekł wujek-dobra-rada, a z przyjaciółmi tego „wujka” – spotkała się z nim ponownie, ubrana w taką kieckę, że gnojkowi oczy na wierzch wyszły i wacek ze spodni mało nie wyskoczył, rozpaliła go pocałunkiem, który do dziś pewnie wspomina, potem ręką, na koniec, nie zdejmując mu spodni, zaczęła się o niego ocierać. Zmysłowo, namiętnie, coraz bardziej dziko poruszała się, mając go między udami, niczym kocica w rui.
Doprowadzony niemal do obłędu, rozpiął rozporek, uwolnił nabrzmiałe prącie i sięgnął po nią, ale… ona zaczęła się śmiać. Podle. Z pogardą i odrazą.
AAAAAAAAAAAAA, CO ZA ZEMSTA!!!

Myślałam, że na tym koniec – bo w świecie Michalak od nieuprawiania seksu i niezaspokojonej żądzy się eksploduje – ale nie, znowu chodzi o orzeszka:
– Tym chciałeś zaspokoić kobietę? Tą nędzną namiastką fiuta? Nie, to nawet nie fiut, a żałosne nic. Widziałeś ty kiedyś męskie prącie? Czy ono liczy sobie trzy centymetry długości? We wzwodzie? – I znów parsknęła szyderczym śmiechem.
To już chyba jakaś obsesja na punkcie małych penisów, które kompromitują człowieka na całe życie. Ewentualnie w ramach zemsty można kogoś wrzucić do internetu…
Jej były upchnął czym prędzej swoją dumę w slipach, próbując ukryć łzy poniżenia. Zwyzywał ją oczywiście od dziwek, ale to Oliwii już nie obeszło. Zemściła się na gnoju. Odpłaciła mu pięknym za nadobne.
– Ja przynajmniej zdjęć twojego korniszona po internetach nie roześlę – rzuciła mu na do widzenia, bo to właśnie bydlak zrobił jej: parę półnagich fotek, gdy spała, wrzucił na fejsa i jego znajomi mieli ubaw. Oliwię na taką podłość nie było jednak stać.
Nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do Kamila, wyciągnąć go z oddziału zamkniętego i wytłumaczyć, że nie musi już dłużej chować minikorniszona, bo Nataniel żyje.

Oliwia wraca myślami do stojącego przy niej upapranego sadzą Tarzana.
– Naprawdę cię pragnę.
– Ja ciebie też – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Waląc się pięściami po klatce piersiowej i pohukując gardłowo.

Nataniela nagle olśniewa, że nie zdradzi Marty, jak prześpi się z jej córką u siebie w domu.
Nataniel niemal biegł ścieżką przy jeziorze. Niesprawna noga? Jaka? Która? Zapomniał o bólu, zapomniał o kalectwie. Niemal unosił się nad ziemią, ledwie muskając ją stopami. Biec… biec po spełnienie! Biec po radość brania i dawania! Biec po rozkosz i oddanie! Biec aż do utraty tchu! Aż po zatracenie!
– ekscytował się narrator, ćwicząc na bieżni.

Korekta śpi, bo:
Wybiegli z dworu, trzymając się kurczowo za ręce, tak szybko, jak za parędziesiąt minut będą zdzierać z siebie bluzki, spodnie i bieliznę.
A zaraz:
Złożył dziewczynę na ołtarzu swoich pragnień. Pozwoliła, by ją rozbierał. Na początku w pośpiechu, gwałtownie zdzierając z niej ubranie, potem, gdy dotknął jej nagiego brzucha, przesunął dłońmi po jej ciepłej, aksamitnie gładkiej skórze od wygięcia szyi aż po ukryte wstydliwie zagłębienie między udami, zwolnił. Bieliznę zdejmował z niej niespiesznie, rozkoszując się cichymi jękami, błagalnym szeptem i tym, jak pięknie wygina ciało pod jego pieszczotliwym, czułym dotykiem.
Czyli ani sami się rozbierali, ani w szalonym pośpiechu.

Potem Nataniel chce, by rozebrała go Oliwia. Sam bełkot o ściąganiu ciuchów – w czasie którego Oliwia nie spojrzała na brzydką nogę, co tak ujęło Nataniela – zajmuje prawie całą stronę.

Przepraszam, nie czytałam reszty rozdziału jakoś bardzo dokładnie, bo piętnaście kolejnych akapitów opisuje różne ruchy posuwisto-zwrotne oraz czym pchnięcie numer jeden różni się od numerów dwa, trzy i piętnaście, a nie jest to zbyt ciekawe.

Należy tylko nadmienić, że pod okienko nagle przychodzi podglądaczka, która zaczyna się masturbować (co najśmieszniejsze, kiedy tamci już skończyli), powtarzając:
– Zapłacisz mi za to, klnę się na własne życie. Zapłacisz... 
To do „rudej dziwki”, nie do „spoconych mięśni”. Chyba po prostu na ten widok dziewczyna poczuła jak dawno tam, na dole, nie była kochana przez mężczyznę (jak wszystkie inne kobiety w tym dziele), bo od razu zaplanowała powtórkę wieczorem. Co że jest ujemna temperatura i zaraz dostanie odmrożeń.

Na szczęście podglądaczka ucieka, nim bohaterowie się orientują, a jej ślady szybko przysypuje śnieg.
Tamtych dwoje zaś, sytych i niczego nieświadomych, poszło pod prysznic, ubrało się spiesznie, a potem szybkim krokiem wróciło do dworu. Akurat na czas, by jakby nigdy nic powitać Martę z Emilką.
Ziarno nienawiści zostało jednak rzucone na podatną i żyzną glebę. Wybuchnie już niedługo, niosąc to, co nienawiść przynieść potrafi: łzy, nieszczęście i ból. Oby nie śmierć. Oby...
Wystarczyłoby, żeby Marta nauczyła Asię machać nad głową spódnicą, a pewnie już dawno zdobyłaby Nataniela

ROZDZIAŁ IX: DZIECKO-ROBOT

O cholera, a kolejny rozdział to rozmyślania o ruchach bioder. Ile można.

