2.5 Rozdział 12 i 13
ROZDZIAŁ XII: DUŻO PATOLOGII, SIERGIEJ WĄCHA KWIATKI OD SPODU, ALE ŻYJE
Nataniel wychodzi z Czerska i rozmyśla sobie o Iwonie.
Wciąż miał przed oczami wychudzoną twarz Iwony, niegdyś tak oszałamiająco pięknej, dziś przerażającej.Czy potrafiłby ją taką pokochać? Czy też pokochał li tylko ponętne ciało?
Na szczęście czytelnicy znają odpowiedź na to pytanie.
Gdy w końcu zasypiał, żegnało go spojrzenie jej czarnych oczu.
Od przemocy i głodu ciemnieją oczy! W Sennej miała niebieskie.
Zamiast odwiedzin Nataniel postanawia poprzestać na listach. A że opowiada w tych listach Iwonie, co ostatnio się przydarzyło, to dziwnym zbiegiem okoliczności czytelnicy również poznają te wydarzenia.
Pisał najczęściej o Emilce, bo przypuszczał, że na wiadomości o córeczce Iwona czeka najbardziej, ale też o spokojnym życiu w Sennej, o zwierzakach, których co i rusz przybywało, bo Mateusz sprezentował mu kotka, a Marta kilka kur „cobyś mi jajek z lodówki nie podkradał”... Takie tam codzienne, nudne do bólu sprawy.
Podsumujmy: Nataniel dostał jak na razie psa, konia, kucyka, kota i kury. Jestem mieszczuchem i nie wiem, na ile ten kot jest dla niego przydatny, jak nie przechowuje wielkich worów ze zbożem (w sumie czym on karmi te kury? Pewnie kupuje od Sidły paszę i dowala przeterminowany twaróg), zwłaszcza w dobie chińskich plastikowych pułapek na myszy za dolara. Zresztą samemu zrobić pułapkę to żaden problem. Wypowiedzcie się, jak coś wiecie, bo mnie się wydaje, że Mateusz lubi dzielić się niepraktycznymi zwierzętami. Ślepy pies to również słaby interes z perspektywy wiejskiego życia.
Jak tak patrzę, to koszt kurnika wynosi od tysiąca wzwyż. Ciekawe, czy nierób zdążył się odkuć finansowo, czy zbił z desek prowizoryczną chatę dla ptaszków.
Jak tak patrzę, to koszt kurnika wynosi od tysiąca wzwyż. Ciekawe, czy nierób zdążył się odkuć finansowo, czy zbił z desek prowizoryczną chatę dla ptaszków.
Iwona nie odpisuje na listy.
W codziennym zabieganiu nawet nie zauważył, jak minął luty, potem pierwszy tydzień marca, drugi, trzeci i nagle, niemalże co do dnia, zawitała do Sennej wspaniała polska, czy raczej mazurska, wiosna.
Wszyscy czytelnicy powinni odłożyć jedzenie, jeśli akurat coś przeżuwali, bo wiemy, co zaraz nastąpi.
Jedno z wydawnictw publikujących książki dla dzieci przypomniało sobie o Natanielu i jego talencie ilustratorskim, zaproponowało współpracę przy wspaniale zapowiadającym się projekcie, a chłopak z pocałowaniem ręki propozycję przyjął.
Znowu, żeby nie miał za ciężko, praca szuka Nataniela, a nie Nataniel pracy.
Przychodzi Mateusz.
– Pochwalony, pochwalony! – uprzedził go Nataniel, naśladując tubalny głos Mateusza, a ten wyszczerzył zęby w uśmiechu, uniósł kciuk w górę i chwilę później siadał obok chłopaka, mówiąc:– Taki niby „pochwalony”, a do kościoła końmi cię nie zaciągnie.– Co nie znaczy, że nie mam Boga w sercu – mruknął chłopak. – A kościół jest tutaj, spójrz: sklepienie z błękitu nieba, posadzka ze srebra fal, ołtarz ze szmaragdu drzew. Nic piękniejszego na całym świecie nie znajdziesz.
Tak się poetycko zrobiło, uuu.
Mateusz w odpowiedzi rozgaduje się o tym, co zniechęca go do Kościoła…:
– Poganinie... – odparł na to Mateusz, ale w duchu zgadzał się z chłopakiem.On chodził na mszę z przyzwyczajenia, „bo tak wypadało”, lecz nudne, powtarzające się kazania proboszcza, który z największym przekonaniem grzmiał tylko o grzechach parafian, swoje własne, znane w całej okolicy, przemilczając, coraz bardziej mężczyznę od kościoła odstręczały. Może którejś niedzieli zamiast na mszę przyjdzie tutaj, na ten pomost, pomodlić się w duchu do Boga, którego obecność znać tutaj bardziej niż wszędzie indziej?
…ale nie dostajemy żadnych szczegółów. Co takiego strasznego ten proboszcz robi? Ma na plebanii harem? Urządza na autostradzie rajdy z Markiem? Po pijaku zakłada się z ludźmi, a potem musi sprzedawać ławy kościelne? Nieistotne! Charakterystyka bohatera dopełniona, podejście do kościoła wyjaśnione, na tym koniec. Po co charakterystyka w tym miejscu książki, nikt nie wie.
