3.9 Rozdział 25, 26 i 27
ROZDZIAŁ XXV: CO ONI TAM LIŻĄ
Jak pamiętamy, w poprzednim odcinku zamykaliśmy w pośpiechu wszystkie wątki, zupełnie jakby narratora gonił jakiś ważny dedlajn. Nataniel zyskał dom, stracił dom, stracił dziecko, odzyskał dziecko, a na koniec dostał pieniądze i został pisarzem. Do tego wszystkiego wprowadzone zostały zupełnie nowe postacie, których nigdy więcej nie zobaczymy, na przykład Antoś Zima, listonosz. O dziwo, to dzięki temu związek Nataniela i Zosi okaże się jeszcze bardziej patologiczny.
Tu dowiadujemy się, że Nataniel ze „skromnego grafika stał się nagle pisarzem”, a dzieci „na całym świecie” zachwycają się obrazkami.
Tu dowiadujemy się, że Nataniel ze „skromnego grafika stał się nagle pisarzem”, a dzieci „na całym świecie” zachwycają się obrazkami.
Do starego dworu na Mazurach zaczęły przychodzić tony listów od małych czytelników i ich rodziców. Zenek przesiadł się do seicento, bo na skuterku nie dawał rady…Z wstępu wynika, że mamy kolejny, co najmniej kikumiesięczny, odstęp czasowy.
Nataniel stał się znany na całym świecie. Tylko nie w Polsce. Żaden z polskich wydawców nie zakupił praw do książki i polskie dzieci nie poznały tej historii.
Nie jestem pewna, co ten zabieg miał na celu. Polskie dzieci lub wydawcy są złymi niewdzięcznikami i nie umieli się poznać na pięknej książeczce? A może jednak Natanielowi na rękę było uniknięcie popularności w Polsce i tym samym dalsze żebranie u sąsiadów o zupę bez posądzania o hipokryzję? Jeszcze by się u niego zjawili ci sami złodzieje, co u Jarząbka.
Nataniel mógł (…) myśleć o odkupieniu dworu od Oliwii Kraszewskiej. A skoro myślał o domu, nadszedł czas, by pomyślał o rodzinie.
Podoba mi się, jakie to zdanie jest wymowne.
Tylko jakiej rodzinie, skoro cały jego problem ze związkiem z Zosią polegał na tym, że jest bezpłodna? O ewentualnej adopcji przed ślubem nie ma co myśleć, więc może warto omówić ją z Zosią?
Tylko jakiej rodzinie, skoro cały jego problem ze związkiem z Zosią polegał na tym, że jest bezpłodna? O ewentualnej adopcji przed ślubem nie ma co myśleć, więc może warto omówić ją z Zosią?
Swoją drogą wygląda na to, że pasożyt w końcu zaczyna się czegoś dorabiać. To na sprzedaży domu ufundowanego i wybudowanego przez sołtysiaka, to na obrazkach, które po sieci krążyły wcześniej za darmo…
– Zamieszkałabyś ze mną? – zapytał Zosię, gdy w pewien piątkowy leniwy ranek, poprzedzony szaloną, pełną namiętności nocą, otworzyła oczy i patrzyła z bezgraniczną miłością na ukochanego mężczyznę.– Właściwie mieszkam z tobą – odparła, sięgając po rogalika z różanym nadzieniem.
Bohaterowie nadal w pocie czoła pracują na wymarzoną cukrzycę.
– Wieeem, ale to nie to samo. Chciałbym wiedzieć, że jesteśmy razem.– Jesteśmy razem! – krzyknęła i zanurkowała pod kołdrę, chcąc udowodnić mu ustami, jak bardzo jest mu oddana.
Nie wiem, czy to jest tak źle napisane, czy Zosia jest jakąś desperatką, która na cień niezadowolenia narzeczonego rzuca się pod kołdrę, żeby coś udowadniać? A poza tym po tym różanym nadzieniu chyba będzie grzybica.
Przez kolejnych kilka minut Nataniel nie mógł myśleć o niczym innym niż o gorących wargach dziewczyny pieszczących jego męskość. Później zapomniał o całym świecie, rewanżując się Zosi tak, jak potrafił najlepiej…Zosia znalazła sposób na wywołanie amnezji u Nataniela. Ale po co, chyba zależy jej na nim, a propozycja mieszkania razem to dobry znak?
Zosia ubiera się i gna do lecznicy, a do Nataniela przyjeżdża Magda.
Nataniel przechylił głowę, próbując się domyślić, na co dziś jest wystylizowana. Miała na sobie niesamowity śnieżnobiały płaszcz, długi do kostek, lamowany srebrzystym haftem i ozdobiony milionem skrzących się w słońcu kryształków.
– Bałwan? – strzelił.
– Sam jesteś bałwan! – żachnęła się. – Zaproponuj coś innego! Albo nie, pojadę do Siergieja, on zgadnie na pewno.
– Och, nie musisz szukać wymówki. Od dawna wiem, że przyjeżdżasz do niego, a nie do mnie. – Nataniel uśmiechnął się złośliwie, wiedząc, jaka będzie jej reakcja.
Nie znosiła podejrzeń, że podkochuje się w Sodarowie, co z kolei dla nikogo nie było tajemnicą. Może tylko dla Siergieja, który uważał, że są li tylko dobrymi przyjaciółmi.
Oczywiście wszyscy zapomnieliśmy, że już się romantycznie całowali. Magda jednak zaprzecza i gada o biznesplanie.
Jednak Nataniel – i reszta świata, oprócz Siergieja, rzecz jasna – miał rację: Magda już dawno uświadomiła sobie, że jest zakochana w tym zimnym, nieprzystępnym mężczyźnie, który – była o tym przekonana – potrafił być jak najbardziej gorący, ale nie dla Magdy. Dla niej miał tylko przyjaźń, nic więcej.
Wątek rozwoju uczucia Siergieja i Magdy był konsekwentnie prowadzony do tego momentu. Tu Michalak chyba wymyśliła sobie motyw „wcale nie wiedzą, że się kochają”, mający na celu zestresowanie czytelników na koniec, że jednak nie będzie scen seksu. Widać, że wszystkie wątki po kolei się zamykają, więc po co komplikować wszystko niemal w ostatnim rozdziale? A zauważcie, że nadal nie wkroczył wątek dziecka z okładki!
Nataniel odprowadza siostrę do Siergieja i po drodze wypytuje.
– Jakie ma znaczenie, co ja do niego czuję, skoro on uważa mnie za kumpla. Nawet nie za kumpelkę…
To byłby zabawny wątek, gdyby Siergiej nie próbował jej jeszcze zaciągnąć do łóżka tylko dlatego, że wziął ją za mężczyznę o imieniu Magda. Szkoda że już leciały komentarze o pośladkach.
– On nadal kocha swoją Martę. – Spojrzała na brata z żalem w oczach.
– I będzie kochał jeszcze długo, może do końca życia, ale wiesz... my, mężczyźni, mamy pojemne serca. Znajdujemy w nich miejsce dla wszystkich, których kochamy.
Nataniel wie, co mówi, ponieważ sam nie widział nic zdrożnego w umawianiu się z Zosią i zaręczaniu się z Oliwią jednocześnie. A Siergiej przez to pojemne serce kochał Iwonę w trakcie związku z Martą.
– Powiedz mi lepiej, co z tobą i Zosią...
– A co ma być? Jest dobrze, a nawet więcej. Jest świetnie, wspaniale i cudownie.
– To twoje zdanie czy jej również?
Nataniel spojrzał na siostrę zaskoczony. O co jej chodzi? Czyżby Zosia zwierzyła się Magdzie, że nie jest szczęśliwa?!
Nataniel jest bardzo zdziwiony, że Zosia miałaby mieć cokolwiek do gadania. I wyobrażam sobie, jak już podnosi pięści na myśl, że nagadała coś Magdzie.
– Nat! – Magda stanęła tak nagle, że obejrzał się zaskoczony. – Pytasz narzeczoną, która marzy o ślubie, czy chce z tobą zamieszkać?! Z choinki się urwałeś, człowieku?! Na co ty czekasz? Aż Zosia porośnie mchem?!
Raz Nataniel powiedział coś mądrego – zamieszkaliby ze sobą najpierw tak na stałe, poznaliby się najpierw, narzeczona zobaczyłaby, jakim jest nierobem – a tu wpada siostra i tłucze mu do głowy że ślub musi być teraz, natychmiast, w pierwszej kolejności!
Dziewczynie po takich przejściach, jakie ma za sobą Zosia Micińska, tak… okaleczonej, z tak poważną „usterką”, jaką jest niepłodność, nie wystarcza „mieszkanie razem”.Zaraz, czas akcji tej powieści to naprawdę 2018?
Ona nadal czuje się niepewna twojej miłości i jej niewarta.Mamy chyba odpowiedź, czemu Zosia w panice stwierdziła, że musi pokazać ustami, jak kocha Nataniela – bo mieszkanie razem jest niegodne, ale za to seks mógłby go przekonać do ślubu. W sumie dobrze wydedukowała, że w jego mniemaniu głównie dopasowanie seksualne tworzy dobry związek. Musiała robić notatki, gdy opowiadał jej o relacji z Iwoną.
– Co cię właściwie powstrzymuje przed wzięciem z Zosią ślubu?
– Nic! – wykrzyknął Nataniel, zdziwiony, że ona o to pyta. – Mogę żenić się z nią choćby jutro! Po prostu myślałem… że pomieszkamy razem z rok, dotrzemy się, zyskamy pewność, że ja jestem jej przeznaczeniem, a ona moim…
To jest ta historyczna chwila, w której Nataniel mówi coś rozsądnego. A Magda? Magda wpada w szał, że to się nie godzi:
– A jeśli nie, to „rozejdziemy się, pozostając przyjaciółmi”? – dokończyła Magda. – Jeśli nie jesteś pewien, czy ją kochasz, przestań zawracać jej i sobie głowę. Szukaj następnej laski, co otumani cię, owinie wokół palca, po czym porzuci i podeśle, gdy będzie w potrzebie, swoje dziecko na wychowanie. Zosia nigdy by cię tak nie potraktowała, nigdy! A ty, idioto, tego nie doceniasz.
Zosia nie podrzuciła ci jeszcze dziecka, doceń to, chamie! A nie, zaraz, to dlatego że jest bezpłodna…
I ranisz ją bez sensu. Naprawdę nie czujesz, że jest tą jedyną? – Magda odwróciła brata ku sobie i zajrzała mu prosto w oczy.
Jak możesz nie czuć? Ludzie sobie wymyślili jakieś związki i wielomiesięczne okresy narzeczeństwa, jakby nie mogli popatrzeć sobie okiem w oko i włożyć sobie obrączki.
Poza tym zabawne, że u Michalak mężczyzna musi się wyszaleć przed ustatkowaniem jak Siergiej czy Nataniel, ale bycie Oliwią jest niedopuszczalne. Nataniel nie boi się, że Zosia legnie w sianie z Siergiejem, odkąd poznała rozkosze życia?
Poza tym zabawne, że u Michalak mężczyzna musi się wyszaleć przed ustatkowaniem jak Siergiej czy Nataniel, ale bycie Oliwią jest niedopuszczalne. Nataniel nie boi się, że Zosia legnie w sianie z Siergiejem, odkąd poznała rozkosze życia?
Nataniel ma jednak wątpliwości co do związku z Zosią, ponieważ nie wie, czy chce biologiczne dzieci:
– Nie wiem, Magda. Jest nam świetnie w łóżku, po prostu genialnie. Uwielbiam Zosię. Ale seks to nie wszystko.Czyli ogólnie istnieją dwa aspekty każdego związku: seks i prokreacja. Magda jest pod wrażeniem, bo z jakiegoś powodu powyższe dobrze świadczy o bohaterze.
Magda jednak doceniła bezwzględną szczerość chłopaka. (…) Nataniel był jednak uczciwy i w stosunku do siebie, i do tych, których kochał.
A mógł zabić!
Nataniel nie jest przekonany, ponieważ z napromieniowanych i dogorywających komórek Zosi będzie najwyżej brzydki mutant.