Marta zauważa, że doszło do kopulacji, bo ptaszyska zakochane macają się podczas podawania sobie ciasta.
Oby tylko nie byli zbyt lekkomyślni! Oliwia nie wygląda na taką, co marzy o gromadce dzieci.
Dobrze się martwi, bo jak zwykle nie było nic o zabezpieczeniu.
Emilki nie darzy sympatią – Marta spochmurniała w tym momencie.
I najwyraźniej to jest największy problem, a nie robienie dzieci po jednym dniu związku.
Mateusz wypytuje Martę.
– Oliwia gotowa jest zamieszkać w Sennej?
To pytanie, na pozór zupełnie niewinne, zdmuchnęło z jej twarzy ten uśmiech.
– Ma kilka pomysłów na przyszłość – rzekła wymijająco.
Prawdę mówiąc, jej córka rozprawiała li tylko o wyjeździe do Stanów, gdzie zaproponowano jej pracę w renomowanej stadninie, o zamieszkaniu na wsi nie zająknąwszy się ani słowem. Czy nagłe zauroczenie przystojnym sąsiadem wystarczy, by ją tutaj zatrzymać?
Dlaczego jej nie zapyta albo nie poprosi Mateusza, by ją wyręczył?
– Co tam tak cicho? – Mateusz obejrzał się na drzwi do kuchni, zwykle otwarte, teraz zamknięte na głucho.
– Całują się – oznajmiła Emilka, która do tej pory siedziała jak trusia, składając z papierowych serwetek armię słoników.
– A skąd ty, dziecko, o tym wiesz?! – wykrzyknęła Marta.
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
– Gdy przyszliśmy, też się całowali. Biegłam przodem, pamiętasz, ciociu? Zakradłam się, żeby popukać w szybę i ich przestraszyć, a oni stali i buzi, buzi.
To nic w porównaniu do innych bzdur, ale irytuje mnie, że Emilka wypowiada się w tak beznadziejnie sztuczny sposób. Odpowiada na pytanie ciągiem przyczynowo-skutkowym: „biegłam przed tobą, dlatego nie widziałaś, a zajrzałam w szybę, bo chciałam ich wystraszyć”, bo taki akurat był scenariusz. Widać to jak na dłoni i nie mogę się skupić.

Zaraz potem dziewczynka rozpoczyna serię wypowiedzi o życiu i robieniu dzieci:
– Nie podglądałam! Obejrzałam, zapukałam w okno i to był koniec całowania na wtedy. Teraz na pewno znów to robią. Będą z tego dzieci. – Emilka, nie odrywając oczu od składanego słonika, pokiwała głową niczym stuletni starzec, który przeżył już wszystko, co było do przeżycia, i nic go nie zaskoczy.
(…)
– Ja tam nic nie wiem – zaczęła, podnosząc nań wzrok. – Ale moja niania mówiła: najpierw całowanie, potem przewijanie. I miała na myśli właśnie dzieci! Bo powtarzała to zawsze, gdy w telewizji pan z panią właśnie buzi, buzi.
(…)
– co nie odrośnie, to się nie wymydli. Nie wiem dokładnie, co to znaczy, ale powtarzała o tym odrastaniu i mydleniu za każdym razem, gdy pani w telewizji nie chciała się już całować, a pan chciał. Potem niania wyłączała telewizor, więc nie pytaj, wujku, co było dalej. Pewnie dzieci. – Ramionka znów powędrowały w górę i w dół.
Wyglądało to, w połączeniu ze śmiertelną powagą na buzi dziecka, przekomicznie.
Hehe, hoho, Emilka domowy błazen, przekomiczny pajac.

W międzyczasie Oliwia chwali się nowym partnerem seksualnym koleżance.
„Zaliczony-odhaczony! Ale miałam jazdę! Wyposzczony chłopaczyna za nas dwoje!”
Jessica odpisała niemal natychmiast: „Dobry jest?! Ty też doszłaś czy wiesz: tartak?!”.
„Koooochana… Chciałabyś mieć codziennie taki tartak” – odpisała, rumieniąc się mimowolnie.
„Cool! Wpadnę w odwiedziny zaraz po sylwku i wypróbuję tego drwala! Chyba nie masz nic przeciwko? Nie poskąpisz przyjaciółce?”
Oliwia odpisała: „Bierz go sobie”, bo tak należało odpisać.
Inaczej jej reputacja ległaby w gruzach.
Dostajemy też tragiczną historię Jessiki:
Ukochany Jessiki stwierdził któregoś dnia, że chyba woli chłopców. Cóż, Jessica, choć beznadziejnie zakochana, nie miała szans z drugą płcią. Zresztą seks, którego jej facet się domagał, do przyjemnych nie należał.
Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Gej = będzie uprawiał seks z kobietą, ale tylko analny (albo żeby partnerka nie miała za dużo radości)?
Oliwia, poprzysięgła sobie, że już nigdy żadnego nie pokocha. Nigdy! I odpłaci facetom tą samą monetą: da posmakować, jak świetnie może być z nią w łóżku, a potem, gdy będą nakręcali się coraz bardziej, wyszydzi, obśmieje i pokaże fakowca. Byle się nie zakochać!
Nie jest jednak zbyt konsekwentna, ponieważ już w kolejnym akapicie dowiadujemy się, że Nataniel może być tym jedynym.
Dlatego właśnie dzieliła się zdobyczami z Oliwią: facet, który sypia z tobą i twoją przyjaciółką tym jedynym nie zostanie. No chance. I dlatego Oliwia wypisywała do Jessiki takie esemesy zaraz po cudownych chwilach z delikatnym, lecz jednocześnie namiętnym, uważnym na jej pragnienia Natanielem. Żeby tamta nie domyśliła się, iż… ten facet może być tym jedynym. Jessica by ją śmiechem zabiła! Tak po prostu!
Ależ te uczucia rozwijają się już w kwadrans po numerku!
Zaufać... oddać się w dobre ręce tego mężczyzny, który – wiedziała to, po prostu wiedziała! – nie był zdolny uczynić krzywdy komuś, kogo pokocha. Wprawdzie pasowali do siebie mniej więcej tak jak ogień i woda, nożyce i kamień, ale... przeciwieństwa się przyciągają, prawda?
Ale jakie przeciwieństwa? To jak z Iwoną: oboje lubią seks, flirty, tyle że Oliwia dodatkowo zajmuje się zawodowo końmi, czyli ma z Natanielem całe mnóstwo tematów. Chyba że chodzi o to, że Oliwia (czy Iwona) stała się rozwiązła w wyniku traumy, a Nataniel przez traumę przestał sypiać z każdą kobietą w zasięgu wzroku.