– Słuchaj, chłopcze, mam wiadomość!
Właśnie, są pilniejsze sprawy.
– Imaginuj sobie, bracie, że po naszym odkryciu, kto tak naprawdę jest właścicielem dworu, otóż Siergiej Sodarow we własnej osobie, pofatygowałem się do Warszawy i spotkałem się z papugą, wiesz, tym, który reprezentował jego spółkę przy akcie notarialnym.
Reszta wypowiedzi jest długa i bełkotliwa, ale wynika z niej to, że „papug” odnalazł Sodarowa i przed chwilą dzwonił do Mateusza, by go poinformować.
Zmiana narracji i przenosimy się do pana Siergieja, który babrze się gdzieś pod ziemią, narzeka na pragnienie i zgaduje, czy to noc, czy już dzień.
Zasłużył na śmierć – nie miał co do tego wątpliwości – zasłużył na śmierć w mękach i upodleniu, ale przecież nie na powolne konanie w ziemnej jamie, gdzie wrzucano go po przesłuchaniach i zostawiano w samotności dotąd, aż znów ktoś sobie o nim przypomniał, znów wyciągał go na powierzchnię i zaczynał zadawać te same pytania. A potem ból.
Opis bólu zajmuje… no, całe mnóstwo akapitów, a w międzyczasie Siergiej intensywnie myśli.
Ile dni konał pod ich nożem? Zbyt wiele.Ile razy wołał o śmierć, gdy podłączali go do prądu? Zbyt wiele.Ile razy o tę śmierć błagał, gdy wrzucali go do dołu, obiecując, że jutro znów się nim zajmą? Nie zliczyłby.
Ogólnie jego przemyślenia nie są zbyt pasjonujące i raczej monotematyczne. Może powinien zapisać się do koła gospodyń wiejskich. Wtedy mógłby robić porównania z pieczeniem ciast i szydełkowaniem, np. „ile razy błagał, by nie kopano go, rozpłaszczając mu śledzionę jak ciasto na pierogi wałkiem”.
Ale w końcu zrobiło się niebezpiecznie i ekscytująco.
– Wychadi! – padło nagle z góry. – Nu, wychadi! – Głos ponaglił, bo on zdobył się jedynie na zwrócenie twarzy ku temu, kto wołał. – Tfu! Sobaka... Matkojebiec...
Mężczyźni wyciągają Siergieja i wrzucają go do jakiegoś samochodu. Coś go tam biją, po czym ten mdleje.
Następnym wspomnieniem z tego dnia były delikatne kobiece dłonie, które zdzierały zeń cuchnące resztki munduru, starając się zadać udręczonemu mężczyźnie jak najmniej bólu. Cóż za miła odmiana...! Potem te same dłonie zmyły krew i łajno z jego ciała.Płakał. Choć chciał się trzymać do końca, płakał. Łzy płynęły po zapadniętych, pokrytych wielodniowym zarostem policzkach. Płynęły z jedynego oka, które mu pozostało. Drugie wykłuli mu na samym początku.
Szczegółów tortur nie dostaliśmy, ale nic się nie martwcie, bo jest wizyta w szpitalu:
– Nie ma nic, człowieku. Nie mam narkozy dla najciężej rannych, a to u ciebie to drobiazg, wytrzymasz.– Wódki mi chociaż daj... – Palce zaciśnięte na nadgarstku lekarza nie chciały puścić.– Nie ma. Nic nie ma.Dłonie kobiety, dotąd tak delikatne i współczujące, teraz chwyciły Siergieja za ramiona, wbiły w stół zabiegowy, nie pozwalając na najmniejszy ruch. Ani wtedy, gdy lekarz ściągał zaropiałą opaskę, ani gdy wbijał w wypełniony cuchnącą tkanką oczodół pęsetę i skalpel. Sodarow zawył i zemdlał. Na szczęście dla siebie. Zemdlał.
Po tym fragmencie wracamy do Mateusza, który dostał informację, ze dzień wcześniej przewieźli go do szpitala w Lublinie. Ha! Ale te szpitale w Lublinie niedofinansowane, nie mają nawet wódki. Kuro z biura, może czytasz, może podzielisz się jakimiś krwawymi historiami z Lublina?
– I widzisz, chłopcze, on jest w Polsce. – Mateusz kończył opowiadać to, co przekazał mu pełnomocnik Sodarowa. – Wczoraj przywieźli go do Lublina, do szpitala... niech spojrzę... ano tak, wojskowego, łatwo będzie trafić. Bo pojedziemy po niego? Zabierzemy go tutaj, na Mazury?Nataniel spojrzał na przyjaciela ze zdumieniem.– Mówisz o Sodarowie? Chcesz go tu przywieźć?– Po to dzwonił do mnie papug. Siergiej nie ma nikogo, żadnych bliskich. Tylko do mnie i do ciebie adwokat miał telefon. Do nikogo więcej. Poprosił mnie, żebym zabrał Sodarowa do domu, gdy tylko ten drań będzie mógł opuścić szpital, więc zrobimy to, prawda, Nat? Nie zostawimy drania samemu sobie?– Nienawidzisz go nie mniej niż ja! Pamiętasz, ile krzywd wyrządził Marcie, mnie, tobie?!