Do Nataniela opcja z cudzą komórką nie przemawia, Magda namawia dalej:
Owszem, gdyby Nataniel ją teraz porzucił, byłaby zdruzgotana, a on mógłby nie wiedzieć, w czym rzecz (tyle tych związków od liceum, z Iwoną prowadził gospodarstwo domowe, z Oliwią niemal założył rodzinę). Tyle że najlepszym, co mogłoby się jej przytrafić, to długie przygotowania do ślubu, podczas których zdałaby sobie sprawę, że świat nie kończy się na Natanielu, a w razie ewentualnego rozstania da sobie radę. Ślub z desperacji nie sprawi, że będzie ją bardziej szanował, a intryga z przekazywaniem informacji przez jego wygadaną siostrę tylko działa na jej niekorzyść. Przecież Natanielowi ta relacja się podoba głównie dlatego, że góruje nad Zosią doświadczeniem w wielu kwestiach i Zosia się mu nie wymknie jak Oliwia czy Iwona.
Nataniel przyznaje Magdzie rację. I z miejsca postanawia, że ślub będzie w Boże Narodzenie.
– Myślałeś o in vitro?– drążyła temat Magda.
Nataniel nie jest przekonany, ponieważ z napromieniowanych i dogorywających komórek Zosi będzie najwyżej brzydki mutant.
– Nie musiał kończyć, czym nie chce ryzykować. Pragnienie posiadania dziecka było u Nataniela przemożne, ale… zdrowego dziecka.I to miałoby Zosię uspokoić?! Jeśli Magda tak postawiła sprawę, nic dziwnego, że Zosia się zestresowała, a Magda z tego wywnioskowała, że ślub musi być najdalej jutro. Tymczasem przed ślubem wypadałoby ustalić, co z potencjalnymi dziećmi.
– Rozumiem – odparła Magda cicho i ze smutkiem. – Ta komórka nie musi pochodzić od Zosi.
Do Nataniela opcja z cudzą komórką nie przemawia, Magda namawia dalej:
– Zosia boi się śmiertelnie, że ją porzucisz. Po prostu odchodzi od zmysłów, że mogłaby cię utracić. Zrobi wszystko, byś był szczęśliwy. (…) Tylko błagam, nie wykorzystaj tego przeciwko niej. – Uścisnęła jego dłoń raz jeszcze.Magda ma doświadczenie życiowe, ale co chwilę wychodzi z niej ta mentalność wiejskiej kury domowej roztkliwiającej się nad niezamężnymi koleżankami. Zosia odchodzi od zmysłów, bo nie zakładała, że kiedykolwiek ktoś ją zechce. W krótkim czasie chłopak, do którego wzdychała od tygodni, postanowił się z nią związać mimo jej „wad”, przeżyła pierwszy pocałunek, doświadczenia seksualne, oświadczyny. Przecież to ogromne emocje!
Owszem, gdyby Nataniel ją teraz porzucił, byłaby zdruzgotana, a on mógłby nie wiedzieć, w czym rzecz (tyle tych związków od liceum, z Iwoną prowadził gospodarstwo domowe, z Oliwią niemal założył rodzinę). Tyle że najlepszym, co mogłoby się jej przytrafić, to długie przygotowania do ślubu, podczas których zdałaby sobie sprawę, że świat nie kończy się na Natanielu, a w razie ewentualnego rozstania da sobie radę. Ślub z desperacji nie sprawi, że będzie ją bardziej szanował, a intryga z przekazywaniem informacji przez jego wygadaną siostrę tylko działa na jej niekorzyść. Przecież Natanielowi ta relacja się podoba głównie dlatego, że góruje nad Zosią doświadczeniem w wielu kwestiach i Zosia się mu nie wymknie jak Oliwia czy Iwona.
Nataniel milczał długie chwile. Słowa siostry wstrząsnęły nim do głębi. Sam uważał, że tak jak jest, jest dobrze. Oboje z Zosią są szczęśliwi. Uprawiają wspaniały seks, budzą się razem i razem zasypiają.A ten znowu o jednym XD Niedobrze mi jednak na myśl, że Magda tłumaczy tutaj scenę z początku rozdziału, to znaczy jak to Zosia robi wszystko, żeby tylko Natanielowi się nie odwidziało.
Nataniel przyznaje Magdzie rację. I z miejsca postanawia, że ślub będzie w Boże Narodzenie.
– Boże Narodzenie – odezwał się nagle.Tak, tak zupełnie bez konsultacji i najwyraźniej za parę tygodni, bo mamy prawie grudzień. A może Zosia chciałaby zaplanować wesele po swojemu, rozesłać zaproszenia dalszej rodzinie, zarezerwować jakieś ładne miejsce? A gdzie tam! To ameba bez własnego zdania, i tak umrze z radości.
Magda spojrzała nań zdumiona. On westchnął ciężko i dodał:
– To będzie dobra data ślubu?
– Mnie pytasz?! – wykrzyknęła tak szczęśliwa, aż zadławiło ją w gardle. – Biegnij do Zosi i pytaj ją!I Nataniel pobiegł: pobiegł zrobić Zosi okropny wstyd przy wszystkich i zapytać tak, żeby przypadkiem nie miała możliwości odmówić.
Tak zrobił. Wypuścił Magdę z rąk i zawrócił biegiem do Sennej, drogą nad jeziorem, aż wpadł do gabinetu, gdzie doktor Micińska właśnie badała pokasłującego szczeniaka. Przeprosił właściciela stworzenia, wyciągnął dziewczynę na korytarz, ujął jej twarz w dłonie i zapytał, z trudem łapiąc oddech:
– Weźmiemy ślub za sześć tygodni? W Boże Narodzenie?
Odciągnął ją od jakiegoś umierającego psiaka i jego zestresowanego właściciela. Na korytarz pełen oczekujących na swoją kolej. Wczujmy się.
– Magda jednak powiedziała ci o tym? – zapytała cicho. – Prosiłam... nie chciałam wywierać na tobie nacisku...Czujecie tę grozę? Nataniel w połowie zdania zorientował się, że niepotrzebnie pyta kobietę o zdanie.
– Zosiu – przerwał jej groźnie. – Nie ma znaczenia, dzięki komu zrozumiałem to, czego powinienem sam się domyślić. I nie pytam, czy chcesz wziąć ze mną ślub, tylko kiedy. Za sześć tygodni. W Boże Narodzenie... Nie, na miłość boską! Właściwie nawet cię o to nie pytam, tylko się tego domagam!!! Powiedz tak albo...
Nataniel wsunął rękę pod jej fartuch, między uda dziewczyny, i wyszeptał:Ale śmiesznie, nie mogę! Robimy tak jak ja chcę, albo cię zgwałcę na środku przychodni i stracisz robotę, szacunek i twarz we wsi.
– Albo zdejmę ci dżinsy, wejdę w ciebie i będę cię brał tutaj, na korytarzu, przy ludziach, dotąd, aż powiesz „tak”.
– Radzę się zgodzić, pani doktor! – dobiegło z gabinetu.
Albo mój piesek umrze!!! Boki zrywać.
Nataniel nadal trzymał dłoń między jej udami i… naciskał.A tu należy się nagroda za wyrafinowaną grę słowną.
– Tak! – szepnęła, czując obezwładniającą radość. I narastające pożądanie.Czy „czytanie gazety” to jakiś eufemizm? Czy to czasopismo o specyficznym profilu zawartości? Czy właśnie to miał na myśl Nataniel, gdy w pierwszym tomie mówił, że uwielbia czytać?
– No – skwitował jej „tak” Nataniel. – Pójdę do domu poczytać gazetę.
Wrócę za maleńki kwadrans i dokończymy, bo… ciasno mi.Wrócę za kwadrans i jak dalej będziesz mieć pacjentów, to trudno, rozbiorę cię w poczekalni.
Zosia (…) zarumieniona i szczęśliwa wróciła do pacjenta.
– Czuję się zaproszony – rzekł właściciel psiaka.
Przytaknęła pospiesznie i pochyliła się nad zwierzęciem.
Eee, na ślub czy za te piętnaście minut? O to mi chodziło, jak pisałam, że nikt nie będzie jej szanował po takiej scenie w poczekalni. Zresztą, pojawiło się to się już wcześniej, popatrzcie w jaki sposób listonosz w poprzednim rozdziale pytał Nataniela o Zosię: „– Gdzie narzeczona? Odpoczywa po nocce? – Puścił oczko i uśmiechnął się nieco lubieżnie”. A że to postać zupełnie epizodyczna, tym bardziej odnoszę wrażenie, że już wszyscy we wsi zaczynają żartować na jej temat; byłby to bardzo dobry opis zjawiska, gdyby nie to, że jest przedstawione pozytywnie, bo Natanielowi to odpowiada.
Swoją drogą ze słów Nataniela wynika, że jest początek listopada. Czyli w ciągu ostatniego tygodnia publikowano jego książkę w jakichś stu krajach na świecie, a on został zasypany korespondencją bardziej niż Rowling w ciągu 17 lat pisania sagi o Harrym Potterze.
Poprzednie miesiące również były intensywne. W sierpniu zbudowano dom, Kazimierz spadł z drabiny, Iwona zabrała dziecko, Nataniel i Zosia się rozchorowali na dwa tygodnie z dwóch różnych powodów, a potem Zosia potarła mu udo, że aż wstał i pobiegł po pierścionek zaręczynowy; we wrześniu Nataniel dostał pozew, odbyły się wszystkie rozprawy, znalazł się kupiec na dom, Nataniel przygotował papiery i pozbył się nieruchomości, a Jarząbek został obrabowany, tydzień później znowu obrabowany, po czym wyprowadził się na drugi koniec Polski, gdzie dostał marskości wątroby i wrócił z nią do Sennej na stałe. W październiku było przynajmniej osiem niedziel, kiedy to po chorobie podglądali Emilkę Zosia i Nataniel w towarzystwie Magdy, a potem przynajmniej kolejnych sześć, kiedy powolutku Iwona przerzucała odpowiedzialność za Emilkę na barki Nataniela.
Jak to nie jest zagięcie czasoprzestrzeni, to nie wiem, jak ono wygląda. A to wszystko po to, by Zosia i Nataniel wzięli ślub w Boże Narodzenie! Chyba że nagle końcówka książki wywaliła nas do zimy 2019 i te wszystkie wydarzenia miały miejsce w ciągu roku. Ale to nie zgrywa się z drugą połową wątków, bo np. to oznaczałoby, że półtora roku Magda skakała za Siergiejem, półtora roku Marianna mieszkała z Mateuszem itd.
Wracamy do Magdy. I tutaj wątek związku musi mieć w końcu jakiś punkt kulminacyjny.
Swoją drogą ze słów Nataniela wynika, że jest początek listopada. Czyli w ciągu ostatniego tygodnia publikowano jego książkę w jakichś stu krajach na świecie, a on został zasypany korespondencją bardziej niż Rowling w ciągu 17 lat pisania sagi o Harrym Potterze.
Poprzednie miesiące również były intensywne. W sierpniu zbudowano dom, Kazimierz spadł z drabiny, Iwona zabrała dziecko, Nataniel i Zosia się rozchorowali na dwa tygodnie z dwóch różnych powodów, a potem Zosia potarła mu udo, że aż wstał i pobiegł po pierścionek zaręczynowy; we wrześniu Nataniel dostał pozew, odbyły się wszystkie rozprawy, znalazł się kupiec na dom, Nataniel przygotował papiery i pozbył się nieruchomości, a Jarząbek został obrabowany, tydzień później znowu obrabowany, po czym wyprowadził się na drugi koniec Polski, gdzie dostał marskości wątroby i wrócił z nią do Sennej na stałe. W październiku było przynajmniej osiem niedziel, kiedy to po chorobie podglądali Emilkę Zosia i Nataniel w towarzystwie Magdy, a potem przynajmniej kolejnych sześć, kiedy powolutku Iwona przerzucała odpowiedzialność za Emilkę na barki Nataniela.
Jak to nie jest zagięcie czasoprzestrzeni, to nie wiem, jak ono wygląda. A to wszystko po to, by Zosia i Nataniel wzięli ślub w Boże Narodzenie! Chyba że nagle końcówka książki wywaliła nas do zimy 2019 i te wszystkie wydarzenia miały miejsce w ciągu roku. Ale to nie zgrywa się z drugą połową wątków, bo np. to oznaczałoby, że półtora roku Magda skakała za Siergiejem, półtora roku Marianna mieszkała z Mateuszem itd.