Wieczorem Nataniel postanawia w salonie u Marty zaspokoić Oliwię palcem (ryzykując tym samym życie, co wiemy z poprzedniej części).
– A ty? – szepnęła, wiedząc, że niespełnienie musi sprawiać mu fizyczny ból.
– Innym razem – odparł cichym, niskim tonem. – Większą przyjemność daje mi to, że ty jesteś szczęśliwa.
Oliwia odwróciła głowę, nie śmiąc spojrzeć w jego czułe, szczere oczy. We wszystkim, co ona robiła, były fałsz i wyrachowanie. We wszystkim, co robił on, uczciwość i bezinteresowność. Był po prostu dobrym człowiekiem.
SZCZYT BEZINTERESOWNOŚCI I DOBREGO CHARAKTERU: WKŁADANIE PALCA. Tak dobrego, że… Zgadniecie, co się stanie, gdy Nataniel otworzy usta? Zaczyna opowiadać, że nie umie kochać, bo dopiero co rozstał się z miłością życia, więc może lepiej odpuścić sobie romansowanie.
– Pragnęłam tego równie mocno jak ty – odparła cicho. – I nie jestem naiwną dziewczynką, Nat. Nie zakochuję się od pierwszego wejrzenia w pierwszym facecie, który mi wsadzi łapę w majtki. Oczekuję od miłości mego życia czegoś więcej. Nie pochlebiaj sobie, że po jednym numerku stracę dla ciebie głowę. I również nie czuj się zawiedziony, gdy ja wrócę do Warszawy, ty zostaniesz tutaj i na tym nasza… nasze coś, czego nawet romansem nazwać nie można, się zakończy.
A dopiero co wybierała się do Stanów, a nie z powrotem do Warszawy!
– Za kilka dni wracam do Poznania, tam mieszkałam przez parę ostatnich lat, a potem wyjeżdżam do Stanów. Być może na zawsze – odezwała się szeptem, patrząc przed siebie.
O, patrzcie, tym razem Poznań i USA.
Odpowiedziała jej cisza.
Nataniel gładził ją opuszkami palców po policzku i milczał.
– Nie poprosisz, bym została? – Uniosła wzrok i zajrzała w jego spokojne, zamyślone oczy.
– A to by coś zmieniło?
– Spróbuj.
Nataniel prosi, żeby została, ale nie dlatego, że mu się podoba, tylko BO MARTA CIERPI. Kiedy nie uprawia seksu, myśli albo o swojej nodze, albo o mamie, albo o Marcie. Boże, jaki ten człowiek jest nieskomplikowany.
Marcie, która schodziła po schodach i słyszała te słowa, łzy zakręciły się w oczach. Jedna, nim zdążyła obetrzeć ją wierzchem dłoni, spłynęła po policzku.
W tym tomie ktoś nie zakręcił kurka w oczach Marty, bo wszystko ją doprowadza do łez, tak że żadne novum.
– Ona powinna mnie o to poprosić, nie ty – zaczęła dziewczyna.
– Mylisz się – wpadł jej w słowo. – Ty ją znienawidziłaś bez powodu, ty ją zraniłaś i ty odeszłaś. – Jego głos brzmiał odrobinę ostrzej niż poprzednio.
BEZ POWODU. Ja, Nataniel, wiem lepiej, bo lubię Martę!!!
– Ona przede wszystkim pragnie twojej miłości – sprostował Nataniel.
Wywnioskowałem z tego, że kiedyś nakarmiła mnie jajecznicą z kiełbasą i raz dała kołdrę w gwiazdki.
(…) naprawdę z trudem znosząc pogardliwy ton dziewczyny i słowo „matka”.
To mi przypomina „Mildred Pierce”, gdzie odbiorca od razu wie, która córka bohaterki jest pretensjonalna i rozkapryszona, bo ta nazywa swoją matkę matką, a druga nie.
Oczywiście musiał się powstrzymywać przed wybuchem gniewu, to gorzej niż „ta wredna suka”…
Oddałby pół życia, żeby miał do kogo mówić „mamo”.
Dlatego powinien zacząć od oświadczenia się córce Marty, żeby mieć swoją kobietę marzeń za teściową. Chyba jeszcze na to nie wpadł.

Rozmowa o perspektywie przeprowadzki Oliwii do „leśnej głuszy” szybko zmienia jednak tor na poruszanie biodrami i konsekwencje.
Nigdy nie przypuszczałem, że zapragnę tu zostać. Do czasu, aż zobaczyłem tę moją ruderę, nabrałem w płuca powietrza, które pachnie jak nigdzie indziej, i poczułem się wolny. Prawdziwie wolny.
– Brzmi pięknie – odrzekła z przekąsem. – Ale jesteś nie tyle wolny, co do bólu samotny. Tak wyposzczonego faceta… – Ugryzła się w język, widząc, jak twarz mu tężeje.
– Wierz mi, gdybym chciał pierwszej lepszej, wystarczyłoby wyciągnąć rękę – rzekł powoli, a ona zrozumiała, że właśnie to zrobił. Wziął tę, która mu się nawinęła.
Wstał.
– Czas na mnie.
I z romantycznego związku dwojga samotnych dusz nici…
Nataniel wychodzi, a Oliwia odkrywa, że jej matka podsłuchiwała całą rozmowę. Przekomarzają się pół strony, nic ciekawego („jak możesz!”, „przepraszam!”, „dlaczego przepraszasz!?” i tak dalej). Na koniec Oliwia podejmuje decyzję o wyjeździe, co jest w zasadzie jedynym istotnym fragmentem rozdziału:
– Wyślę esemesa, że dojechałam szczęśliwie – dziewczyna dodała cicho i Marta zrozumiała, że Oliwia chociaż w ten sposób przeprasza i wyciąga na zgodę rękę. Posłała córce nikły uśmiech i wróciła do pokoju na piętrze, gdzie spała Emilka.
Na widok dziecka, posapującego z buzią wtuloną w poduszkę i nogami wystającymi spod skotłowanej kołdry, spróbowała się uśmiechnąć. Podeszła na palcach do łóżka, ujęła bosą stópkę, potrzymała chwilę zamkniętą w dłoni, a potem pochyliła się i ucałowała gładką, pachnącą płynem coca-colowym piętę, tak jak to setki razy czyniła dawno temu, gdy Oliwia była jeszcze małą, słodką Olusią…
– Nie oddam cię, kruszyno – wyszeptała nagle, czując ból w sercu na samą myśl, że ktoś – nieczuła matka Emilki, ciotka albo dziadkowie – mógłby przyjść i ot tak zabrać dziecko. – Nie pójdziesz tam, gdzie cię nie kochają. Zostaniesz z Natanielem i ze mną. Tu będzie twój dom.
Otuliła Emilkę kołdrą i przeszła do swojego pokoju, wiedząc, że dziś zaśnie spokojnie. Bez strachu, co jutro podłego zrobi lub powie jej własna córka.
Już nie.
Podsumowując, wszyscy się sprzeczają się pół dnia, a na koniec Marta odwraca swoją uwagę tym, że ma teraz lepsze dziecko do kochania, które za szybko nie ucieknie, bo ma krótsze nogi niż Oliwia.