Pamiętajmy, że jedyną krzywdą, jaką Siergiej wyrządził Mateuszowi, było wyznanie miłości obiektowi jego westchnień, zadeklarowanie się, a potem skonsumowanie uczucia. Ale dobra, zawiódł jego przyjaciół i powinien się wstydzić.
– Pewnie, że pamiętam, chociaż z tą nienawiścią... Dobrze, masz rację, swego czasu utopiłbym bydlaka w łyżce wody, ale zobacz, Nat, to nasz wróg – zgadza się?, zgadza – jeśli nie ten, to będzie inny, a przecież lepszy wróg znany niż nieznany.
Ee, lepiej samemu sobie przywieźć wroga, bo „jeśli nie ten, to inny”. Takiej logiki jeszcze nie słyszałam. Znaczy nie potępiam chęci pomocy, to świetnie, że patelnia Mateusz nie wychodzi z roli poczciwego człowieka o dobrym sercu, ale po co dorabiać do tego jakąś dziwną filozofię?
– Przecież myślisz to, co ja. Trzeba zająć się Sodarowem. To swój. Nasz. Jakże tak zostawić go w biedzie.
Najpierw było oburzanie się, że Siergiej to najgorsze bydlę, jakie stopę swą postawiło na ziemi, psa by mu nie dali do pilnowania – co jest efektem tego, że nikomu nie spodobało się, jak Marta została potraktowana – a teraz jak Siergiej znów może zostać ich sąsiadem, to przecież TRZEBA go zaprosić. A Marty nie pytają, bo jak już obiecała, że zostanie w Polsce i jest uwiązana dzieckiem, to kogo jej opinia obchodzi.
Jeśli zostawimy go teraz samemu sobie, wróci tu tak czy siak, wredny i mściwy, jak to on. Gdy jednak okażemy mu serce... Rozumiesz, przez wdzięczność sprzeda ten dwór Marcie. Już my się o to postaramy.
Jak okażemy mu serce, to jego da się odkamienić i odczernić? Świetny plan. W dodatku bohaterowie nie zamierzają długo czekać z realizacją:
– To co, jedziemy? – Mateusz był gotów do drogi w chwili, gdy skończył rozmowęz pełnomocnikiem Sodarowa.Nataniel nie mógł odpowiedzieć inaczej niż:– Jedziemy.
I natychmiast zbierają się do drogi. Zatrzymuje ich jednak Emilka.
– Wujku Natanielu, ciocia przyniosła ciasto! – zaszczebiotała, odebrawszy należną porcję uścisków i buziaków. – Cały ranek mieszałyśmy, o tak, tymi rączętami, i mieszałyśmy. Potem rodzynki, do piekarnika i będzie jak znalazł! Na podwieczorek!
No ludzie, przecież to dziecko po raz pierwszy usłyszało nasz piękny język pięć lat temu, a pewnie używa go dopiero od jakichś trzech-czterech lat. Gdzie ktoś tak młody wyrażałby się w podobny sposób?
Nataniel stanowczo pilnował, by widywać się z małą codziennie. Nie tylko z obowiązku. Sam pokochał to urocze, uśmiechnięte dziecko. Może nie wielbił, tak jak Marta, ziemi, po której mała stąpa, ale lubił, gdy dziewczynka zarzucała mu ręce na szyję, przytulała się drobnym ciałkiem, wyciskała na policzku całusa i szeptała:– Kocham cię, wujku Natanielu, jak kucyka Kacperka. Może nawet więcej.
Tak żebyśmy pamiętali, że Nataniel się poczuwa i jest dobrym człowiekiem, bo dziecko go lubi. Nic to, że omija w ten sposób wszystkie obowiązki. To po to, żeby mógł dalej cieszyć się z dziecka, bo jakby sam miał się opiekować, to umarłby z wyczerpania po trzech minutach. Albo w wyniku ciężkiej furii po dwóch.
Teraz porwał dziecko w ramiona, ucałował i zwrócił się do Marty, nie wypuszczając małej z objęć:– Wyjeżdżamy z Mateuszem w misji ratunkowej. Wrócimy prawdopodobnie jutro, może pojutrze. Zajmiesz się zwierzętami?
Aha, a to nie była sekretna misja, którą trzeba wykonać bez wiedzy Marty, żeby się nie denerwowała?
– Pewnie. Jedźcie spokojnie. Nawet na tydzień, skoro taka potrzeba.
Nie trzeba się martwić, Marta nie zadaje niewygodnych pytań. Tak naprawdę zaraz się okaże, że specjalnie o nic nie dopytuje, bo taką wymyśliła sobie strategię. Ale o tym zaraz, najpierw udajemy się do Lublina z Mateuszem i Natanielem.