Wracamy do Magdy. I tutaj wątek związku musi mieć w końcu jakiś punkt kulminacyjny.
Zastała Siergieja w stajni, gdy – jak zwykle w czarnych dżinsach i czarnej koszuli – szczotkował jednego z pięciu koni, które mu zostały.Dalej nie wiem, czy sprzedał, czy pozdychały po tym, jak Nataniel się nimi opiekował.
Początkowo zamierzał się pozbyć wszystkich trzynastu (…). Każde z tych zwierząt zostało wyrwane z transportu śmierci, każde przeżyło cudem i kosztowało Siergieja ranę postrzałową albo dźgnięcie nożem.Aha, czyli było trzynaście koni, z których jakieś siedem przypłacił kulą w żebrze? I co dwa tygodnie Marta musiała mu te kule wyciągać? No i mam rozumieć, że każdy transport koni jest uzbrojony po zęby w rewolwery, przygotowany na sceny rodem z Dzikiego Zachodu? Ciekawa rozrywka, ale aż dziwne, że jeszcze żyje, nie stracił nic ważnego i oko trzeba mu było specjalnie wydłubać.
Kiedyś w prostych, niemal surowych słowach opowiedział o tym Magdzie Śniegockiej.Czyli Siergiej podwija koszulkę i popisuje się przed nią dziurami po kulach, a Magda narzeka, że wcale nie jest nią zainteresowany.
– Bo, widzisz, nawet zwierzę ma prawo do bezbolesnej, szybkiej śmierci (...). Inni niech się martwią o ginące z głodu dzieci gdzieś w Afryce, ja postawiłem sobie za punkt honoru walkę z transportami śmierci. O, tutaj, mam ostrzeżenie, żeby tego nie robić... – pokazał jej okrągłą bliznę po kuli – ...co oczywiście mnie nie powstrzymało.
Po krótkim i bardzo bolesnym małżeńskim epizodzie – Siergiej zdziwił się, że Magda jest rozwódką, sprawiała bowiem wrażenie zatwardziałej singielki, co to „faceci owszem, ale na jedną noc, nie dłużej” – trzymała serce pod kluczem.Wydaje mi się, że to jedyna wzmianka o wcześniejszym małżeństwie. Po co to? Czy tylko po to, aby stała się klonem Marty i bardziej spodobała niedźwiedziowi? Skąd przekonanie Siergieja, że serce trzyma pod kluczem, skoro ciągle do niego zagląda i biega za nim z deserkami?
– Witam Królową Śniegu – rzucił. Ona uniosła kciuk do góry.
– Co obstawiał twój brat? – chciał wiedzieć Siergiej.
– Bałwana! Imaginuj sobie, bałwana!
I tym sposobem jedyny znośny żart został zamordowany, a bałwanem dostaliśmy w twarz jeszcze dwa razy. A więc cofam. Nie ma żadnego żartu w calutkiej serii.
Magda proponuje pomoc przy koniach.
Tymczasem rzuca się do sypialni, żeby przebrać się w jedną z siergiejowych koszul do pracy.
Bohaterowie takich wątpliwości nie mają, bo gładko przechodzą do romansowania.
ROZDZIAŁ XXVI: O TYM, JAK MARIANNA TRAFIŁA Z DESZCZU POD RYNNĘ
Założę się, że część z was też odgadło, bo wszyscy czytamy te same wiadomości w nagłówkach, a Michalak uwielbia inspirować się wydarzeniami z prasy, rozpisując marginalne wątki poboczne mające dodać dramatyzmu. Problem w tym, że mogła darować sobie ten cmentarz – mogła być klatka schodowa, ciemna uliczka, cokolwiek! – bo zgwałcona kobieta czy jej rodzina mogą to przeczytać. Inspiracja jest oczywista, nius z 2017, książka z 2018. Za to zmieniła nieistotne szczegóły (niania zamiast ojca, Marianna jest nastolatką, nie 26-letnią kobietą, inny poziom niepełnosprawności itd.). Zresztą która nastolatka szłaby na grób niani CODZIENNIE? Jej rodzice musieliby być potwornie toksyczni, a znajomi beznadziejni. Jeszcze ta modlitwa… Marianna nie należy do naszych czasów – to archetypiczna dobra, prosta dziewczyna z XIX-wiecznej literatury.
To właśnie to wielkie wyjaśnienie, czemu Zosia „tak broniła matki przed mężczyznami”, znaczy oddała ją alkoholikowi-niedźwiedziowi pod opiekę.
I czy w 1993 roku w Polsce nie istniała tabletka po? Z opisu wynika, że ranna Marianna od razu trafiła do szpitala. Poważnie pytam, bo nie wiem takich rzeczy.
Wiecie co, w tym momencie opadłam z sił analizatorskich. To jest fatalnie napisane. Nie rozumiem tego wątku i nie umiem domyślić się, co autorka chciała przekazać – jeśli Marianna cieszyła się na dziecko, to powinna myśleć o jego przyszłości, a nie szlachetnie sobie umierać. Zupełnie jak w wątku Iwony nie znamy uzasadnienia decyzji bohaterki, ta po prostu stwierdziła, że zbuntuje się rodzicom i urodzi im wnuczkę, a sama umrze w skutek czyjegoś przestępstwa, nie przeżywszy niczego wartościowego w swoim krótkim, naznaczonym cierpieniem życiu. Może nawet ucieszyła się z gwałtu, bo przestępca zrobił jej dzidziusia i pośrednio prawie doprowadził do jej śmierci. Albo, co gorsza, bo jako jedyny „pragnął ciała naznaczonego kalectwem”, w końcu zdanie po byciu niekochaną i niepożądaną mamy opis gwałtu. Chryste. Gdzie była korekta???
Właśnie dlatego grafomani nie powinni brać się za poważne tematy, a domorośli psycholodzy próbować tłumaczyć zachowań straumatyzowanych ludzi: bo inna zgwałcona dziewczyna będzie czuła się winna, że nie jest jak Marianna Micińska i ona nie zamierza umrzeć przy porodzie, bo ktoś ją wykorzystał.
Wróćmy jednak do chaty Mateusza.
No dobrze, odbębniliśmy wątek rozwijającego się romansu, to znaczy że z braku kobiet dobra i Marianna. No to jeszcze seks:
Ale co Marianna ma z tej relacji i w imię czego tak się poświęca?
Na sam koniec pojawia się kompletnie idiotyczny wątek listu na jedną stronę. To znaczy tak:
Jeszcze łóżkowy happy end:
A ja się łudziłam, że wcześnie odczuwała nic ze względu na niepełnosprawność…
Zosi nie ma nawet w domu, bowiem Magda wyciągnęła ją na zakupy, żeby pokazać jej, jak bardzo nie ma nic do gadania. To znaczy Zosia przymierza kolejne suknie ślubne, po czym płacze, kiedy Magda każe oddać te, które jej się podobają…
Dyrektorka musiała być bardzo konsekwentną osobą, bo chociaż żadna rozmowa, ani procedura adopcji nie zostały opisane, to musiało to wyglądać mniej wiecej tak:
Dyrektorka: Ja jestem tylko dyrektorką, nie podejmuję tu decyzji, są procedury i musieliby państwo być rodziną zastępczą, a nikt nie da dziecka parze z niepełnosprawnością i bez dochodu
Marianna: Spoko, wyślemy moją córkę, to niewolnik
Zosia: To ja, to mój narzeczony wściekły alkoholik, gdzie dziecko?
Dyrektorka: No tak, to jednak ja podejmuję decyzje, zapakować sierotkę do torby, czy tak weźmiecie?
ROZDZIAŁ XXVII: I ŻYLI KRÓTKO I TRAUMATYCZNIE
To już koniec. Zamknęliśmy wszystkie wątki, odhaczyliśmy dziecko z okładki, a Zosia utraciła szansę, żeby zadecydować choćby w najmniejszym szczególe o swoim życiu: nadszedł dzień ślubu.
Emilka i Tosia w identycznych sukienkach (robota Magdy) niosą koszyczki z różami w kościele, który wygląda pięknie, bo Magda przystroiła go w płatki śniegu. Widzicie, praca w korpo w Warszawie pozwala jednak na długie urlopy i intensywne życie poza pracą.
Krótka retrospekcja, jak Nataniel przyprowadził Tosię do domu:
Wracamy do ślubu, bo Zosia wchodzi do kościoła.
Para staje przed ołtarzem, Nataniel patrzy na narzeczoną.
Autorka zauważa, że za dziesięć sekund dedlajn, a miał być jeszcze jeden zwrot akcji:
– Bliadź! Nie ta rodzina! – Zarzuciła karabin na plecy i wybiegła z kościoła.
I tyle! Jesteśmy dopiero w połowie serii, choć premiera ostatniego tomu będzie przed Bożym Narodzeniem. Ale nic się nie martwcie, gdy zaczynałam pisać analizę, były tylko dwa tomy. Michalak szybciej pisze, niż ja analizuję, w międzyczasie wydając inne całe sagi.
A co czeka nas w kolejnej książce? Nataniel przestaje być jedynym głównym bohaterem i będzie musiał podzielić się tą rolą z nowymi, bardzo nudnymi postaciami… Jeszcze się zastanowię, jak to rozwiązać. Za to znani nam bohaterowie będą robić cyrki, jakich jeszcze nie widzieliśmy, byle nie siąść przy drugiej połówce i porozmawiać, rozwiązując problemy. Dużo manipulacji, toksyczności, sensacji, umierania, a na okładce czwartej części… jeszcze nowsze dziecko!
PS Na Facebooku Kasi pojawiła się sonda, gdzie można wybrać tylko TAK lub NIE. Bez wyjaśnienia, bez niczego. Czytelnicy wpadli w panikę, że zamierza zabić Siergieja Sodarowa (przepraszam, Sergeja Sadarowa z komentarzy), bo już wcześniej tak postąpiła. Tak, dramatyczna śmierć Marty to wynik sondy. Trochę metoda pisarska na rzut monety, czyż nie?
Magda proponuje pomoc przy koniach.
– Ty, księżniczko? W tej śnieżnobiałej szacie? W końskim boksie? Serca bym nie miał...Patrzcie, teraz będą popisy przy koniach, bo Magda za cel postawiła sobie wytaplanie się w gnoju, by udowodnić Siergiejowi swoją wartość.
– Przebiorę się! – Gotowa była nałożyć wór pokutny, by ujrzeć w jego spojrzeniu cień uznania.
Tacy mężczyźni jak Siergiej Sodarow otaczali się pięknymi kobietami, ale kochali silne, niezależne i mające ich głęboko gdzieś, jak Marta Kraszewska.Widzicie, wystarczyłoby, żeby Magda podniosła worek z karmą (siła) i odwróciła się na pięcie, żeby Siergiej się zakochał.
Tymczasem rzuca się do sypialni, żeby przebrać się w jedną z siergiejowych koszul do pracy.
Stanął za nią, tak blisko, że czuła jego umięśnione, twarde piersi na własnym ciele, chwycił jej dłoń uzbrojoną w zgrzebło za nadgarstek, drugą, trzymającą szczotkę, za drugi i zaczął powolnymi, długimi ruchami szczotkować bok konia.Ach, te cudowne piersi Siergieja!
– Potrafiłabyś tak? – odezwał się cicho.Co on tak rezonuje, że wszystko wokół wpada w wibracje?
Poczuła, jak jego oddech muska płatek jej ucha.
– Spoko, łatwizna.
Znów się roześmiał, a ona poczuła ten śmiech głęboko w lędźwiach.
– Mówię o codziennym szczotkowaniu piątki koni. O wywalaniu kilku taczek gnoju. O dźwiganiu wiader z owsem i wodą. O podrywaniu się skoro świt, bo trzeba nakarmić i napoić zwierzęta, chociaż położyłaś się parę godzin wcześniej. O ślęczeniu do świtu przy chorej klaczy, pieprzyć, że rano musisz jechać do miasta, bo skarbówka cię ściga, nie wiadomo o co.Nieodzowny element hobby związanego z końmi: strzelaniny z rewolwerami i uciekanie przed skarbówką. A było płacić podatki… No a puenta tej wypowiedzi jest ta sama, co zawsze: Magda jest niegodną panną z Warszawy, nie wiadomo, czy uda jej się zostać pozytywną bohaterką ze wsi.