ROZDZIAŁ X: ONA, MARTA, ZAŻARTA I UPARTA

Marta powstrzymuje łzy po odwiezieniu Oliwii, Emilka (5 l.) pociesza ją. W dodatku ma przemyślenia o złym sercu swojej matki:
– Ale zostawiła mnie z nianią – upierała się dziewczynka. – Czy dobra mama oddaje swoją córeczkę? No? Oddaje?
Ech, dalej wszystkie wypowiedzi Emilki wydają mi się absolutnie sztuczne. To chyba dlatego, że  nie są związane z tym, co mała widzi i jak rozumuje, a są to tylko humorystyczne wstawki czasem pchające akcję do przodu. Tak jak tutaj: dzieci z natury rzeczy są egocentryczne i raczej problem brzmiałby „mama ZOSTAWIŁA MNIE, to niesprawiedliwe”.

Marta za to nagle nie może niczego zarzucać Iwonie, bo przecież:
Należałoby potępić w duchu Iwonę, która po urodzeniu dziecka powinna się ustatkować, zmienić… profesję na bardziej odpowiednią, ale… ona, Marta, była lekarką i zabiła dziecko. Która z nich ma więcej na sumieniu?
Jakoś wcześniej gadała każdemu, kto się nawinął, że z tej Iwony niezłe ziółko, choć ta jeszcze nic nie zrobiła. Zakładam, że status Iwony zmienił się, bo z „imprezowej gówniary”, legendarnej szmaty dyskotekowej przeszła ewolucję w MATKĘ. Matka Polka popełnia błędy, lecz nigdy nie jest zła, bo tak (co innego seksowna studentka):
– O swojej mamusi nie możesz się źle wyrażać. Nigdy. Nosiła cię w brzuszku, urodziła, wykarmiła i jestem pewna, że bardzo cię kocha.
Czemu przywołuje momenty z życia Emilki, których ta nie pamięta, zamiast powiedzieć coś o tym, że mama tęskni, ale takie życie?
Dziewczynka na wzmiankę o Kacperku powinna się rozchmurzyć – z matką nie była zbyt związana, widywała ją rzadko, wychowywana od urodzenia przez ciągle zmieniające się niańki – lecz to właśnie Iwona, choć być może nie zdawała sobie z tego sprawy albo w to nie wierzyła, stanowiła jedyny stały punkt na ciągle zmieniającym się firmamencie dziecięcego istnienia. To ją wołało dziecko w chwilach smutku, gdy rozbiło sobie kolanko, spadło z huśtawki, śniło zły sen albo było chore. Ją, nie Dorotkę, Kasię czy kto tam się Emilką w danej chwili opiekował. To matka przytulała swą córeczkę z prawdziwą, nieudawaną miłością, to jej czuła dłoń ściskała rączkę dziecka, gdy leżało w szpitalu po upadku z drabinek.
Iwona nie doceniała swego znaczenia w życiu córeczki. A może wręcz przeciwnie? Może celowo odsuwała dziecko od siebie, by nie cierpiało ono i nie cierpiała ona sama, gdy przyjdzie zły czas?
Opis domowej tragedii: dziecku zmieniały się opiekunki, a matka odtrącała je poprzez niezabieranie go do pracy.
Tak. Czy Iwona z rozmysłem to uczyniła czy też nie, dziś jej wybór przynosił efekty: dziecko oddane obcym, nie pierwszy raz przecież, tęskniło za mamą, ale owa tęsknota nie łamała Emilce serca.
Nataniel wpada na pomysł, że Emilka mogłaby nauczyć się czytać, a Marta prawie dostaje ataku paniki, że będzie zbędna w życiu dziecka:
– Chyba żartujesz… – odezwała się Marta, niemile zdziwiona. – Pięciolatkę będziesz przed komputerem sadzał?
Posłał jej równie zaskoczone spojrzenie.
– Jakieś zajęcie musi mieć, gdy ja będę pracował w domu czy w obejściu. I nie jest to żadna głupia, odmóżdżająca gierka, ale interaktywna nauka czytania dla małych dzieci. Tylko patrzeć, a będzie pochłaniała książeczki.
– Ja mogę czytać jej już teraz! – sprzeciwiła się kobieta.
(...)
– Marta… – zaczął, ostrożnie dobierając słowa, by jej nie urazić. – Ty niedługo wracasz do Irlandii, ja zostanę z dzieckiem sam.
OSTROŻNIE!!! Bo zaraz wybuchnie płaczem. W ogóle w tym tomie Marta to kłębek nerwów kierowany tym razem nie chucią, a instynktem macierzyńskim. Ciekawa przemiana.

Nataniel próbuje przypomnieć Marcie, że Emilka nie zostanie z nimi na zawsze.
– Emilka nie zostanie tu na zawsze – odezwał się w końcu. – Wróci do mamy, gdy tylko ta wyjdzie z… sanatorium.
– Właśnie! Wrócę do mamy! – zawtórowała mu dziewczynka, rada, że może wtrącić swoje trzy grosze.
– Nie wiadomo, jak długo Iwona w tym sanatorium zabawi – ucięła stanowczo Marta. – Do tego czasu będziemy zajmować się Emilką we troje. I wierz mi, Nat, nie potrzebujemy do tego komputerów i gier, choćby nie wiem jak edukacyjnych.
Czy Mateusz zajął się dzieckiem chociaż raz? Przyprowadzenie kucyka jako prezentu na święta się nie liczy.
– Ej… ciociu Marto… – Natanielowi coraz mniej się to podobało, chociaż jeszcze próbował obrócić sprzeczkę w żart. Oni się do tej pory nie sprzeczali! Nigdy! – Emilka została oddana pod opiekę mnie i pozwól, że ja zadecyduję, jak w moim domu będzie spędzać czas.
„Nigdy się nie sprzeczali”, a to ciekawe. Nataniel ma krótką pamięć, ewentualnie to efekt syndromu sztokholmskiego z części pierwszej. Przecież co chwilę były awantury o Iwonę albo o samochód Marty, którego nie chciała z samego rana pożyczać.
Marta zorientowała się nagle, że dalszą ingerencją w plany Nataniela może więcej stracić, niż zyskać. Jeśli chciała wprowadzić w życie własne zamierzenia, musiała czynić to roztropnie, stopniowo, łagodnie i niezauważalnie. Najlepiej rękami Nataniela.
Znowu to samo: manipulacje i kombinatorstwo. Cudowna osoba.
– Masz rację, Nat, masz świętą rację – przyznała, co nieco zaskoczyło chłopaka. – Pozwolisz jednak, że we dworze będziemy czytać książeczki, a nie klikać w gry?
– Tak, oczywiście, w swoim domu możesz uczyć Emilkę chińskiej kaligrafii, jeśli taka będzie wasza wola.
(...)
– Nie lubię kalafiorów – oznajmiła. – Po chińsku też nie.
To rozbroiło także ich.
W każdej rozmowie w tej książce rolę przerywnika pełni toczenie beki z dziecka. Chyba po to ono jest.