Tak więc Mateusz z Natanielem spodziewali się Siergieja po wypadku. Nic, absolutnie nic nie przygotowało ich do widoku człowieka po ciężkich torturach...
Czytelnik myśli: czy Siergiej ma cały kręgosłup? Odrąbali mu rękę piłą? A może… ZOSTAŁ KUTERNOGĄ?!
Najgorszy był jednak widok kompresu zakrywającego lewe oko mężczyzny, czy raczej to, co po oku zostało. Lekarz z kolei uprzedził ich, że pacjentowi wyłupiono gałkę oczną w sposób niezwykle brutalny
XD nie ma to jak uprzedzanie o szczegółach tortur. No i zdanie wygląda tak, jakby od początku byli świadomi, że oka pod gazą brakuje. A może miał zeza i przeszedł zabieg, o!
Mateusz na ten widok dostaje ataku nadciśnienia i musi wyjść się przewietrzyć.
![]() |
| Pomylście, jak zareagowaliby na to zdjęcie – żadnego oka nie widać, pewnie usunięto, włosy wyrwane, buuuu |
Mateusz na ten widok dostaje ataku nadciśnienia i musi wyjść się przewietrzyć.
– Wejdź do niego sam. Ja na razie... chyba muszę wyjść, złapać kilka oddechów. Nie zrozum mnie źle... Wiem, że ja cię tu przywlokłem...
– Daj spokój, człowieku – uciął cicho, lecz stanowczo Nataniel, wiedząc, że przyjaciel nie znosi widoku krwi i ran. – Przyjdź, kiedy będziesz gotowy.
Nataniel podchodzi więc do Siergieja sam...
– Siergiej, to ja, Nataniel.
Powieka drugiego oka drgnęła. Uniosła się odrobinę. Usta próbowały wymówić jakieś słowo. Powitanie? Przekleństwo? Nataniel nie miał pojęcia, czy jest tu mile widziany czy wprost przeciwnie. Sodarow powoli, z nadludzkim niemal wysiłkiem wyciągnął do Nataniela dłoń. Kikuty dwóch palców, kciuka i wskazującego, spowijały bandaże. Chłopak zamrugał, by odpędzić łzy, po czym delikatnie ujął tę dłoń i uścisnął. Lekko, żeby nie sprawić bólu, ale żeby Siergiej wiedział... wiedział, że...
– Jeśli tylko chcesz, zabierzemy cię do domu.
Powieka opadła. Po sinym policzku spłynęła łza.
Ach, te pojedyncze łzy z pojedynczego oka.
Po takim widoku bohater doznaje przemyśleń o życiu i postanawia być dobrym przyjacielem, dobrym ojczymem, być opanowanym stoikiem… w sumie nic.
Czuł się podle, jakby sam przyłożył rękę do tych tortur. Czy nasze złorzeczenia mają rzeczywiście tak wielką moc?
Ilu ludzi, których nawet nie znamy, przeklinamy dzień w dzień?
– pyta autorka. Serio!
Rozdział kończy się ogólnie serią przemyśleń i mądrości na temat zemsty.
Czy te słowa uderzają w winowajców? Nie wiadomo. Ale na pewno uderzają w nas samych.
ROZDZIAŁ XIII: MIŁOŚĆ NAD KONAJĄCYM DZIECKIEM
Poranek dnia następnego. Emilka doprowadza Martę do szału poprzez grymaszenie i zadawanie pytań, gdzie Nataniel. Marty to nie obchodzi, a w dodatku – podstępna z niej żmija – powiedziała Natanielowi, że zajmie się wszystkim, bo chce realizować swoje potrzeby macierzyńskie bez facetów kręcących się i odwracających uwagę dziecka. Tak, to ten tajny plan, przez który nie zaczęła dopytywać.
Marta, doprowadzona do granic cierpliwości, zaproponowała, że pojadą na dworzec PKP i sprawdzą najbliższe pociągi, mimo że połączenia z wielkim światem – jakim był na przykład Lublin – Senna nie miała.
Znaczy jadą zmarnować benzynę i czas, oglądając pociągi.
Za półtorej godziny jest pociąg z Pisza – odezwała się Marta, ale dziewczynka zdawała się jej nie słuchać. Stała nieruchomo, z palcami zaciśniętymi w piąstki, po czym nagle stęknęła:
– Muszę do toalety. Muuuszę!
I zwymiotowała prosto na Martę.
Ale zwrot akcji!
– Muszę do toalety – wybełkotało dziecko i ruszyło, chwiejąc się na nogach, w kierunku rosnących na poboczu krzaków.Kobieta, nabrawszy pewności, że dzieje się coś złego, ruszyła biegiem za Emilką, porwała na ręce, wpadła w krzaki i w ostatniej chwili ściągnęła małej spodnie... Dziewczynka zgięta wpół, pojękując z bólu, długo załatwiała nagłą potrzebę, by na koniec zwrócić resztki śniadania.– Emilciu, kochanie moje... – Marta otarła własnym szalikiem buzię dziecka.