Potrafiłabyś tak, rozpieszczona Warszawą, kąpana w ptasim mleczku księżniczko? Twoje białe rączki, nieznające fizycznej pracy, zniosłyby złamany paznokietek, pęcherz na kciuku czy otartą skórkę?Magda się obraziła (słusznie) za umniejszanie jej osiągnięć w Warszawie, a jak wiemy z wszystkich trzech tomów to taka rzeka z piraniami, więc potrzeba niemałego samozaparcia, by wśród nich przebywać i przetrwać. Siergiej obraził się i wyszedł, bo wcale nie śmierdzi gnojem (chociaż jak Magda wpadła do niego obgadać spotkanie Nataniela z Iwoną, był to powód do radości):
(...)
– Nie, Siergiej. Przywykłam do wygodnego życia. Moim miejscem jest miasto, a całym światem świat mody. Świat pięknych ciuchów i pięknych ludzi. Pachnących dobrymi perfumami, nie gnojem. Tak mnie postrzegasz? To chciałeś usłyszeć?
„Śmierdzę ci gnojem, królewno?” – pomyślał z goryczą.Magda za to, pozostawiona sama sobie, postawiła na nieco bardziej zdecydowany podryw.
W tej sekundzie usłyszał jej krzyk.Był to podryw na kobietę w potrzebie.
Bella – co tej kobyle odbiło?! – miażdżyła Magdę całym ciałem o ścianę boksu.
Próbował wejść do środka, ale zwierzę oparło się zadem o drzwi. Sodarow szarpnął za zasuwę i próbował je pchnąć. Ani drgnęły. (...)Siergiej poskramia konia, rzuca Magdę na beton i następuje seksowna reanimacja.
– Sier-giej! – wydusiła. – Po-móż mi!
(...)
Drzwi sięgały mu do piersi. Bez namysłu zaczął się po nich wspinać. Wskoczył na grzbiet konia. Spadł po drugiej stronie. Klacz, przerażona nagłym ruchem, kwiknęła. Odskoczyła w bok. Obróciła się i kopnęła z całych sił. Magda, przed sekundą uwolniona od jej ciężaru, padła bez życia, zdzielona końskim kopytem prosto w splot.
Rozpoczął reanimację, nie myśląc – przynajmniej nie próbując się zastanawiać – co będzie, jeśli ona umrze.No tak, sama wydobrzeje. Po co dzwonić po jakiegoś lekarza.
Trzydzieści uciśnięć – dwa wdechy – trzydzieści uciśnięć...
– Magduś, błagam... – wyszeptał, niecierpliwie ocierając łzy spływające mu po policzku.
Gdy chwyciła płytki oddech, jemu serce omal nie pękło z ulgi.
– Przepraszam... tak bardzo cię przepraszam... – powtarzał, gładząc ją po włosach i policzkach, gdy otwierała oczy.
Spróbowała usiąść, wziął ją z powrotem na ręce i zaniósł do domu. Położył w cichej, oświetlonej promieniami chłodnego słońca sypialni.
– Przyniosę wody. – Poderwał się, ale przytrzymała go za rękę. Tę okaleczoną nożem oprawców.xD Taki to istotny szczegół w tym momencie.
– Pokaż – odezwał się zduszonym przez niewypłakane łzy głosem.Wystających z rany, żeby było dramatycznie?
Podciągnął jej bluzkę. Dotknął krwawego śladu na brzuchu, noszącego kształt podkowy. – Rany boskie, mogła cię zabić!
Delikatnie dotknął żeber kobiety.
– Będę żyć – odezwała się już normalnym głosem.Czy tylko mnie się wydaje, że jak ktoś stracił przytomność i ma krwawą ranę na splocie, to powinien go obejrzeć lekarz? Zanim na przykład okaże się, że są jakieś poważne obrażenia wewnętrzne?
Bohaterowie takich wątpliwości nie mają, bo gładko przechodzą do romansowania.
– Zostałabyś ze mną? – Wreszcie się zdobył na słowa, które chciał powiedzieć w chwili, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Tam, w dworku Marty, gdy siedziała na ganku w żółto-zielonej sukience i czarnym kapelusiku.Źle pamięta, bo kapelusik był niebieski, ale Magda w szoku, że oczywiście tak, pewnie, buzi buzi i koniec rozdziału.
ROZDZIAŁ XXVI: O TYM, JAK MARIANNA TRAFIŁA Z DESZCZU POD RYNNĘ
Magda musiała niemal polec w boju, by zdobyć mężczyznę swoich marzeń.Tutaj jeszcze raz sugestia, że poleganie w boju było z premedytacją. Ale szybko zmieniamy temat: będzie w końcu o Mariannie i jej wielkim sekrecie.
[Marianny] nigdy nikt nie kochał. Nikt nie pragnął ciała naznaczonego kalectwem. Dziecko, które urodziła i pokochała całym sercem, powstało w wyniku gwałtu. Jakieś odczłowieczone bydlę dopadło ćwierć wieku temu poruszającej się na wózku inwalidzkim dziewczyny, która każdego dnia przyjeżdżała na cmentarz modlić się za duszę swojej ukochanej niani, poczekało, aż cmentarz opustoszeje, po czym ściągnęło ją z wózka i brutalnie zgwałciło.BEZ KITU, wiedziałam od początku książki, że tak się to potoczy. Wiedziałam, że będzie gwałt na cmentarzu, odkąd pojawiła się informacja, że matka Zosi jest niepełnosprawna, a ojciec nie istnieje.
Założę się, że część z was też odgadło, bo wszyscy czytamy te same wiadomości w nagłówkach, a Michalak uwielbia inspirować się wydarzeniami z prasy, rozpisując marginalne wątki poboczne mające dodać dramatyzmu. Problem w tym, że mogła darować sobie ten cmentarz – mogła być klatka schodowa, ciemna uliczka, cokolwiek! – bo zgwałcona kobieta czy jej rodzina mogą to przeczytać. Inspiracja jest oczywista, nius z 2017, książka z 2018. Za to zmieniła nieistotne szczegóły (niania zamiast ojca, Marianna jest nastolatką, nie 26-letnią kobietą, inny poziom niepełnosprawności itd.). Zresztą która nastolatka szłaby na grób niani CODZIENNIE? Jej rodzice musieliby być potwornie toksyczni, a znajomi beznadziejni. Jeszcze ta modlitwa… Marianna nie należy do naszych czasów – to archetypiczna dobra, prosta dziewczyna z XIX-wiecznej literatury.
I pozostało bezkarne. Pobita do nieprzytomności Marianna nie potrafiła opisać oprawcy……żeby od razu zamknąć wątek.
To właśnie to wielkie wyjaśnienie, czemu Zosia „tak broniła matki przed mężczyznami”, znaczy oddała ją alkoholikowi-niedźwiedziowi pod opiekę.
Ciąża była szokiem dla jej rodziców, lecz nie ona przyjęła to spokojnie.W końcu jest pozytywną bohaterką, mnożące się traumy pozwolą jej w przyszłości poznać Dobrego Mężczyznę, czyli jedyne, co się w życiu liczy.
I stanowczo odmówiła aborcji. Gdy sugerowano jej rodzicom, że nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji i oni powinni podjąć decyzję, posunęła się do szantażu: zabiją w niej dziecko, to ona zabije siebie.Polscy rodzice to nic, tylko by abortowali swoje wnuki wbrew woli córek w tym tomie. Nie wiem, jak wyglądała sytuacja około 1993 roku (teraz raczej nikt nie doradziłby aborcji, gdyby kobieta na 100% nie miała zaraz umrzeć), ale wydaje mi się, że Marianna mogła mieć słabe szanse na szczęśliwe rozwiązanie i zdrowe dziecko, jeśli już padła taka sugestia. Z kolei ciężar decyzji przesunięty na rodziców świadczy o tym, że była niepełnoletnia – Marianna jest niepełnosprawna ruchowo, a nigdzie nie było sugestii, by odbiegała poziomem intelektualnym. Myślicie, że licealistka (a może nawet dziewczyna przed liceum) świadomie marzyłaby o dziecku z gwałtu i groziła samobójstwem przy samej propozycji aborcji?
I czy w 1993 roku w Polsce nie istniała tabletka po? Z opisu wynika, że ranna Marianna od razu trafiła do szpitala. Poważnie pytam, bo nie wiem takich rzeczy.
Dlaczego? Bo wierzyła, że maleństwo jest najlepszym, co może dać światu.Kurczę, zrozumiałabym, gdyby pochodziła z religijnego domu, ale przecież dopiero co jej rodzice rozważali aborcję. Poniekąd to ich decyzja, bo przecież skończyło się na tym, że to oni wychowywali Zosię, jednocześnie opiekując się niepełnosprawną córką.
Gdy nikt nie widział, głaskała rosnący brzuch, przemawiała do życia, które w niej rosło, prosiła, by się nie poddawało. Była pewna, że nie przeżyje porodu, dlatego próbowała wszystkie dobre myśli i modlitwy oddać dziecku.Chory sposób na samobójstwo.
Wiecie co, w tym momencie opadłam z sił analizatorskich. To jest fatalnie napisane. Nie rozumiem tego wątku i nie umiem domyślić się, co autorka chciała przekazać – jeśli Marianna cieszyła się na dziecko, to powinna myśleć o jego przyszłości, a nie szlachetnie sobie umierać. Zupełnie jak w wątku Iwony nie znamy uzasadnienia decyzji bohaterki, ta po prostu stwierdziła, że zbuntuje się rodzicom i urodzi im wnuczkę, a sama umrze w skutek czyjegoś przestępstwa, nie przeżywszy niczego wartościowego w swoim krótkim, naznaczonym cierpieniem życiu. Może nawet ucieszyła się z gwałtu, bo przestępca zrobił jej dzidziusia i pośrednio prawie doprowadził do jej śmierci. Albo, co gorsza, bo jako jedyny „pragnął ciała naznaczonego kalectwem”, w końcu zdanie po byciu niekochaną i niepożądaną mamy opis gwałtu. Chryste. Gdzie była korekta???
Właśnie dlatego grafomani nie powinni brać się za poważne tematy, a domorośli psycholodzy próbować tłumaczyć zachowań straumatyzowanych ludzi: bo inna zgwałcona dziewczyna będzie czuła się winna, że nie jest jak Marianna Micińska i ona nie zamierza umrzeć przy porodzie, bo ktoś ją wykorzystał.
O dziwo urodziła bez problemu.Czytelniczki, bierzcie przykład.
Dziecko gwałtu… Zosia dowiedziała się o tym z szeptów sąsiadów. Odnalazła w gazetach sprzed kilkunastu lat notki o brutalnym gwałcie na niepełnosprawnej, zażądała w sądzie akt, które dały pewność jej podejrzeniom i… długo nie mogła się pogodzić ze swoim pochodzeniem.Nic dziwnego, że jest takim popychadłem, jak łatwiej jej przez sąd dojść do prawdy niż z rozmowy z rodziną. Wyobrażacie sobie czuć się niechcianym, bo nikt nie zdradza wam niczego o ojcu, słyszeć przykre plotki, czekać do osiemnastki (!), by móc wygrzebać coś więcej i poznać prawdę o swoim pochodzeniu?
Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że jest dzieckiem zwyrodnialca. Ale w końcu ból minął.Aha xD wystarczy udawać, że problemu nie ma, to trauma sama mija. Chyba że to ten mechanizm, który widzę w twórczości Michalak: ludzie mają swoje prywatne traumy. Traumą Zosi jest białaczka, jej rodzinę może to na chwilę zasmuciło, ale przeżyła, więc spoko, Marianna nie zdążyła się nastresować. Traumą Marianny jest gwałt, ale w sumie prawidłowo zareagowała (nie rozczulała się nad sobą, nie próbowała odzyskać życia i iść dalej, tylko spełniła kobiece powinności), dzięki czemu szybko jej przeszło, a Zosi jeszcze szybciej, bo co ją dotyczy brak ojca, tajemnice w domu i plotki o zwyrodnialcu.