Nataniel z Mateuszem wybiera się do Olsztyna, żeby kupić auto, a Marta zmienia taktykę i postanawia być dla wszystkich niepokojąco miła. To nie podoba się nawet głupawemu głównemu bohaterowi, który czuje, że coś jest nie tak:
Emilka, zapomniawszy najwidoczniej o pokoiku w chacie, podbiegła do Nataniela, uściskała go, cmoknęła w policzek i w podskokach pobiegła za Martą.
Chłopak odprowadził je spojrzeniem, lekko marszcząc brwi. Coś zaczęło mu się bardzo, ale to bardzo nie podobać…
Mateusz i Nataniel oddalają się. Zastanawia ich zachowanie Marty. Największym problemem okazuje się to, że dziecko może się do niej przywiązać, a potem będzie cierpieć, gdy przyjdzie po nie matka.
– Wszystko ładnie-pięknie, tylko co zrobi Marta, gdy zjawi się prawowity opiekun?
– To będzie problem Marty.
– Mylisz się, bo nie tylko ona będzie rozpaczać. Jest jeszcze dziecko, które przywiąże się do Marty, pokocha ją, a potem siłą zostanie od niej oderwane.
Oczywiście do Nataniela ani Mateusza się nie przywiąże, bo to biologicznie niemożliwe. Właściwie w tej książce ludzie przywiązują się tylko do Marty; raz do Iwony, ale to z przyczyn praktycznych (seks).
Oby jeszcze trafiło w ręce Iwony, swojej matki, ale może się po małą zgłosić zupełnie kto inny…
– Niby kto? – Mateusz posłał mu zdziwione spojrzenie.
– Siergiej. Ojciec małej.
Mężczyzna wciągnął powietrze, szczerze zaskoczony.
– Sodarow jest ojcem Emilki?! Skąd ci to przyszło do głowy?!
Nataniel wzruszył ramionami.
Nataniel upiera się przy tym od momentu, w którym Emilka pojawiła się w jego życiu, chociaż nie wiadomo dlaczego, bo list na to nie wskazywał, wręcz przeciwnie; Iwona napisała wprost, że Siergiejem łączył ją tylko seks. Czyli nie dziecko i inne zobowiązania. 
– Mam takie podejrzenia. Nawet jeśli nie on, to mała ma przecież ojca.
Dwa miesiące później to wydedukował? Geniusz. 
– Naprawdę myślisz, że to Sodarow? – odezwał się mężczyzna ponownie. Odpowiedziało mu wymowne milczenie. – Ma dwór Marty… Może mieć Emilkę… Coraz mniej mi się to podoba – wymamrotał zasępiony. – Będziesz chyba o nią walczył?
O dziewczynkę? Iwona powierzyła ją tobie, nie Siergiejowi! Jemu psa bym nie oddał pod opiekę, co dopiero małe dziecko.
Znowu złowrogi Siergiej, który jest zły, bo za dużo się uśmiecha. Przypominam, że Nataniel głodził zwierzęta, kiedy zajmował się głównie numerkami z Iwoną, a Mateusz nie myślał wiele o Reksiu, kiedy upijał się dzień w dzień. Ocena postaci w tej książce kompletnie nie ma żadnego związku z tym, co one ROBIĄ, a tylko z tym, co się o nich mówi: nikt nie widzi, że Siergiej to natrętny zboczeniec, ale że męczy jakieś zwierzęta – pewnie! Tyle że akurat jego żywy inwentarz był bardzo zadbany, zawsze się przykładał do opieki nad swoim ranczem i jego mieszkańcami, a nawet bohatersko uratował Śnieżkę Nataniela. Czyli pewnie zapewnił jej opiekę weterynaryjną przed przekazaniem nowemu właścicielowi. To o tyle istotne, że Siergiej wiele więcej zalet nie ma…

No i jeszcze seria mądrości o płciach:
– Daj spokój, Nat. – Mateusz położył mu rękę na ramieniu. – Marta to kobieta, na dodatek bardzo opiekuńcza, jak wiesz, a Emilka potrzebuje matki, nie dwóch starych kawalerów. I kucyka.
Oraz: 
– Wiesz, jacy są faceci: o dziecku wolą raczej nie pamiętać, niż pamiętać.
…i rozdział się kończy.

ROZDZIAŁ XI: KIJ OD SZCZOTKI 3
Życie w Sennej, gdy tylko szał świąteczno-sylwestrowy przeminął, wróciło na dawne tory. Wieś zajmowała się swoimi sprawami, plotkami i skandalami na skalę taką, jaka przynależała małym ojczyznom. To się ktoś upił, to z kimś się pobił, to kogoś oszukał. Komuś urodziło się dziecko, komuś innemu zmarł ojciec. Żona uciekła od męża, inna nakryła swojego z kochanicą. Awantura była na całą okolicę. Sąsiedzi mieli czym oczy sycić, a tematów do najbliższych świąt nie zabraknie.
Ach, życie. Dobrze, że nie ma Siergieja ani Iwony, bo jeszcze by się okazało, że we wsi jest jakiś bohater negatywny i zrobiłoby się ponuro.
Nadchodziło – powoli i z ociąganiem, lecz jednak – przedwiośnie.
O NIE, nie chcę, koniec analizy!
W dworze Emilka bywała tak często, a Marta dotąd nalegała, iż Nataniel poddał się w końcu – ile można walczyć z dwiema kobietami? – i pozwolił małej zamieszkać tam na stałe. To znaczy do wyjścia Iwony z więzienia.
No, więc dwa miesiące od zostania ojczymem Nataniel pozbył się dziecka i ma wolną chatę, w razie gdyby się jakieś panny nawinęły. Tylko niech teraz powie sąsiadom, że robili remont zupełnie bez sensu.
Ciążyło mu na sumieniu, że do tej pory nie odwiedził dziewczyny, ale… jakoś nie potrafił się przymusić do takiej wyprawy. Nie ciągnęło go za kratki, bez względu na to, czy on za nimi siedział czy ktoś, kto był mu drogi.
To jest takie durne zdanie, że nie mogę. Zwłaszcza że chyba jednak ciągnęło, bo w nowym akapicie okazuje się, że Nataniel wsiada do samochodu i jedzie odwiedzić dawną miłość sprzed kilku miesięcy.
Choćby nie wiem jak pięknie więzienie wyglądało z zewnątrz, nie chciał tam wchodzić. Nawet jako odwiedzający.
Sam nie wiedział, czemu się tam zjawił. Jak to się stało? Może instynkt, śladem feromonów Iwony? Może narrator go odurzył narkotykami, bo chciał się pośmiać?
Żeby odgonić tchórzliwe myśli – on miał tylko wejść, spotkać się z Iwoną i wyjść, niektórzy nie mieli tyle szczęścia i po wejściu zostawali za więziennymi murami na wiele lat.
Uważaj, nie mów nic głupiego, nie rozmawiaj z policjantami o tym, co masz w bagażniku, nie zaczynaj tematu przetrzymywania obcych dzieci, nie wspominaj o narkotykach z kucyka!!!