Jeszcze z drugiej strony wytrzyj!
– Jesteś chora, maleńka. Musimy ci pomóc.Wzięła osłabłe z wysiłku dziecko na ręce i pobiegła do samochodu.
Trochę mnie dziwi, że Marta jako pediatra (i matka) nie założyła, że dziecko marudzi, bo zaczyna być osłabione. Normalnemu człowiekowi by to pewnie nie przyszło od razu do głowy, ale ona przez 99% czasu w ciągu życia oglądała chore dzieci.
– Grypa żołądkowa albo rotawiroza – zaszeptała do siebie. – Boże, nie pozwól, żeby przyplątało się coś gorszego...
Kreacja bohatera: dochtór.
– Proszę, Boże kochany, żeby to nie było zapalenie opon mózgowych...
Jeszcze lepiej!
Przypięła lejące się przez ręce dziecko do fotelika i wskoczyła za kierownicę.
Nacisnęła na pedał gazu tak silnie, że samochód zabuksował kołami na szutrowej drodze.
Chwilę później gnała do Olsztyna. Pisz był wprawdzie bliżej, ale olsztyński szpital przyjął niedawno jej kolegę ze studiów. Doktor Hubert nie zawiedzie, jak ona zawiodła sześć lat temu...
No, to dopiero wyznacznik.
Swoją drogą jakość akcji w książce pokazuje też to, że jestem bardziej zestresowana niszczeniem tapicerki niewytartym dzieckiem niż tym, że to dziecko choruje. Przecież wiadomo, że nic mu nie będzie, inaczej nie byłoby na każdej z okładek. Chyba że na okładce czwartej jest mała trumienka.
W szpitalu Emilka zaczyna się awanturować i kręci się, nie dając pielęgniarce wkłuć się do żyły. Nikt nie wpada na to, że w takiej sytuacji można dziecko przytrzymać, do gry wkracza supermarta:
– Przepraszam – wymamrotała. – Gdyby to dziecko siedziało spokojnie...
Spróbuję raz jeszcze, a potem będziemy musiały czekać na doktora.
– Proszę ją przytrzymać – nakazała nagle Marta, biorąc od dziewczyny, czerwonej na twarzy z gniewu i wstydu, wenflon, stazę i gazik nasączony spirytusem. – Ja się wkłuję, jestem lekarzem. Proszę tylko mocno przytrzymać dziecko.
I nikt się nie dziwi, wchodzisz do szpitala i ogłaszasz, że jesteś lekarzem, wszyscy wierzą, luzik.
Marta obeszła fotel, na którym siedziało dziecko, i zupełnie bez emocji, bo nie były one w tej chwili dobrym doradcą, podwinęła rękaw bluzeczki na drugim ramieniu dziewczynki, przetarła skórę wacikiem i rzuciwszy do pielęgniarki: „Proszę ją mocno trzymać”, jednym płynnym ruchem wbiła się do żyły.
Przed chwilą była bardzo zestresowana, ale to nic, bo emocje są przecież nieprzydatne i wystarczy z nich zrezygnować. Wychodzi, że Marta w każdym innym momencie, kiedy emocje pokazuje, po prostu histeryzuje dla uwagi.
– Proszę, proszę, nasza Martusia jak zwykle pokazała, co potrafi – padło od drzwi. Marta uśmiechnęła się i zwróciła w stronę wysokiego, przystojnego mężczyzny, który od paru chwil stał w progu i przyglądał się jej poczynaniom.
…zamiast pomóc. No ale przecież, lekarze u Michalak to zawsze bohaterowie pozytywni z supermocami. Negatywni: prawnicy, kamienicznicy.
Aha, no i przystojny mężczyzna znowu jest wysoki, bo niscy nie istnieją.
Swego czasu chudy jak tyczka i wysoki, nosił pseudo „Czapla”. Dziś, dobiegając pięćdziesiątki, trzymał się świetnie, co Marta stwierdziła może nie na pierwszy rzut oka, bo jednak zajęta była uspokajaniem Emilki
…żeby nie było…
ale już na drugi, gdy Jarek oparł się dłonią o jej przedramię – co zawsze przyprawiało koleżanki o przyspieszone bicie serca – i pod lekarskim fartuchem wyczuła twarde węzły mięśni, owszem. Rude włosy pojaśniały, wyzłociły się, wysrebrzyły,
No bo przecież jakby dalej był rudy, to poracha. Wyglądałby niemęsko, i to jak Marta.
ale to tylko dodawało uroku jego męskiej, szczupłej twarzy. Szare oczy za oprawkami drogich drucianych okularów były nieco zgaszone przez upływ lat, jednak pochwyciwszy spojrzenie kobiety, doktor Hubert posłał jej swój zwykły, łobuzerski uśmiech.
Zakochaliście się już?
Tak poza tym to drugi Siergiej (tylko wersja miejska, umyta).
O dziwo, był również lubiany przez kolegów z roku, bo nie dość, że genialnie podpowiadał na kolokwiach, to jeszcze głowę miał mocną i w piciu dotrzymywał kroku najlepszym. Był równym gościem, dobrym przyjacielem, który wspomógł dyszką, gdy trzeba.