Wróćmy jednak do chaty Mateusza.
Pierwsze dni i tygodnie były dla niej trudne. Podwójnie trudne. Musiała sobie radzić z opryskliwym, pogrążonym w żalu za inną mężczyzną i z własnym kalectwem. Tu, w leśniczówce zagubionej wśród mazurskich lasów, nie było nikogo, kto pomógłby jej się umyć, nałożyć ubranie, ugotować obiad, pościelić łóżko. Musiała sobie radzić sama, bo to nie ona wymagała opieki, a Mateusz.No właśnie: sama wymagała opieki, a dano jej wielkiego Mateusza do mycia i ubierania. No ale dała radę i cieszyła się, że żyje! Dzięki temu zobaczyła, kto ma ciężej, więc przestała histeryzować i zrobiła się samodzielna. Dobrze, że była przy tym cicho i współczuła, inaczej Mateusz by się zdenerwował. Zamiast tego jest zachwycony:
Jednak dała radę!
Nie tylko nauczyła się całkowitej samodzielności, ale też jej cicha, współczująca obecność pomogła wyjść z rozpaczy mężczyźnie.
Ją, Marysię Micińską, mniejsza o to, że nie tak piękną i mądrą jak Marta, mógł nie tylko bezkarnie kochać, ale i mieć przy sobie.Czyli zdaniem Mateusza jest głupia, naiwna, dość brzydka, ale ładniejsze uciekły, a ta ma chore nogi. Ideał!
Razem przygotowywali posiłki, razem je spożywali. Czasem rozmawiając – czego Marianna na początku się wstydziła, nie mogąc wyartykułować ani jednego zdania poprawnie – czasem milcząc. Przy czym to milczenie nigdy Mateuszowi nie przeszkadzało.Pamiętacie, jak marudziłam, że w pierwszym tomie pary spędzają ze sobą czas tylko w jeden sposób? Wreszcie dostaliśmy porywającą codzienność, czyli rozmowy.
Przy doktor Kraszewskiej zawsze silił się na elokwencję, musiał sprawiać wrażenie mądrzejszego, niż był. Przy Mariannie niczego nie musiał. Mógł pozostać sobą. Mógł mówić do niej „Misiu” bez obawy, że ona się żachnie, ofuknie go: „Nie jestem żadną Misią!”. Mógł znienacka porywać ją w ramiona i tulić, tulić do utraty tchu, nie bojąc się, że Marianna go odepchnie.Nawet gdyby się udusiła od tego tulenia, to nic by nie powiedziała, bo nie zdołałaby.
Dla Marianny Micińskiej nie istniał żaden Siergiej Sodarow, tylko on, Mateusz Jóźwik.Podstawowa zaleta. Zabawny byłby plot twist, gdyby Micińskie przyprawiały partnerom rogi z Siergiejem, co byłoby bardziej prawdopodobne niż w przypadku Iwony – tu przynajmniej wiadomo, że obie się przyjaźnią z Sodarowem.
No dobrze, odbębniliśmy wątek rozwijającego się romansu, to znaczy że z braku kobiet dobra i Marianna. No to jeszcze seks:
Gdy brał ją, starając się być uważnym i delikatnym, szeptała mu słowa miłości. Nie przeżywała rozkoszy, przynajmniej on o tym nie wiedział, ale wystarczyło jej, że daje rozkosz jemu. Czuła się potrzebna. Niezbędna! I to dla Marianny było wszystkim.Dobrze, rozumiemy. Mateusz pogodził się, że może tworzyć związek najwyżej z Marianną, a ta ma trochę zalet: nie skarży się na bycie materacem; gdy Mateusz robi awanturę, ta ucieka do drugiego pokoju i udaje, że nic się nie stało; znosi jego nałóg; nie protestuje, gdy Mateusz w co drugim zdaniu wspomina wielką niespełnioną miłość.
Ale co Marianna ma z tej relacji i w imię czego tak się poświęca?
Aż do dnia, gdy oboje zrozumieli, że jedno nie istnieje bez drugiego, a taką miłość, jak pan z niewolnicą, to Mateusz może sam ze sobą uprawiać.Nagle okazuje się, że łączy ich wielkie uczucie, tylko Mateuszowi nie chce się wykazać w sytuacji intymnej? Co tu się odwala?
Na sam koniec pojawia się kompletnie idiotyczny wątek listu na jedną stronę. To znaczy tak:
Pod koniec listopada Marianna dostała list z dortmundzkiej kliniki, która prowadziła badania osób dotkniętych jej schorzeniem. Koordynator programu informował Mariannę, że została zakwalifikowana do zabiegu.Magicznej operacji, która naprawi i mowę, i sprawność ruchową.
– Jakiego zabiegu? – zaniepokoił się Mateusz, gdy kobieta podzieliła się z nim tą radością.
Oto dostała szansę na normalność! Gdy wróci z dortmundzkiej kliniki, nie będzie skazana na wózek, może nawet odrzuci kule! Stanie się zwyczajną, nawet niebrzydką kobietą, jakich tysiące!W tym wszystkim najważniejsze jest to, że „stanie się (…) niebrzydką kobietą”. A co na to Mateusz? Przecież jak niewolnik odzyska nogi i wypięknieje, to może ucieknie.
Mateusz nagle zrozumiał dwie rzeczy: że kocha Mariannę taką, jaka jest, i właśnie za to, że taka jest: niepełnosprawna, za to cała jego, i że może ją stracić.Myśleliście, że przesadzam?
– Po co ci to? – burknął. – Przecież niczego ci nie brakuje.Mateusz zreflektował się, że darcie ryja na kobietę za to, że chciałaby wyzdrowieć, jest trochę nie na miejscu. Dlatego zaczyna gadać o sobie i Marcie:
– Bę-ee-ędę mówiła norma-aa-alnie. Będę choo-o-odziła normalnie-ee. Będę zwyy-y-ykłą ko-oo…
– Jesteś! Dla mnie jesteś najzwyklejsza pod słońcem! – wykrzyknął. I nagle zrozumiał, jak to zabrzmiało.
Widzisz, nie każdy rodzi się piękny i bez wad. Spójrz na mnie. (…) Marta wolała tamtego drania niż mnie, porządnego człowieka, ale czy to znaczy, że jestem gorszy? Brzydszy – tak, ale przecież nie mniej wartościowy od tamtego Ruska!Czy on jej robi ten sam wykład, który pod koniec pierwszej części wysłuchał Nataniel?
Teraz spójrz na siebie… Tak, masz słabe nóżki, tak, język trochę cię nie słucha, ale przecież masz mnie do pomocy, a do twojej mowy przywykłem.Póki co to ona poskromiła chorobę, bo Mateusz był zajęty odreagowywaniem po tygodniach picia.
Pokroją cię Szwaby, a może wcale nie chcą cię leczyć, tylko na narządy przerobią. (…) Misiu, proszę… pomyśl nad tym… Napisz do nich, że… się rozmyśliłaś! Albo nic nie pisz! Udajmy, że tego listu nie było. Co ty na to, duszeńko?Czujecie tę desperację? A dowodem na to, że Mateusz opowiada Mariannie o Marcie bez przerwy i całkiem prawdopodobne, że na monologach o niej polega ich związek, niech będzie to:
Wreszcie… gdy usłyszała, jak nazywa ją „duszeńką”… słowem, którym obdarzał tylko Martę… bez słowa wyjęła mu list z ręki i wrzuciła do ognia.I już, „Uwięziona Helena” w wersji z ludźmi w wieku średnim. Ale! Zanim zdążycie się zdenerwować, że Marianna jedyną możliwość na normalne życie wyrzuciła do kominka na jedno skinienie pana patelni, zobaczcie kolejny zwrot akcji:
Nie musiał wiedzieć – i nigdy się nie dowie – że ten list napisała ona sama.Otóż wszystko w porządku, ponieważ Marianna wszystko wymyśliła i nikt nie ma ochoty jej operować. Super! Co ona chciała uzyskać tą manipulacją? W dodatku Mateusz nie wykazał się dojrzałością i wsparciem, nie ucieszył się, tylko stwierdził, że woli kogoś ubezwłasnowolnionego. To idealne odbicie relacji Zosi i Nataniela, gdzie mężczyzna góruje nad schorowaną dziewicą, ale nie w pozytywny dla niej sposób z rozczulenia i wewnętrznej potrzeby, by ukochaną kobietę chronić. Nie, ta relacja opiera się na tym, że kobieta będzie nieść swój krzyż jako wierna podpora, bo nie ma samooceny, a mężczyźnie to odpowiada, bo się z nią porównuje. Jak już, to po takim numerze powinna Mateusza zostawić, póki mało co ich łączy – albo on ją, gdyby odkrył podstęp.
Jeszcze łóżkowy happy end:
Tej nocy kochał ją tak, że po raz pierwszy przeżyła rozkosz.Czyli tym razem Mateusz postarał się, żeby niewolnica też coś z tego miała. Może po prostu po raz pierwszy nie gadał w łóżku o Marcie? Ale tak, super, miłość, kwiatki, gwiazdka z nieba! Czego chcieć więcej?
A ja się łudziłam, że wcześnie odczuwała nic ze względu na niepełnosprawność…
– Duszeńko… – odezwał Mateusz następnego dnia przy śniadaniu. (…) – Proboszcz ostatnio mnie zaczepił i pytał, jakże to tak... Może... co pomyślałabyś, Marysiu, gdybyśmy tak wzięli ślub?XD Czyli nie „Marianno, jesteś miłością mojego życia, wyjdziesz za mnie?”, czyli „sorry, ale proboszcz, którego nawet specjalnie nie lubię ani nie szanuję, truje mi, że powinniśmy wziąć ślub”. Michalak w tym tomie przechodzi samą siebie w opisach scen miłosnych (protekcjonalny Nataniel, Mateusz jak wyżej) i zaręczyn. Tyle romantyzmu!
Marty już nie spotka… Och, po co ci druga Marta, durniu?! Do następnej będziesz wzdychał całe lata?! Marianna! Taka kobieta jest ci pisana, a nie panie doktorowe, co nigdy na ciebie łaskawym okiem nie spojrzały!Znowu motyw pt. podludzie muszą trzymać się razem. Abstrahując od podejścia autorki, powinni dostać order Toksycznej Pary 2018.
– Ja mam coś dla ciebie, Marysiu, coś dla ciebie mam. Zaraz tutaj… – Przeszukał jedną kieszeń spodni, potem drugą i wreszcie drżącą dłonią wyjął niewielkie pudełko. W niezgrabnych palcach mężczyzny błysnął skromny złoty pierścionek z cyrkoniowym oczkiem. (…) – Zechciałabyś mnie, duszeńko, za męża? Tak, wiesz, na wieki wieków, amen?Złoto pewnie próby 333, jak szarpnął się na tę cyrkonię, zwłaszcza w porównaniu do obdartusa Nataniela, który wszystkie oszczędności wydał na szmaragdy dla Zosi. Nie mógł wypożyczyć Magdy, by mu doradziła, że lepiej kupić srebro z jakimś naturalnym kamieniem w tej samej cenie, czy pierścionek też tachał ze sobą od dnia, gdy poznał Martę?
Marianna pocałowała go w usta. To wystarczyło za całą odpowiedź.No, zgodziłaś się? To załatwione! Jedziemy! Co tam, że Antosi do tego momentu w książce nie było. W końcu jesteśmy w przedostatnim rozdziale, trzeba odbębnić bachora z okładki.
– To co, zbieramy się?! – wykrzyknął uradowany, gdy zaręczynowy pierścionek ozdobił dłoń kobiety. – Jedziemy do Antosi?
Mała, najwyżej czteroletnia dziewczynka siedzi w kącie niewielkiej, jasnej sali i słucha, jak delikatnie opadają tęczowe mydlane bańki.Powtórka z prologu. Dziecko wśród baniek mydlanych płacze do mamy, a przytula je Marianna. Koniec fragmentu. Przeskakujemy do Mateusza, który kłóci się z dyrektorką ośrodka.