Nataniel zauważa grupę kobiet odwiedzających osadzonych, a one zauważają jego.
– Jesteś po raz pierwszy? – usłyszał nagle.
Za nim stała dziewczyna niewiele starsza od Iwony.
– To aż tak rzuca się w oczy? – zażartował.
– Trochę tak – odparła. – Znamy się tutaj, jak widzisz, no i facet, który raz przyjeżdża, nigdy już nie wraca.
– Nigdy?
– No, rzadko się zdarza. Wiesz, to „lekkie” więzienie. Faceci uważają, że dziewczyny, która nie siedzi zamknięta całymi dniami w celi, może z niej wychodzić do świetlicy czy biblioteki, może pracować, o ile dostanie pracę w świecie, a potem wraca jak do sanatorium, nie warto odwiedzać.
Spróbujcie przeczytać ostatnią wypowiedź na głos. Pisana ujdzie, ale do mówienia jest męcząca i sztuczna.

Kobieta zaczyna opowiadać o matce, która siedzi za zadźganie „skurwysyna, ojca”. Znaczy wstawka o przemocy domowej jak co kilka stron.
Zdechł, niech mu ziemia ciężką będzie, i tylko żal, że nie zrobiła tego, gdy tłukł ją do nieprzytomności. Wtedy byłby to afekt, rozumiesz, i okoliczność łagodząca, ale ona któregoś dnia po prostu wstała po tym, jak w nocy zmasakrował jej twarz, wzięła nóż i go zadźgała. Potem poszła na policję, w zakrwawionej koszuli nocnej, i o tym opowiedziała. Dziś mija czwarty rok. Odwiedzam ją co miesiąc, jak w zegarku. Jeszcze rok temu przywiozłabym jej tort, jak to na rocznicę, ale zlikwidowali paczki z zewnątrz. Teraz można dać to, co jest w kantynie, a w kantynie tortu nie kupię, rozumiesz?
Ale! To jeszcze nie koniec, jeszcze pobicie w więzieniu:
– Na początku miała krzyż pański, bo dali ją do celi z niegrzecznymi dziewczynkami, jeśli wiesz, o co chodzi, bardzo niegrzecznymi. Były dla niej niemiłe i mama trafiła do szpitala, ale później ją przeniesiono i teraz ma lepiej.
Co jest największym minusem sytuacji? Ha! Trzeba było wpleść w to nawet Warszawę:
Ona za każdym razem płacze i prosi, żebym jej wybaczyła, a jak ja jej mam to wybaczyć? Że mam matkę kryminalistkę? No jak? W mojej mieścinie wszyscy wiedzą, co zrobiła. Nie miałam tam życia. Musiałam się wynieść do Warszawy, gdzie nikt mnie nie zna, ale Szymek, mój brat, został z babcią i teraz jego wytykają palcami. A mogła mu łeb upierdolić jakoś po cichu…
Dobra, rozmowa szybko się kończy, bo Nataniel w końcu idzie spotkać się z Iwoną. I, nie zgadniecie, na jej widok nie zaczyna poruszać bioderkami nad krzesłem!
I wtedy w drzwiach stanęła Iwona.
Nie poznałby w tej chudej, wyniszczonej dziewczynie dawnej piękności, która tyle namieszała w jego życiu. Po raz nie wiadomo który tego dnia stracił oddech, widząc przerażający szkielet, który zbliżał się w jego kierunku. Wstał, gdy podeszła do stołu, mimo że nogi odmawiały posłuszeństwa, przytulił ją, czując pod palcami każde żebro, każdą kostkę, pocałował w zapadły policzek.
Ale, ha!, nie spodziewaliście się, to plan.
– Znalazłam na nich sposób – odezwała się, jakby w odpowiedzi na jego niemy krzyk. – Jem tyle co nic, a potem palec w gardło. Tylko mnie nie podkabluj.
– Ale po co?!
– Ciii…! – obejrzała się na strażniczkę, która znudzonym wzrokiem wodziła po sali. – To sposób.
Nie cieszmy się jednak za bardzo sprytem bohaterki, bo powodem jest dramat:
– Nie wiesz, co ze mną tu robią, do czego mnie zmuszają – zaszeptała, pochylając się ku niemu. – One, te diablice, są straszne. Te, z którymi siedzę. Gwałcą mnie tym, co mają pod ręką, trzonkiem od szczotki, butelką, wszystko jedno!, a kiedy się bronię, biją. Ale tak, by nie zostawić śladów. I nikt się za mną nie wstawi. Nikt! Muszę stąd wyjść – dokończyła łamiącym się głosem.
Trzonek od szczotki, trzonek od szczotki… coś mi to mówi. Zacytujmy z „Bezdomnej” Michalak fragment o losie włóczęgi: 
Jeśli jesteś kobietą, to przedtem zgwałcą – nie, nie fiutem, bo będą się bali, że ich czymś zarazisz, ale kijem od szczotki albo butelką.
oraz z „Nie oddam dzieci”, też Michalak, fragment z przemyśleniami przestępcy: 
W pierdlu gwałciliby go kijem od szczotki noc w noc, taki piękniś jak Alfred miał to jak w banku". 
Kij od szczotki tu, kij od szczotki tam, do tego butelka – kolejny dowód na to, że wszystkie książki to jedno chore uniwersum. 