O dziwo, bo przecież kujon. Mimo że kujon: podpowiadał (przydatny), potrafił pić (oznaka męskości) i rozdawał pieniądze (nieprzywiązany do materialnych dóbr, pewnie też kupował alkohol). Opis ideału!
– Przeniesiemy naszą syrenkę do pokoju – odezwał się, odkładając probówki napełnione krwią do badań do stojaka. Oczywiście mógł o to poprosić pielęgniarkę, ale wolał zostać z Martą sam na sam. Swego czasu stanowili świetny zespół...
Romans nad rozwrzeszczanym, konającym dzieckiem, to prawie jak na plaży przy zachodzącym słońcu!
Poza tym fajnie, Marta przyprowadza do szpitala małe dziecko, a ten zamiast założyć, że to córka, natychmiast się zaleca. No dobra, pewnie mało czasu mu zostało na znalezienie partnera na kolejny sezon godowy, takie tam.
Wziął małą delikatnie na ręce i odparł:
– Wprawdzie głos masz potężny niczym wielka okrętowa syrena, ale rzeczywiście jesteś małą, biedną, pokłutą syrenką.
– Rzeczywiście – wyszeptała i zapadła w płytki sen.
Bóg rodzinnego ciepła i wszystkich etapów prokreacji: bierze dziecko na ręce, a to od razu usypia. Idealny ojciec, tak żeby czytelnicy się nie zastanawiali, czy to dobry materiał na partnera dla Marty.
Usiadła przy łóżku, które niemal wchłonęło drobną, chorą istotkę, ujęła pokłutą i obandażowaną rączkę dziewczynki i odgarnęła sklejone potem włosy z jej czoła.
– Twoja córeczka? – zapytał.
– Podopieczna mojego przyjaciela.
Istotny szczegół. Znowu też fakt, że obca osoba zajmuje się dzieckiem, nie jest problemem. Dziecko w ogóle nie jest problem. Dowód:
Najpierw zabiorę cię na lurowatą kawę do szpitalnej stołówki, wieczorem na wymęczone kanapki w barku dla rodziców, a jutro rano będziesz moja.
Tak w ogóle to Marta jest teraz, za przeproszeniem, obrzygana i obsrana, a ten flirtuje jak gdyby nigdy nic. Tak chciałabym zauważyć.
Marta spojrzała nań zaskoczona.
– A Krysia? – Tak miała na imię miłość jego życia.
Spoważniał. Światło w szarych oczach przygasło.
– Zmarła pięć lat temu.
– Och...
A, to klawo! Nie ma problemu, jasna sprawa, nie żadna zdrada, a i pięć lat minęło, żeby było po żałobie.
– Wredny, szybko postępujący guz mózgu.
– Tak bardzo mi przykro... – Położyła dłoń na jego dłoni i uścisnęła. Krótko, ale silnie.
Zostawiając brązową plamę.
– Pięć lat zabrało mi pożegnanie się z Krychną i tamtym życiem i oto, tadam! zaczynam od nowa.
Ale fajnie się złożyło, że AKURAT się spotkaliśmy po pięciu latach!
– I kto by pomyślał, kogo tutaj spotkam. Największa kujonka na roku, niezastąpiona, wspaniała doktor Sipińska, tak, wiem, że teraz Kraszewska, zstępuje do nas, zwykłych śmiertelników, pod postacią krawcowej...
– A o tym skąd wiesz?! – Marta aż cofnęła się ze zdumienia. I nagle jej nowy zawód, przy tym mężczyźnie, który wspomniał jak gdyby nigdy nic o jej dawnych dokonaniach, wydał się bardzo niestosowny.
– Zrobiłem mały research.
Aż mi się zrobiło ciepło na sercu, jak przypomniałam sobie, że sama nauczyłam autorkę tego słowa.
Tło eksperymentu: autorka nie przepuszcza żadnych komentarzy z najmniejszą krytyką. Ale wystarczy ją zakamuflować.
(no dobra, oszukałam wtedy z tym wiekiem)
Ale ja ci powiem, Martusiu, że przez ostatni rok, może półtora, od kiedy w ogóle zauważam kobiety, do żadnej osiemnastki czy dwudziestki nie poczułem takiej mięty jak teraz do ciebie. Jesteś śliczna, zawsze byłaś, jak świeżo zerwane, dojrzałe jabłuszko.
Facet musi być głodny, cały czas zaciąga Martę na randkę do stołówki, a teraz jeszcze robi żywnościowe porównania.
Marta parsknęła śmiechem, po prostu nie mogła się powstrzymać. Jarek i te jego zadziwiające komplementy. Kiedyś nazwał ją, z powodu koloru włosów, za którym w młodości nie przepadała, mufką z lisiczki. „Bo jesteś taka miękka i cieplutka – mówił – że tylko wsunąć w ciebie ręce”. I oczywiście próbował wsunąć dłonie pod jej fartuch, ale ze śmiechem dała mu po łapach, a on, jak to on, nie próbował posunąć się dalej. Cenił Martę jako dobrą kumpelkę i czekał na wielką miłość.