– Ta dziewczynka potrzebuje rodziny – upierał się Mateusz, chociaż doprawdy nikt się z nim nie sprzeczał. Każde bez wyjątku dziecko powinno mieć kochających rodziców, mamę, tatę… – Tutaj ma jej namiastkę. Przyjeżdżamy z Marysią codziennie.Punkty dobra się same nie zapracują, a przecież na początku drugiego tomu chwalił się, że jeździ raz w miesiącu na pokaz trwający godzinkę czy dwie z Reksiem.
– Panie Mateuszu, proszę nas zrozumieć… – odezwała się dyrektorka błagalnym tonem. Jej samej ściskało się serce na myśl, że musi oddać to biedne, niewidzące niebożątko do sierocińca, podczas gdy tutaj Tosia była pod opieką wykwalifikowanego personelu, ale… – Zamykamy ośrodek na czas remontu.Pomiędzy jedną wypowiedzią a drugą narrator przybliża nam przeszłość Tosi. Czego tu nie ma!
Dwa miesiące temu ta dziewczynka miała jeszcze mamę, tatę i dwóch niewiele od niej starszych braci. Wyrwali się ze szponów wojny we wschodniej Ukrainie i uciekali jak najdalej od koszmaru, do spokojnej, bezpiecznej Polski. Mężczyzna zasnął za kierownicą – takie były przypuszczenia śledczych – zjechał na przeciwległy pas, wprost pod koła rozpędzonego TIR-a. Z całej pięcioosobowej rodziny ocalała jedynie Tosia. Wypadła z wraku samochodu.Znaczy cztery osoby zginęły, a czteroletnia Tosia wyszła bez szwanku z przymusowej ewakuacji przez przednią szybę albo coś. Pewnie od lat ćwiczyła przyjmowanie pozycji pocisku w takim wypadku. W tajnych służbach.
Znaleziono ją dopiero o świcie, jak pełzła przed siebie, nie widząc nic oprócz czerni. Uszkodzony mózg przestał odbierać obraz świata. Wyłączył się.
![]() |
| Pełzająca Tosia po wymordowaniu swojej rodziny |
Od czasu, gdy ją znaleziono, aż do dziś Tosia Kurylek – taki dokument miała przy sobieAle że czterolatka stała się żywą torpedą podczas kolizji z tirem, po lesie biegała lepiej niż partyzant, próbując ukryć się przed służbami i mamy rozumieć, że w trzeźwości umysłu zabrała z wraku auta swoje dokumenty? Czy aby na pewno nie jest to kremlowski szpieg, który grał na czas, próbując podrobić papiery pod sosną, nim po niego przyjdą?
wypowiadała jedynie to słowo: „Mama, mamunia”.No proszę, nic z niej nie wyciągną torturami!
– Może… pani dyrektor… może zabierzemy ją na czas remontu do siebie? – odezwał się Mateusz błagalnie. – Jesteśmy, ja i Marianna, porządnymi ludźmi. Nieba Tosiuni przychylimy. Bardzo proszę…Oj, ani Mateusz, ani Marianna nie ma pracy. Kto mógłby przygarnąć Tosię?
– Panie Mateuszu, wierzę panu! – wykrzyknęła z rozpaczą dyrektorka ośrodka. – Przychodzi pan do nas z Reksiem od lat tylko po to, by dać trochę radości naszym podopiecznym. Kochają pana i kochają Reksia, ale… proszę zrozumieć… są procedury… To nie takie proste! Gdybyście mieli państwo status rodziny zastępczej, jednak… biorąc pod uwagę niepełnosprawność pani Marianny… i pana wiek… i to, że nie posiada pan dobrego, gwarantującego stały zarobek zawodu… Proszę się nie gniewać, ale wątpię, czy jakikolwiek sąd powierzy Tosię państwa opiece.
– Zosia – odezwała się nagle Marianna, która zwykle przy obcych milczała. – Muu-usimy wróó-óócić z Zo-oo-osią.Nie ma to jak NAGLE stwierdzić, że nie ma czasu do stracenia i zmuszać córkę do adopcji szpiega zaraz przed ślubem. Wszystko oczywiście na Zosinej głowie, bo Nataniel zmieniający miejsce zameldowania co parę miesięcy, mający na koncie wiele rozpraw, zapewne ścigany przez pana Lubaszkę o zwrot zaliczki i bez stałego zatrudnienia ma marne szanse, by samemu uzyskać status rodziny zastępczej.
Zosi nie ma nawet w domu, bowiem Magda wyciągnęła ją na zakupy, żeby pokazać jej, jak bardzo nie ma nic do gadania. To znaczy Zosia przymierza kolejne suknie ślubne, po czym płacze, kiedy Magda każe oddać te, które jej się podobają…
– Była naprawdę piękna – odezwała się Zosia słabym głosem. – Miała śliczny tren i koronki… Skromna i szykowna.Nie ma to jak kontrola nad własnym życiem i weselem. Przecież i tak nie będzie na nim żadnych przyjaciół Zosi, ponieważ Nataniel postanowił wyprawić je w święto, które każdy spędza z własną rodziną. Dlatego nieważne, co Zosia sądzi o sukni, ma się podobać kumplom Nataniela, którzy sami rodzin nie mają.
– Skromna i szykowna będziesz w trumnie! A tren ci Nataniel skomponuje! – rozeźliła się kobieta. – W dniu ślubu masz rzucić na kolana tych, co byli tak durni, że ci się nie oświadczyli!
– Ale ja ich nie chcę! (…)
Zosia, gdy jej przyszła szwagierka nawet nie zerknęła na następną propozycję i odesłała ją do magazynu, była bliska płaczu.
– Chodź, laska. – Magda pociągnęła ją do wyjścia. – Wstąpimy do hurtowni tkanin. Tam ci pokażę, jak powinnaś wyglądać.
I cóż… Przez następną godzinę Zosia stała sztywno niczym manekin, podczas gdy Magda uwijała się dookoła niej, upinając kilometry białej satyny i tiulu.
Wróciły do samochodu. Kobieta, zadowolona i niecierpliwa, już chciałaby mieć miękką tkaninę w rękach, drapować ją na manekinie, wyobrażając sobie, że jest to panna młoda, zaś owa panna przerażona, że najważniejszy dzień w swoim życiu będzie zależeć od szalonej projektantki.Ledwo usiadła w samochodzie, ale nie odpocznie, bo już dzwoni Mateusz i krzyczy, że ma natychmiast adoptować dziecko.
– Zosiu, córeńko, gdzie się podziewasz?! – Usłyszała głos Mateusza, gdytylko odebrała połączenie. Nie dał jej dojść do słowa. – Słuchaj, dziewczynko kochana, musisz pojechać do Olsztyna, Nataniela już tam wysłałem (…), czeka na ciebie pani dyrektor. Jest taka sprawa, Zosieńko, taka mała dziewczynka, sierotka, ona bardzo ciebie i Nataniela potrzebuje.Podsumujmy: Zosia nic nie wie o Tosi. Mateusz jeździł do niej od czasu do czasu, po czym nagle postanowił adoptować, bo ośrodek postanowił przeprowadzić remont. Nie ma jednak ani sił, ani środków na opiekę nad dzieckiem, dlatego dzwoni do „córci” z małą prośbą.
– Panie Mateuszu – odezwała się ostrożnie dziewczyna – czy mówi pan o dziecku, które potrzebuje rodziny zastępczej?A nie, chyba jednak nie. Dla Zosi Mateusz to nadal „pan”, z którym nie miała zbyt wiele do czynienia.
– Nie, Zosiu, mówię o dziecku, które potrzebuje rodziny. Bez „zastępczej”.I koniec rozmowy. Mateusz chyba po prostu oświadczył Zosi, co ma robić, do tego zbeształ za sugestię o rodzinie zastępczej (ale chodzenie na skróty!), po czym się rozłączył. Zosia to jednak popychadło, dlatego w pięć minut znajduje się pod ośrodkiem, Nataniel też przyjeżdża.
– Mama? Mamunia?Dziecko chyba wie, że to oszustka, bo mówi w obcym języku. Swoją drogą Zosia chce straumatyzować Emilkę, kradnąc jej przydomek i przypisując nowemu dziecku. Widać, że mało wie o psychologii dziecięcej.
(…) Z pociemniałych oczu popłynęły wielkie łzy. Zosia wyrwała rękę z uścisku Nataniela i biegiem ruszyła do dziecka. Porwała je w ramiona, przytuliła z całych sił i wyszeptała:
– Już jestem, skowroneczku. Już przy tobie jestem…
Dyrektorka musiała być bardzo konsekwentną osobą, bo chociaż żadna rozmowa, ani procedura adopcji nie zostały opisane, to musiało to wyglądać mniej wiecej tak:
Dyrektorka: Ja jestem tylko dyrektorką, nie podejmuję tu decyzji, są procedury i musieliby państwo być rodziną zastępczą, a nikt nie da dziecka parze z niepełnosprawnością i bez dochodu
Marianna: Spoko, wyślemy moją córkę, to niewolnik
Zosia: To ja, to mój narzeczony wściekły alkoholik, gdzie dziecko?
Dyrektorka: No tak, to jednak ja podejmuję decyzje, zapakować sierotkę do torby, czy tak weźmiecie?
ROZDZIAŁ XXVII: I ŻYLI KRÓTKO I TRAUMATYCZNIE
To już koniec. Zamknęliśmy wszystkie wątki, odhaczyliśmy dziecko z okładki, a Zosia utraciła szansę, żeby zadecydować choćby w najmniejszym szczególe o swoim życiu: nadszedł dzień ślubu.
Emilka i Tosia w identycznych sukienkach (robota Magdy) niosą koszyczki z różami w kościele, który wygląda pięknie, bo Magda przystroiła go w płatki śniegu. Widzicie, praca w korpo w Warszawie pozwala jednak na długie urlopy i intensywne życie poza pracą.
Krótka retrospekcja, jak Nataniel przyprowadził Tosię do domu:
– Miluszko – powiedział wtedy, klękając przed swą sześcioletnią siostrą – Zosia za chwilę przyprowadzi dziewczynkę, która straciła swoją mamę i swojego tatę. Jest zupełnie sama, tak jak ty kiedyś, pamiętasz?Pamiętasz, jak MAMA IWONKA cię porzuciła? I kto cię przyjął, no kto??? Jaka ciocia Marta, o czym ty bredzisz, JA!
Chcemy się nią zaopiekować. Może zostanie naszą córeczką, a twoją siostrzyczką. Proszę cię, Emilko, bądź dla niej dobra.Emilka zaraz się całkiem pogubi, czyją jest córką, czyją siostrą, i czy ma matkę, bo w jej przypadku zarówno biologiczna jak i przyszywana jeszcze żyją. Za to ojciec biologiczny nie, więc Nataniel może mieć funkcję brata i ojca.
Wracamy do ślubu, bo Zosia wchodzi do kościoła.
W sukni wyczarowanej przez Magdę, lekkiej i zwiewnej, ozdobionej miriadem kryształków, niepozorna aż do dziś doktor Micińska przeistoczyła się w postać z baśni. Kryształki lśniły, rzucając na rozpromienioną szczęściem twarz dziewczyny delikatne błyski.Musi być zachwycona, chciała skromnej sukni ślubnej.
Para staje przed ołtarzem, Nataniel patrzy na narzeczoną.
Czuł… ukojenie. Tak właśnie. Odnalazł drugą połówkę duszy. Dziewczyna, którą miał przed sobą, spoglądająca nań nieśmiało zza mgiełki welonu, będzie towarzyszyć mu na drodze życia.Chyba że umrze na białaczkę, o czym było tyle gadania.
Autorka zauważa, że za dziesięć sekund dedlajn, a miał być jeszcze jeden zwrot akcji:
Płatki śniegu, które wirowały do tej pory w powietrzu, opadły na ich głowy jak błogosławieństwo aniołów. Mała Tosia wyciągnęła rączki i łapała skrzące się drobinki.Tosia zamrugała oczami.
– Bliadź! Nie ta rodzina! – Zarzuciła karabin na plecy i wybiegła z kościoła.