Nataniel współczuje dziewczynie, ale powstrzymuje łzy, kiedy przypomina sobie, że jest „jedynym facetem na sali”. Obiecuje też nie nakablować nikomu o okropnościach losu więźniarki, bo to pogorszyłoby sytuację Iwony. 
Miał nadzieję na grzeczną, spokojną rozmowę z dawną miłością, mamą dziewczynki oddanej mu na wychowanie. Tymczasem siedziała przed nim wynędzniała, obłąkana istota, z którą mógł rozmawiać o bulimii, owszem, o anoreksji też, może i metodach samookaleczania się, byle tylko trafić do szpitala, ale nie o Emilce.
Chciał miłej pogawędki, a tutaj okazuje się, że Iwona ma jakiś problem związany z byciem w więzieniu! Może rzeczywiście tyle razy powiedział „sanatorium”, że mu się coś poplątało, kto go tam wie. No i oczywiście najgorsze jest to, że nie może poplotkować o Emilce i o tym, jak zostawił ją u Marty, gdy mu się znudziła. Swoją drogą czy strajk głodowy nazwalibyście anoreksją?
Zostawię ci pieniądze – odezwał się wreszcie. – Kupisz sobie coś w kantynie.
Bez słowa wyciągnęła rękę. Wcisnął w tę drapieżną, chudą dłoń wszystko, co miał w portfelu. Kobieta siedząca przy stoliku obok pokręciła z dezaprobatą głową, gdy pochwycił jej spojrzenie. A on nie wiedział, czy daje Iwonie za mało pieniędzy, za dużo…
– I gdzie ona to schowa? – odezwała się tamta. – Zamów coś w kantynie, człowieku, to przynajmniej będzie miała na dłużej. Tak, to jej ukradną albo wyda na te ich hazardy. Głupiś, człowieku, ot co. Widać, że pierwszy raz.
– Zatkaj mordę! – usadziła ją Iwona.
Tamta wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok.
– Nie słuchaj jej. – Iwona odezwała się do Nataniela. – Kupię za to papier i długopis. Będę pisała listy do ministra. Nie mogę tu zostać.
Dramat polskich więzień: przez kilka miesięcy nie zdobędziesz kartki ani długopisu. 
Kartka i długopis kosztują tyle, co zawartość portfela nieroba z długami. Pewnie wyciągnął z niego trzy guziki, okruszki i prezerwatywę na szczęście z 2010.

Kuternoga próbuje wyjść, ale nagle zza winkla wyskakuje Justyna Konik, która przedstawia się jako psycholog więzienny i pyta go, czy chce o czymś porozmawiać. Ciekawe, kto jej za to płaci.
– Napije się pan czegoś? Wody? Soku? Może herbaty?
Odmówił. Pragnął zamienić z nią owych „kilka słów”, a potem po prostu znaleźć się w swojej chacie nad jeziorem.
– Jestem przyjacielem Iwony Bugaj – odezwał się.
Ona skinęła tylko głową.
– Wygląda… strasznie i mówi straszne rzeczy. Jak to dłużej potrwa, nie doczeka zwolnienia.
– W jakim sensie „straszne”? – zapytała neutralnym, typowym dla psychologa tonem.
Mistrzowska kreacja postaci.

Nataniel próbuje przekonać panią psycholog, że Iwona jest maltretowana (m.in. zajmuje mu dwie sekundy wypalenie, że jest gwałcona, mimo że obiecał zachować to dla siebie), ale ona tłumaczy mu, że więzienie polega na tym, że odsiaduje się w nim wyrok. Coś podobnego.
Odbywa karę pozbawienia wolności – odrzekła psycholożka łagodnie. – A to znaczy, że będzie musiała pozostać w tym zakładzie aż do końca wyroku.
– A jeśli umrze z głodu?!
– Proszę mi zaufać, nie dopuścimy do tego. Już teraz jest pod nadzorem.
Jeśli chodzi o współwięźniarki, to nic się nie da:
– Musi dostosować się do tutejszej społeczności. Każda z nowo przybyłych w jakiś sposób zmienia status quo zakładu, a osadzone, które były tu wcześniej, dążą do jego utrzymania. Jednostka musi się przystosować do większości, nie na odwrót.
Trudno powiedzieć, czy psycholog nie jest zainteresowana życiem osadzonych, czy zdaje sobie sprawę z konfabulacji Iwony, bo po chwili przechodzi do tłumaczenia Natanielowi, że ta prawdopodobnie kłamie.
– Gdyby pan wiedział, jakie pomysły miewają osadzeni, żeby tylko osiągnąć cel… Iwona Bugaj nie jest w tym oryginalna. Proszę się jednak nie zamartwiać. Rozumiem, że to nie tylko dla niej, ale i dla pana nowa sytuacja, my jednak jesteśmy dobrej myśli. Zwrócimy na panią Bugaj baczniejszą uwagę.
Czy te beznamiętne słowa uspokoiły Nataniela?
Trochę tak. Przyznał w duchu, że ludzie tu pracujący mieli do czynienia z takimi „Iwonami” od lat. On zupełnie nie wiedział, jak postąpić w tej sytuacji. Musiał wierzyć, że ta kobieta, psycholog przecież, nie pozwoli, by Iwona skrzywdziła siebie albo innych.
„No, nieważne, to psycholog, przejdźmy do kolejnego wątku, bo jest fajniejszy”.
– Czy będzie pan przyjeżdżał na widzenia? – padło pytanie.
Chciałby wykrzyknąć: „Tak! Jasne! Z miłą chęcią!”, jednak musiał być szczery z nią i z samym sobą:
– Żałuję… naprawdę mi przykro, ale raczej nie. Iwona… byłem z nią krótko związany, później postąpiła ze mną jak z poprzednimi… ofiarami i jakby tego było mało, oddała mi pod opiekę swoją córeczkę. Nie, nie jestem ojcem tego dziecka – dodał szybko, bo w oczach kobiety błysnęło zrozumienie.
(...)
– Iwona opowiadała mi o panu. W samych superlatywach. Bardzo pana ceni i jest
wdzięczna za wszystko, co pan dla niej uczynił, naprawdę, nawet jeśli sama tego nie przyznała. Ilekroć rozmawiamy o przeszłości, wraca do wspomnień, gdy byliście przyjaciółmi i… tak, jest panu bezgranicznie wdzięczna za okazane serce. I za opiekę nad dzieckiem.
Nataniel: wspaniały człowiek. Ale w sumie… jedyna osoba, która mogłaby mieć dość dobre zdanie o Natanielu to właśnie Iwona. Inni wiedzą, że jest histerykiem, więc wolą unikać pisków i oskarżeń.
– Kto jest jej ojcem? Emilki? Muszę wiedzieć, skoro mam się nią zajmować. Muszę być pewien, że ten drań nie przyjdzie któregoś dnia i nie odbierze mi dziecka. Sodarow jest nieprzewidywalny. Nie wiem, co mu strzeli do łba, gdy nie oddam mu Emilki…
„Sodarow” w środku wypowiedzi, jakby wszyscy wiedzieli, kto zacz. I tak dobrze, że strumień myśli wylewa przy psychologu, bo ktoś inny mógłby dostać mętliku – to w końcu wie, kto jest ojcem, czy oskarża Sodarowa?
Kobieta wolno pokiwała głową.
– Owszem, opowiadała mi o Siergieju Sodarowie i, jeśli ma to pana uspokoić, nie on jest ojcem Emilki. Mogę tylko dodać, że dzięki niemu Iwona Bugaj trafiła tutaj, a nie… gorzej, dużo gorzej.
Rola pani psycholog: wytłumaczenie bohaterowi i czytelnikom, że Siergiej nie jest niczyim ojcem, żeby zakończyć wątek.
Natanielowi na moment odebrało głos ze zdumienia.
– Przez Sodarowa trafiła do więzienia?! I to ma być dobrze?!
Jak widzę takie fragmenty, że Nataniel w ogóle nie rozumie czyichś wypowiedzi, zastanawiam się, czy nie ma jakichś problemów psychicznych.
Kobieta rozłożyła ręce.
– Nic więcej nie mogę powiedzieć. Musi mi pan wierzyć na słowo. Proszę porozmawiać z Siergiejem. Zdaje się, że gracie w tej samej drużynie.
– On jeśli gra, to tylko we własnej – mruknął chłopak. – Ale nie omieszkam zamienić z nim kilku słów, gdy tylko się spotkamy. W końcu dzięki niemu matka Emilki siedzi w pier… w więzieniu i głodzi się na śmierć.
Na to pani psycholog odechciewa się głupich rozmów za darmo, więc rzuca jakieś enigmatyczne głupoty i wycofuje się w stronę drzwi:
– Jest coś gorszego i od więzienia, i nawet od śmierci – odezwała się półgłosem tamta, po czym ruszyła do drzwi, dając Natanielowi do zrozumienia, że powinien już iść.
Przy drzwiach wyciągnęła doń rękę.
Może przygotowuje kolekcję szczotek do butelek, żeby pokazać Iwonie, co jest gorsze? No serio, co to za tekst?
Jestem do dyspozycji, gdy tylko będzie pan potrzebował kogoś, z kim można porozmawiać o… takich sprawach. – Zatoczyła ręką krąg, wskazując na ciemny, ponury korytarz, drzwi do sali widzeń, ciężką kratę oddzielającą świat wolnych od świata uwięzionych.
Chryste, jaka grafomania. Wspaniały zabieg stylistyczny, czuję się jak w więzieniu. Nie, na torturach.
– Dziękuję – odrzekł cicho. – Pomyślę nad tym.
Ale wiedzieli oboje, że krótko będzie myślał. Do tego miejsca nie wraca się z własnej woli…
I jeszcze trochę mądrości życiowych!
Nataniel w końcu wraca do samochodu i dostajemy parę głupich przemyśleń, nie będę wam wszystkiego cytować.
Wolność jest darem równie cennym i kruchym jak życie, a na co dzień tak mało o nie dbamy. Tak rzadko je doceniamy. Aż do dnia, gdy czujemy, jak wymykają nam się z rąk. Ale wtedy jest już za późno. I na odzyskanie wolności, i na przywrócenie życia. Za późno…
Ewakuujmy się z tego rozdziału wprost do kolejnego, bo – zapomnieliśmy o nim – powraca stare zło! Buahahaha!