Czemu ideał ją obmacywał na zajęciach i mówił obleśne rzeczy?
– Emilka zasnęła. Kroplówka z całym dobrodziejstwem egzemplarza działa. Dasz się zaprosić na kawę? Poproszę kogoś, by posiedział przy małej.
(...)
– Nie masz ty przypadkiem pacjentów? – Musiała o to zapytać. Chore dzieci stawiała na pierwszym miejscu.
– Nie zostawiłbym ich nawet dla najpiękniejszej kobiety, kochanie, ale dyżur skończył mi się godzinę temu.
Dała się zaprosić na kawę, to już „kochanie”, jeszcze spróbuje się nie zgodzić na ślub.
Z doktora jest taki żartowniś, że dopytuje, ile kilogramów waży „opiekun małej”. Czemu?
– Zastanawiam się, ile przygotować środka do narkozy, jakbym chciał pod jego bokiem poflirtować z tobą.Marta zatkała usta dłonią. Po prostu – jak to mówi młodzież – wymiękała przy tym człowieku!– Idiota! – parsknęła, gdy tylko udało się jej opanować śmiech. – Nataniel jest w wieku mojej córki!– No i co z tego? Lubisz młodszych.– Benek był ode mnie młodszy o dwa lata, a nie o dwadzieścia!
A te zaloty świetnie pasują do momentu, w którym przywozi się dziecko z grypą żołądkową.
Swoją drogą pamiętacie, jak Marta wmawiała Siergiejowi, że mąż starał się o nią całe studia? Jeżeli Marta ma 47 lat, były mąż Marty 45, a ich dziecko 25, to łatwo policzyć, że poszli do łóżka od razu po pierwszym spotkaniu na uczelni… Jeżeli Marta mimo wszystko bez problemu skończyła studia, rodząc dziecko w pierwszej ich połowie, ciężko robić ostatnich złoczyńców z partnera i jej burżujskiej matki. Ktoś musiał jej pomagać. Może to miała na myśli, mówiąc, że mąż tyle jej gadał o miłości i wreszcie się oświadczył...
Swoją drogą pamiętacie, jak Marta wmawiała Siergiejowi, że mąż starał się o nią całe studia? Jeżeli Marta ma 47 lat, były mąż Marty 45, a ich dziecko 25, to łatwo policzyć, że poszli do łóżka od razu po pierwszym spotkaniu na uczelni… Jeżeli Marta mimo wszystko bez problemu skończyła studia, rodząc dziecko w pierwszej ich połowie, ciężko robić ostatnich złoczyńców z partnera i jej burżujskiej matki. Ktoś musiał jej pomagać. Może to miała na myśli, mówiąc, że mąż tyle jej gadał o miłości i wreszcie się oświadczył...
– Nataniel to mój przyjaciel i sąsiad!
Jeszcze lepszy argument. Sąsiad? A fu!
Kawa w szpitalnej stołówce nie była taka zła. Dobrze Marcie zrobiła. Tak jak i rozmowa z uroczym Jarkiem Hubertem, na którego zerkały ukradkiem chyba wszystkie pielęgniarki i lekarki, które mijali po drodze. Trochę z ciekawości, bo – jak mówił – pracuje tutaj dopiero drugi tydzień, a trochę z zazdrości, bo ledwo doktor Kraszewska się pojawia, już zagarnia go dla siebie. To nie mogło się podobać.
Drugi tydzień?! Szybko się dowiedziała. Wyobrażałam sobie, że słyszała jakieś plotki o tym, że Jaruś będzie tu pracował, gdy odwiedzała Mateusza godzinę przed zdradą Siergieja i przeprowadzką!
Siedzi na facebooku? Aż się niepokoję, czy nie planowała tego romansu od dłuższego czasu. Ciekawe, może korzystając z chwili spokoju bez Nataniela, podtruła Emilkę (dziecko wyczuło tabletki na przeczyszczenie i dlatego grymasiło przy jedzeniu) i pognała prosto do szpitala z najbliższym wolnym mężczyzną zdatnym do związku. I to tuż po jego dyżurze, bo grafik pracy dokładnie obczaiła!
Siedzi na facebooku? Aż się niepokoję, czy nie planowała tego romansu od dłuższego czasu. Ciekawe, może korzystając z chwili spokoju bez Nataniela, podtruła Emilkę (dziecko wyczuło tabletki na przeczyszczenie i dlatego grymasiło przy jedzeniu) i pognała prosto do szpitala z najbliższym wolnym mężczyzną zdatnym do związku. I to tuż po jego dyżurze, bo grafik pracy dokładnie obczaiła!
– Będę cię namawiał dotąd, aż powiesz „tak” – uprzedził, dolewając do swojej kawy odrobinę mleka.
Pff, mleko, Siergiej pije kawę z krwią i ziemią.
– Nie zamierzam wychodzić za mąż – odparła z lekkim uśmiechem, dokładnie wiedząc, co Hubert ma na myśli.