Miłość, najpiękniejsza, najczystsza miłość – tylko ona – sprawiła kolejny cud…Tak, w ostatnim zdaniu Tosia, którą poznaliśmy sześć stron temu (bo nie powiecie mi, że bezimienne dziecko w prologu długim na dwa akapity liczy się jako przemyślane wprowadzenie postaci) odzyskuje wzrok. No ale przecież gdyby dziecko od początku widziało, nie byłoby wystarczająco straumatyzowane samą utratą całej rodziny, a gdyby dalej było ślepe, za dużo byłoby roboty z opisywaniem czynności, jakie wykonuje.
KONIEC
I tyle! Jesteśmy dopiero w połowie serii, choć premiera ostatniego tomu będzie przed Bożym Narodzeniem. Ale nic się nie martwcie, gdy zaczynałam pisać analizę, były tylko dwa tomy. Michalak szybciej pisze, niż ja analizuję, w międzyczasie wydając inne całe sagi.
A co czeka nas w kolejnej książce? Nataniel przestaje być jedynym głównym bohaterem i będzie musiał podzielić się tą rolą z nowymi, bardzo nudnymi postaciami… Jeszcze się zastanowię, jak to rozwiązać. Za to znani nam bohaterowie będą robić cyrki, jakich jeszcze nie widzieliśmy, byle nie siąść przy drugiej połówce i porozmawiać, rozwiązując problemy. Dużo manipulacji, toksyczności, sensacji, umierania, a na okładce czwartej części… jeszcze nowsze dziecko!
PS Na Facebooku Kasi pojawiła się sonda, gdzie można wybrać tylko TAK lub NIE. Bez wyjaśnienia, bez niczego. Czytelnicy wpadli w panikę, że zamierza zabić Siergieja Sodarowa (przepraszam, Sergeja Sadarowa z komentarzy), bo już wcześniej tak postąpiła. Tak, dramatyczna śmierć Marty to wynik sondy. Trochę metoda pisarska na rzut monety, czyż nie?







Odkrylam, czemu wywalilo mi poprzedni komentarz: Byl za dlugi :D
OdpowiedzUsuń"O ewentualnej adopcji przed ślubem nie ma co myśleć" - Mozna, samotne osoby w Polsce zostaja rodzicami adopcyjnymi.
"Dziewczynie po takich przejściach, jakie ma za sobą Zosia Micińska, tak… okaleczonej, z tak poważną „usterką”, jaką jest niepłodność, nie wystarcza „mieszkanie razem”. " * wyrzuca monitor przez okno * Kristupanie, niezla wiktymizacja.
"Nataniel nie jest przekonany, ponieważ z napromieniowanych i dogorywających komórek Zosi będzie najwyżej brzydki mutant.
– Nie musiał kończyć, czym nie chce ryzykować. Pragnienie posiadania dziecka było u Nataniela przemożne, ale… zdrowego dziecka.
– Rozumiem – odparła Magda cicho i ze smutkiem. – Ta komórka nie musi pochodzić od Zosi." - Ten watek jest tak zly na tak wielu poziomach, ze to az budzi podziw.
"Przeprosił właściciela stworzenia, wyciągnął dziewczynę na korytarz, ujął jej twarz w dłonie i zapytał, z trudem łapiąc oddech:
– Weźmiemy ślub za sześć tygodni? W Boże Narodzenie?
Odciągnął ją od jakiegoś umierającego psiaka i jego zestresowanego właściciela. Na korytarz pełen oczekujących na swoją kolej. Wczujmy się." - Oraz trzyma ja w taki sposob, ze jesli odmowi, momentalnie skreci jej kark.
"I nie pytam, czy chcesz wziąć ze mną ślub, tylko kiedy. Za sześć tygodni. W Boże Narodzenie... Nie, na miłość boską! Właściwie nawet cię o to nie pytam, tylko się tego domagam!!! Powiedz tak albo...
Czujecie tę grozę? Nataniel w połowie zdania zorientował się, że niepotrzebnie pyta kobietę o zdanie.
Nataniel wsunął rękę pod jej fartuch, między uda dziewczyny, i wyszeptał:
– Albo zdejmę ci dżinsy, wejdę w ciebie i będę cię brał tutaj, na korytarzu, przy ludziach, dotąd, aż powiesz „tak”.
Ale śmiesznie, nie mogę! Robimy tak jak ja chcę, albo cię zgwałcę na środku przychodni i stracisz robotę, szacunek i twarz we wsi." -
...
...
...
... chryste.
Przypomina mi sie smutna opowiesc Katarzyny Figury, jak jej przemocowy narzeczony sie oswiadczal - wyprowadzil ja na jezioro, gdzie ledwie siegala dna i zlozyl propozycje nie do odrzucenia.
"Nataniel nadal trzymał dłoń między jej udami i… naciskał." - Jedyna sluszna reakcja to "Spierdalaj." I moze jeszcze zlozenie wniosku o restraining order, jakkolwiek to sie po polsku nazywa.
"– No – skwitował jej „tak” Nataniel. – Pójdę do domu poczytać gazetę.
Czy „czytanie gazety” to jakiś eufemizm? Czy to czasopismo o specyficznym profilu zawartości? Czy właśnie to miał na myśl Nataniel, gdy w pierwszym tomie mówił, że uwielbia czytać?
Wrócę za maleńki kwadrans i dokończymy, bo… ciasno mi." - To se guzik rozepnij, obrzydliwcze. To miala byc romantyczna scena? Cos, do czego czytelniczki mialyby wzdychac? Khhhhh.
"jeśli Marianna cieszyła się na dziecko, to powinna myśleć o jego przyszłości, a nie szlachetnie sobie umierać." Moze to inspiracja Gwiezdnymi Wojnami, gdzie Amidala umarla po porodzie "bo tak". :P
"Ją, Marysię Micińską, mniejsza o to, że nie tak piękną i mądrą jak Marta, mógł nie tylko bezkarnie kochać, ale i mieć przy sobie.
Czyli zdaniem Mateusza jest głupia, naiwna, dość brzydka, ale ładniejsze uciekły, a ta ma chore nogi. Ideał!" - Aaaaaaa * wychodzi z siebie, nie wraca *
"Mógł znienacka porywać ją w ramiona i tulić, tulić do utraty tchu, nie bojąc się, że Marianna go odepchnie." - Bo jest, kurnac, niepelnosprawna ruchwo, a ten buc to wykorzystuje. Super.
"Gdy brał ją, starając się być uważnym i delikatnym, szeptała mu słowa miłości. Nie przeżywała rozkoszy, przynajmniej on o tym nie wiedział, ale wystarczyło jej, że daje rozkosz jemu. Czuła się potrzebna. Niezbędna! I to dla Marianny było wszystkim." - Rzyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyg!
"Aż do dnia, gdy oboje zrozumieli, że jedno nie istnieje bez drugiego, a taką miłość, jak pan z niewolnicą, to Mateusz może sam ze sobą uprawiać." - Co? W ogole nie rozumiem tego zdania ani jak sie laczy z tym, co do tej pory ustalono. Laczy ich milosc (wiec fajnie), ale Mateusz dostrzegl, ze uzywanie drugiej osoby jako przedmiotu i wibratora jest niehalo (wiec jednak niefajnie)? Nie rozumiem, czy to znaczy, ze ich relacja jest dobra czy zla.
Usuń" Gdy wróci z dortmundzkiej kliniki, nie będzie skazana na wózek, może nawet odrzuci kule! Stanie się zwyczajną, nawet niebrzydką kobietą, jakich tysiące!" - Brak wozka zmienia rysy twarzy? Czy tez zalapala sie na refundacje korekty nosa i zgryzu?
"Mateusz nagle zrozumiał dwie rzeczy: że kocha Mariannę taką, jaka jest, i właśnie za to, że taka jest: niepełnosprawna, za to cała jego, i że może ją stracić." - Spierdalaj. (Ja normalnie nie przeklinam, tak w sieci jak i w zyciu, ale ten syf wywoluje moje najgorze instynkty).
"Pokroją cię Szwaby, a może wcale nie chcą cię leczyć, tylko na narządy przerobią." Co kurwa.
"Wreszcie… gdy usłyszała, jak nazywa ją „duszeńką”… słowem, którym obdarzał tylko Martę… bez słowa wyjęła mu list z ręki i wrzuciła do ognia." A mnie odjelo mowe i trwam w stuporze. Co za skurwysyn.
Usuń"Nie musiał wiedzieć – i nigdy się nie dowie – że ten list napisała ona sama." Co kurwa.
" To co, zbieramy się?! – wykrzyknął uradowany, gdy zaręczynowy pierścionek ozdobił dłoń kobiety. – Jedziemy do Antosi?" Kogo? o.O
"Mała, najwyżej czteroletnia dziewczynka siedzi w kącie niewielkiej, jasnej sali i słucha, jak delikatnie opadają tęczowe mydlane bańki." To ma sluch nietoperza, bo banki jakie znam opadaja bezglosnie.
"– Panie Mateuszu, proszę nas zrozumieć… – odezwała się dyrektorka błagalnym tonem. Jej samej ściskało się serce na myśl, że musi oddać to biedne, niewidzące niebożątko do sierocińca" - Dziesiec lat temu mniej wiecej, bedac czlowiekiem nie majacym nic wspolnego z tematem dzieci, uzylam slowa sierociniec i zostalam natychmiast pouczona, ze mowi sie dom dziecka. Ta ksiazka powstala zaledwie kilka lat temu, a wypowiada sie dyrektorka osrodka, ktora sama powinna lepiej wiedziec, jakiej nomenklatury sie uzywa...
"– Była naprawdę piękna – odezwała się Zosia słabym głosem. – Miała śliczny tren i koronki… Skromna i szykowna.
– Skromna i szykowna będziesz w trumnie! A tren ci Nataniel skomponuje! – rozeźliła się kobieta. – W dniu ślubu masz rzucić na kolana tych, co byli tak durni, że ci się nie oświadczyli!
– Ale ja ich nie chcę! (…)" - Wow. Maz przemocowiec, szwagierka przemocowiec, ojczym przemocowiec. Zyc nie umierac.
"Podsumujmy: Zosia nic nie wie o Tosi. Mateusz jeździł do niej od czasu do czasu, po czym nagle postanowił adoptować, bo ośrodek postanowił przeprowadzić remont. Nie ma jednak ani sił, ani środków na opiekę nad dzieckiem, dlatego dzwoni do „córci” z małą prośbą." - Slabi mni to ze nie wiem.
"Dyrektorka: Ja jestem tylko dyrektorką, nie podejmuję tu decyzji, są procedury i musieliby państwo być rodziną zastępczą, a nikt nie da dziecka parze z niepełnosprawnością i bez dochodu
Marianna: Spoko, wyślemy moją córkę, to niewolnik
Zosia: To ja, to mój narzeczony wściekły alkoholik, gdzie dziecko?
Dyrektorka: No tak, to jednak ja podejmuję decyzje, zapakować sierotkę do torby, czy tak weźmiecie?" - Piekne :D
"Zosia utraciła szansę, żeby zadecydować choćby w najmniejszym szczególe o swoim życiu: nadszedł dzień ślubu." W sumie to mam flashbacki z 365 dni :P
"Chcemy się nią zaopiekować. Może zostanie naszą córeczką, a twoją siostrzyczką." - Ale WTF przeciez tym dzieckiem mieli sie opiekowac Mateusz z Marianna.
"ozdobionej miriadem kryształków" A nie miriadą? https://pl.wikipedia.org/wiki/Miriada
O rany. O rany rany. Z jednej strony, bez twoich analiz bedzie smutno i pusto (znaczy, w tej pauzie zanim przygotujesz kolejny tom). Z drugiej, to zakonczenie podnioslo mi cisnienie tak mocno, ze moze przyda mi sie troche oddechu pomiedzy :P
O, to ciekawe. Myślałam, że mogą być tylko rodzicami zastępczymi. Też pytanie, na ile samotna osoba ma większe szanse na adopcję od małżeństw.
UsuńZastanawiałam się długo, czy Michalak chciała napisać romantyczną scenę z ustalaniem daty ślubu – albo seksowną, z męską dominacją, by czytelniczkom szybciej zabiły serca. Z jakiegoś powodu narrator chwali Nataniela i gloryfikuje to, że traktuje Zosię jak szmatę. Nie da się tego inaczej opisać, jak namawia ją na stosunki przy świadkach i co chwilę podkreśla „ta fajna laska to moja kochanka”. Tylko co fajnego w ciągłym poczuciu wstydu?