Komentarze

  1. Jezus Maria.

    Stopro Michalaq w Michalag.

    Timeline mi sie nie zgadza, i bohaterom tez nie powinien. Przeciez akcja z Iwona, Sodarowem i pomostem miala miejsce jakies pol roku temu, jakim cudem jego owocem mialaby byc piecioletnia dziewczynka? Przeciez ta dwojka nie znala sie wczesniej, wtf.

    Patologie klasyczne, fiksacja na punkcie szczotki niepokojaca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat bohaterowie mogli założyć, że Iwona i Siergiej udawali, że się nie znają, by oskubać Nataniela, ale to też nie ma sensu. Nataniel odzyskał pieniądze za pośrednictwem Siergieja, Iwona napisała mu wprost, że ich znajomość ograniczała się do aktywności seksualnych… i wątpię, by para o takim stażu (choćby mieli się rozstawać i schodzić) dała się przyłapać w miejscu publicznym przez obecnych partnerów :P

      Usuń
  2. "Na widok dziecka, posapującego z buzią wtuloną w poduszkę i nogami wystającymi spod skotłowanej kołdry, spróbowała się uśmiechnąć. Podeszła na palcach do łóżka, ujęła bosą stópkę, potrzymała chwilę zamkniętą w dłoni, a potem pochyliła się i ucałowała gładką, pachnącą płynem coca-colowym piętę, tak jak to setki razy czyniła dawno temu, gdy Oliwia była jeszcze małą, słodką Olusią…"
    Chyba rzygnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście poziom lukru w kolejnym rozdziale spadnie do zera, bo dziecko będzie konające, a to już jest przykre.

      Usuń
  3. pisz dalej i nie przejmuj się wrednymi komentarzami !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. "kobiecość typu czika bomba" - świetne:)
    "Wiesz, to „lekkie” więzienie. Faceci uważają, że dziewczyny, która nie siedzi zamknięta całymi dniami w celi, może z niej wychodzić do świetlicy czy biblioteki, może pracować, o ile dostanie pracę w świecie, a potem wraca jak do sanatorium, nie warto odwiedzać." - Ale... dlaczego właściwie? W sensie, że "do lekkiego więzienia, to każdy głupi może trafić", więc warto odwiedzać tylko takie, co siedzą w jakichś "ciężkich"? W ogóle nie nadążam za tym ciągiem logicznym. Chyba logiczniejsze byłoby właśnie odwiedzanie w tych lżejszych zakładach, bo w tych cięższych jest albo zakaz widzenia, albo... no właśnie, łatwiej wybaczyć lżejsze przestępstwo? Chyba że źle to zrozumiałem.

    "Kupię za to papier i długopis. Będę pisała listy do ministra. Nie mogę tu zostać." - OMG, to aż boli, jak zabrakło wyobraźni, co mogłoby być artykułem pierwszej potrzeby w więzieniu. Dziewczyna gwałcona, ale jej problemem jest brak możliwości napisania do ministra... Już nawet lepiej, żeby polecieć stereotypem i aby chociaż te fajki jej kupił, to by sobie wykupiła spokój na parę dni, a może na dłużej, gdyby skrzętnie obiecała stałe dostawy (Nataniel naiwny, pewnie by na to poszedł).

    "– Jest coś gorszego i od więzienia, i nawet od śmierci – odezwała się półgłosem tamta, po czym..." - strzeliła palcami, a w powietrzu uniósł się gęsty, duszący dym. Po pani psycholog nie było nigdzie śladu. Serio, po takim tekście, to aż głupio tak plebejsko odejść.

    Ha, generalnie analiza bardzo dobra:)



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Michalak jak zwykle wybrała sobie ciężki temat, do którego zrobiła zero riserczu. Widać, że po prostu jej kobiece więzienia nigdy nie interesowały, więc nabazgroliła coś, co wydawało jej się w miarę wiarygodne (a spełniało najważniejsze zadanie: wprowadzanie do powieści szokujących scen i metod do karania bohaterów) i wio, kolejny rozdział.

      Usuń

Prześlij komentarz

Uwaga, Blogspot lubi usuwać treść długich komentarzy bez ostrzeżenia, więc dobrze je kopiować przed wysłaniem.