– O tym pomyślimy w następnej kolejności. Najpierw trzeba cię pozyskać dla olsztyńskiego szpitala, czy też raczej dla naszych małych pacjentów.
Jaruś zaczyna przekonywać Martę, że powinna wrócić do szpitala, po czym chwali się psikusami z przeszłości, hihi, jak zabawnie.
Powinnaś wrócić tam, gdzie twoje miejsce. Proponuję ci pracę na moim oddziale, ja, który znam twoją przeszłość, wiem, że nieumyślnie doprowadziłaś do śmierci pacjenta. Wiem to wszystko i gotów jestem zaryzykować, ponieważ ufam, że drugi raz nie popełnisz podobnego błędu. Mam również pewność, że pozostałaś tym samym świetnym, pełnym współczucia dla pacjentów lekarzem co wtedy, gdy pierwszy raz włożyłaś biały fartuch, a ja... Pamiętasz?
Marta, słuchając ze ściśniętym sercem jego słów, poważnych, przyciszonych, ale bardzo dobitnych, roześmiała się nagle.
– Tak! Do kieszeni owego fartucha, śnieżnobiałego, który prasowałam rano ładną godzinę, by nie miał ani jednej zmarszczki, włożyłeś, draniu, preparat z formaliny! I było po ślicznym, pachnącym białym fartuszku! A jaką reprymendę dostałam od pani doktor, która miała z nami następne zajęcia!
– Pamiętam. – On też zaczął się śmiać. – Miałem radochę!
Jestem pod wrażeniem, jak konsekwentnie jest pisana Marta. Do tego przestaję się dziwić, że wyszukuje tylko pretekstów, by poczuć się zraniona przez Oliwię, bo najwyraźniej masochizm ma we krwi – za to przestaję rozumieć, czemu brutal Siergiej podrywał ją aż sześć lat. Tu kolega ze studiów przypomina jej, jakim był oblechem i robił dowcipy polegające na wpakowywaniu Martę w kłopoty, a ta co? POŻĄDANIE PARUJE JEJ Z USZU, nie może przestać szukać kontaktu fizycznego z nim, pewnie już sobie wyobraża dzikie harce pod płotem Nataniela.
– Jeśli zmieniłabym nazwisko... – zaczęła powoli – mogłoby się udać.
Na tym w zasadzie randka się kończy.
– Wracam do domu, załapię nieco snu i wpadnę wieczorem zobaczyć, co z małą. Będziesz?
– Oczywiście.
Jarek Hubert ukrył uśmiech pełen satysfakcji. Lubił dostawać to, czego chciał, a teraz chciał Marty Kraszewskiej.
Nie wiedział, że lada moment ktoś może zetrzeć ten uśmiech z jego przystojnej twarzy.
No, bohater wprowadzony na ostatnią chwilę tylko po to, żeby zaraz była większa beka, jak wróci Siergiej. Znaczy albo się pobiją, albo bandyta będzie siadał pod szpitalem i pokazywał język, żeby utrudnić Marcie wybranie pomiędzy lekarzem a leśnym bezokim mężczyzną. Trzymajmy kciuki, by przynajmniej zaznała trochę (higienicznej) przyjemności przed powrotem upapranego drania.
Ktoś, kogo Marta już parę razy wyrzuciła z życia, owszem, psy na tym kimś wieszała, wyklinała go od drani i zdrajców – to wszystko prawda – ale do którego słabość miała zawsze i mieć będzie.
Właśnie Mateusz z Natanielem dojeżdżali do olsztyńskiego szpitala, by wybłagać przyjęcie Siergieja Sodarowa, zupełnie nieświadomi, kogo tu zastaną. Oto pod jednym dachem już niedługo spotkają się dwie dawne miłości doktor Kraszewskiej. I Mateusz, który kocha się w niej potajemnie. Czy któryś z nich zdobędzie jej serce? Czy ona zdolna jest zaufać i pokochać raz jeszcze?
Co za prędkość, ta akcja. Trzech amantów pod jednym dachem naraz, ale się będzie działo!
Natomiast w kolejnym odcinku dowiemy się, jak pozytywnym człowiekiem jest Nataniel – już co nieco zaspojlerowałam w komentarzach.
Natomiast w kolejnym odcinku dowiemy się, jak pozytywnym człowiekiem jest Nataniel – już co nieco zaspojlerowałam w komentarzach.





E, to dziecko tylko się zesrało, ja oczekiwałam zadeptania na śmierć przez kucyka Kacperka albo czegoś równie drastycznego.
OdpowiedzUsuńZ Siergiejem to samo, zakopali go już, a wylazł.
UsuńAle jeszcze będą i trupy, spokojnie!
Kawa z krwia i ziemia mnie ubawila :D
OdpowiedzUsuńScreeny tez zacne :D
To jednak pocieszające, że Michalak poznała znaczenie tego słowa. Na razie risercz stosują tylko jej bohaterowie, ale, kto wie, może pewnego dnia i ona sama.
Usuń