Zosia urodziła się w 1993, a trylogia z Amidalą powstała parę lat później, więc może narrator profetyczny podsunął Mariannie takie rozwiązanie :D ewentualnie Marianna tak bardzo łaknęła uwagi otoczenia, że wymyśliła wczesne macierzyństwo, jak się jej już "przydarzyło" (nie mogę, jak lekko jest ta tragedia opisana).
Też mam wrażenie, że w tym fragmencie z tuleniem Mateusz wykorzystuje niepełnosprawność Marianny… ewentualnie łudzi się, że to jej cecha osobowości, tak jak Marta wszystkim się wyrywała i robiła awantury z niczego.
Chyba we fragmencie z fałszywym listem miała nastąpić epokowa scena w literaturze Michalak: scena stawiania granic przez kobietę. Przez podstęp, ale mimo wszystko. A wyszło jak zwykle.
Rozumiem, że na jej wyładnienie miałyby wpływ mięśnie twarzy, które zaczęłyby jej "słuchać" i po wyćwiczeniu się skrócić. I normalna mimika.
Może ten "sierociniec" w ustach dyrektorki ma sugerować prowincjonalność placówki? Znaczy gdyby to był przemyślany zabieg ;)
Scena z Magdą miała być chyba pozytywna: rozwrzeszczana szwagierka zmusza nieśmiałą Zosię, by pozwoliła sobie na ekstrawagancką sukienkę. Szkoda że Zosią pomiatają wszyscy jednym ciągiem i tylko robi się coraz bardziej żal dziewczyny.
Magdy tego świata są popularne i raczej nie przyjaźnią się z szarymi myszkami, więc Zosi może ewentualnie schlebiać, że wybrała ją zamiast koleżanek (ona akurat ma znajomych!) nawet jeśli tylko po to, by udobruchać Nataniela. Ku mojemu zaskoczeniu toksyczność Magdy będzie się odbijać na jej relacji z Siergiejem. Marta była wredna wobec wszystkich, ale jemu dawała się zdominować i nie przeszkadzało jej, że nią pomiata. Magda i Siergiej są bardziej wyrównani w toksycznych zachowaniach, więc się Siergiej nacierpi :D
Ano, jest to trochę jak z 365 dni: dziecko niespodzianka i wesele bez najbliższych poza jedną osobą (z tym że Laura miała swoją koleżankę, a Zosia ma matkę. Chyba jej pozwolili na tyle? :P).
Mateusz z Marianną nie mogą się zajmować dzieckiem, więc umywają ręce. Punkty dobra dostali, więc po co się jeszcze męczyć przy dziecku o specyficznych potrzebach? :D Dobrze, że stronę dalej wyzdrowiało.
Masz rację, miriadą. Zapewne Michalak albo usłyszała angielskie "myriad", albo zawsze stykała się z tym słowem w liczbie mnogiej. Jak to napisałaś, też się zaczęłam zastanawiać :D
Nic nie obiecuję, ale przerwa może być ciut krótsza, bo materiału jest mniej – książka zaczyna się wprowadzeniem pary nowych ważnych bohaterów, tym razem faceta z kikutem ręki i dziewczyny ze skoliozą. Brzmi zupełnie jak pierwsze rozdziały z Natanielem, ale jeszcze bardziej drętwe. Książka się rozkręca dopiero w jednej czwartej, gdy nowi poznają głównych bohaterów, więc pewnie pominę sporo zbędnych wątków. Na szczęście piąty tom nie ma tego problemu.
TOSIA TO MOJA NOWA ULUBIONA BOHATERKA, ŻEGNAJ OLIWIO. No dobra, bardziej Twoja wizja Tosi. Mała dziewczynka będąca ruskim szpionem to totalnie mój typ postaci.
OdpowiedzUsuńCo do reszty, to nawet nie wiem, kurnać, jak to skomentować. Chyba dlatego podczas lektury nic mi nie opadło, bo wszystko, co miało opaść już dawno to zrobiło.
Szkoda, że w kolejnych częściach Tosia podzieli los Emilki sprowadzonej do słodkiego rekwizytu… pojawi się za to nowe dziecko (a jakże!), którego trauma – w przeciwieństwie do traumy tych dziewczynek – będzie istniała w świadomości bohaterów.
UsuńOkej, wątek Marianny (i jej pożal się Boru romąs z Mateuszem) jest oficjalnie najobrzydliwszym wątkiem tych książek - a konkurencja jest silna.
OdpowiedzUsuńMagda to z kolei kopia Alice Cullen, z Zosią w roli bezwolnej Belci niemożnej wybrać własnej sukni ślubnej.
Analiza jak zwykle miodna, nawet taki leniwiec jak ja w końcu skomentował. Czekam na więcej <3
Duslawa
Zgadzam się, w wątku Mateusza i Marianny zdecydowanie jest coś obrzydliwego. Nie jestem w stanie dojrzeć w tym wesołego zakończenia pod tytułem "Mateusz wreszcie znalazł sobie dziewczynę", bo z tekstu aż bije pogarda dla tych postaci, a przede wszystkim – pogarda Mateusza do Marianny. Jego protekcjonalność i robienie z niepełnosprawności partnerki niemal fetyszu, bo dzięki temu jest od niego uzależniona… a nawet rozumiałabym, gdyby miewał mimowolnie czasem takie myśli po wielu zawodach miłosnych – nie da się jednak w żaden sposób z nim empatyzować, gdy zakazuje jej leczenia. Zdrowie ponad wszystko, zwłaszcza że sam był parę na granicy śmierci i Marianna byłaby pozostawiona sama sobie, dalej chora.
UsuńDziękuję :)
„Odnalazła w gazetach sprzed kilkunastu lat notki o brutalnym gwałcie na niepełnosprawnej, zażądała w sądzie akt, które dały pewność jej podejrzeniom” – przepraszam uprzejmie, w jakim sądzie i jakich akt, skoro żadnego aktu oskarżenia nie wniesiono? Sąd trzymał w aktach wycinki prasowe na wszelki wypadek, gdyby prokuratorowi się zachciało działać, czy jak?
OdpowiedzUsuń„Gdy brał ją, starając się być uważnym i delikatnym, szeptała mu słowa miłości. Nie przeżywała rozkoszy, przynajmniej on o tym nie wiedział, ale wystarczyło jej, że daje rozkosz jemu. Czuła się potrzebna. Niezbędna! I to dla Marianny było wszystkim.” – niby nic, ale serio, nie rozumiem, dlaczego autorka tak precyzyjnie odebrała jakąkolwiek radość, która nie wynikałaby z poświęcenia. Naprawdę, jakby samo istnienie Marianny dla siebie, a nie dla kogoś innego lub dla świata, było jakąś skazą, która potencjalnie mogłaby przekreślić Mariannę jako pozytywną bohaterkę (w oczach autorki).
„Michalak szybciej pisze, niż ja analizuję, w międzyczasie wydając inne całe sagi” – bo ty myślisz nad tym, co analizujesz, a ona… no cóż.
Tosia w twoim wyobrażeniu faktycznie zapowiada się fantastycznie, aż się chce fanfikować.
Serio ona odzyskała wzrok z okazji ślubu Nataniela i Zosi? Naprawdę to wygląda jakby autorka parodiowała samą siebie albo wrzuciła jakiegoś Easter Egga czytelnikom, badając ich czujność.
Czyli kolejne bzdury prawnicze! A wydawać by się mogło, że Michalak będzie się trzymać z dala, bo natrudziła się wymyślaniem w poprzednim tomie. Szczerze mówiąc, nie umiem wczuć się w sytuację, w której nie robi kompletnie riserczu – przecież łatwiej sprawdzić i trzymać się ram rzeczywistości niż pisać na „a bo mi się wydaje” i łączyć nietrzymające się kupy zasady rządzące światem.
UsuńNie wiem, czemu autorka zrzuca na bohaterki dziesiątki nieszczęść, a dopiero gdy przejdą „próbę narratora” (zawaloną np. przez Oliwię, która I TAK poświęcała się cały drugi tom), mogą zyskać nieco statusu zamążpójściem. Rozumiem pisać swoje fantazje jak wspominana wyżej Lipińska - tu i tu mamy pięknych, ognistych brunetów w roli władczych gangsterów z zagranicy, którzy zakochują się bez pamięci w nieciekawych bohaterkach o beznadziejnym charakterze. Ale u Lipińskiej jest miłość ZA coś (bo jej się należy, jak to w fantazjach), a u Michalak miłość POMIMO straszliwego cierpienia. To chyba już przyjemniej wyobrażać sobie tę złotą klatkę i spanie na kasie, dla czytelniczek i autorki… ale też target nieco inny, Michalak chyba zabawia panie pamiętające szarość PRL-u i pozbawione złudzeń, a Lipińska trafia do pokolenia, które nie boi się marzyć i chcieć nazbyt wiele.
Chyba największy łotdefak tej analizy, przynajmniej dla mnie:
OdpowiedzUsuńNataniel wsunął rękę pod jej fartuch, między uda dziewczyny, i wyszeptał:
– Albo zdejmę ci dżinsy, wejdę w ciebie i będę cię brał tutaj, na korytarzu, przy ludziach, dotąd, aż powiesz „tak”.
Kurrrrqsfdssdqaadds. Nie przesadzając, to jest jedna z najbardziej rzygliwych scen u Michalak, jakie czytałam, a czytałam analizy już z sześciu jej tworów. Co trzeba mieć w głowie, by uważać tę scenę za, nie wiem...romantycznie namiętną i całkiem normalną? Jak wyobrażać sobie zachowanie facetów, a w sumie to ludzi ogółem? Czy aŁtorka w ogóle wyobraziła sobie to, co pisze, a potem pomyślała "no zajebisty pomysł, och jaki ten Nataniel namiętny, każda kobieta by takiego chciała"? Jak te wszystkie psychofanki Michalak, w pochwalnych wierszykach nazywające wszystkich jej krytyków baranami, odbierają takie sceny?
Czasem aż żałuję, że jednak w tym kraju nie mamy cenzury.
Ano. Jestem ciekawa, co zrobiłby Nataniel, gdyby Zosia nie zniosła już tego chamstwa albo chociaż zaprotestowała, bo wolałaby wesele zaplanować i upewnić się, że jej przyjaciele się pojawią. Nawrzeszczałby na nią przy pacjentach i ich właścicielach? Zrobiłby awanturę? Wyszedł z podkulonym ogonem, tracąc w swoich oczach status samca alfa, a później z nią zerwał z tego samego powodu? Nagle ma kasę z nieruchomości, może kupić inną chatę. Pasożytowanie nie jest już taką koniecznością, wyłącznie nawykiem tasiemca :P
UsuńW sumie po odrzuceniu w lecznicy Nataniel jako bogacz wyniósłby się do innej wsi, kupił ranczo i zostałby kolejnym tajemniczym Siergiejem ze złamanym sercem… koło życia!
Za każdym razem, kiedy wchodzę na tego bloga i patrzę na nagłówek, to zawsze, ale to zawsze odczytuję go "Analiza PATOLOGII mazurskiej". Pasuje idealnie. To chyba nie jest duża pomyłka, tak myślę.
OdpowiedzUsuńHahaha! Jakże trafne!
UsuńJa też. Za każdym razem.
Usuń24 year old Nuclear Power Engineer Arthur Cater, hailing from Madoc enjoys watching movies like Death at a Funeral and Lockpicking. Took a trip to Archaeological Site of Atapuerca and drives a Ferrari 410S. moja odpowiedz
OdpowiedzUsuń"Przy doktor Kraszewskiej zawsze silił się na elokwencję, musiał sprawiać wrażenie mądrzejszego, niż był." - O tak, utkwiła mi w pamięci ta elokwencja stworzonej na własne potrzeby gwary!
OdpowiedzUsuńPS czytam tego bloga od kilku dni i po prostu nie mogę przestać! Po książkę Michalaq bałabym się chyba sięgnąć, ale ta analiza to złoto!