4.7 Rozdział 25, 26, 27 i 28

ROZDZIAŁ XXV: ROZMNAŻANIE ZA PIENIĄDZE

Jadwiga się modli.
Nie była zbyt pobożna, nie wybaczyła Bogu śmierci męża i syna, nie modliła się od tamtego dnia o litość dla siebie, lecz dziś z całego serca dziękowała Mu za łaskę, jaką obdarzył dwie drogie jej sercu istoty.
Dzięki Ci, Panie Boże, że Damian w końcu zaruchał!
Gdy weszli do kuchni, nadal trzymając się za ręce, uniosła głowę. (…) Tak długo czekała, aż Damian wreszcie znajdzie tę jedyną…
– Dziękuję, Natalko – wyszeptała do ucha dziewczyny tak cicho, że można się było tych słów jedynie domyślić.
Na miejscu Natalii poczułabym się nieco zmanipulowana po takich podziękowaniach, jakby seks z Damianem odbył się na prośbę troskliwej Jadwini. Jak prostytutka, tylko bezpłatna.
– Możemy spać od dziś razem?
– zapytał Damian, dorosły człowiek, właścicielkę pensjonatu. W dodatku nie pomyślał, żeby temat poruszyć najpierw z Natalią:
– Przepraszam, nie zapytałem, czy tego chcesz… – zwrócił się do dziewczyny.
Cyrk. Na szczęście Natalia zgadza się, że to dobry pomysł.
Nie masz, ciociu, nic przeciwko? Do niczego… nie doszło. I na razie nie dojdzie. Po prostu byśmy razem spali.
Ciociu Jadwiniu, jeszcze jedno: czy masz coś przeciwko, żebym kąpała się GOŁA? Do niczego nie dojdzie, drzwi będą zamknięte.
A Jadwiga na to:
– Dzieci drogie, macie po dwadzieścia parę lat i pytacie starą ciotkę, czy możecie sypiać w jednym łóżku? I może nawet uprawiać seks?
No i gdyby Jadwiga na tym skończyła, uznałabym, że to całkiem dobra i sensowna odpowiedź. Bohaterowie się wygłupili, kobieta to zauważa, możemy przejść do innych wątków. Ale nie. Czytelników musi zacząć skręcać od zażenowania, dopiero wtedy można zostawić temat.
A sypiajcie sobie i kochajcie się do woli! Najszczęśliwsza będę, gdy z tego sypiania wyklują się małe Natalenki albo Damianiątka!
– Ciociu! – krzyknął chłopak, zbulwersowany.
– No co „ciociu”, co „ciociu”? – Dalej śmiała się dobrodusznie. – Nie wiesz, że z tego dzieci się biorą?
Nie komentujmy tego.
– Nie skrzywdziłbym własnego dziecka taką ręką (…).
– A ja takimi plecami (…).
– Wasze dzieci mają wszelkie szanse urodzić się zdrowe… – zaczęła, ale Damian pokręcił głową.
Nie była to dobra pora na takie rozważania. Może kiedyś, za kilka lat, gdy nadal będą razem, a pragnienie bycia rodzicami przeważy nad strachem, że dzieci urodzą się z wadą, powrócą do tej rozmowy, ale nie w tej chwili…
Zabawne, bo reszta książki jest mieleniem dokładnie tej dyskusji, a początek kolejnego tomu ją kontynuuje.

Ni stąd ni zowąd, Jadwiga przedstawia swoje plany wobec swoich dzieci ulubionych bohaterów.
– Zostałabym, ciociu, ale przecież po wakacjach nie będzie już dla mnie pracy.
– Masz dwadzieścia pięć lat, kochana moja – zauważyła Jadwiga – nie praca ci teraz potrzebna, a studia. To właśnie chciałam zaproponować: przez całe trzy miesiące nie pobierałaś wynagrodzenia, Damian zresztą też nie…
– Ciociu! Wynagrodzenie?! Za pomoc w domu?!
No dobrze, rozumiem, że nasi bohaterowie raczej się nie przepracowywali, a z lodówki korzystali do woli, ale jak Natalia miałaby się inaczej usamodzielnić, jeśli po miesiącach pracy nadal nie ma żadnych środków, które umożliwiłyby jej wyjazd i szukanie nowej pracy? Umowa z choćby symbolicznym kieszonkowym byłaby bardziej na miejscu.
– Tak właśnie: wynagrodzenie. Pomyślałam więc, że oboje zostaniecie w dworku na stałe, Natalka pójdzie na studia, Damian wróci do zawodu księgowego, a gdy nastaną wakacje, znów będziemy przyjmować wczasowiczów. Dobry plan?
Zostaniecie w dworku, ale będziecie studiować i pracować po drugiej stronie Polski? Jak się ma jedno do drugiego?
Natalia stwierdza, że chce studiować, bo to było marzenie jej mamy (ach, te motywacje bohaterów), a Jadwiga na to zaczyna im układać przyszłość.
– No i pięknie! W Ełku jest kilka uczelni. W Olsztynie jeszcze więcej. Damian mógłby pójść na informatykę, ma do tego głowę, ty, Natalko, na turystykę, bo chyba to polubiłaś. Jeśli nie, znajdziemy coś innego…
Informatyka w Ełku! Damian ma do tego głowę, widzę to po oczach. Co tam, że był wcześniej księgowym, to też jakieś liczenie, pewnie to samo. Turystyka to znowu oczywiście bardzo przyszłościowy kierunek, gdy chcesz prowadzić pensjonat, zwłaszcza jak idziesz tam dlatego, że szkołę wybierała ciocia Jadwiga. Chyba już lepsze są szkoły zawodowe typu hotelarstwo.
Ciekawe też, gdzie znajduje się dworek, bo od Ełk od Olsztyna dzielą dwie, trzy godziny jazdy. Czy Damian i Natalia mieliby dojeżdżać samochodem Jadwigi?
– Trzeba się więc pospieszyć, bo za miesiąc początek roku akademickiego! – zaśmiała się kobieta, widząc, jak oczy dziewczyny rozbłysły na samą myśl o studiach.
Zapisy na studia w październiku na kilka tygodni przed. Tak, to się na pewno uda.
A ktoś nie tak dawno temu zakończył edukację na szkole średniej, bo wstydził się krzywych pleców…
Boże, nie. Rezygnacja ze studiów z powodu krzywych pleców. Nie.
Natomiast drugi ktoś uciekł w księgowość i pracę w korpo, bo wstydził się krótszego ramienia…
Mam wrażenie, że ta książka obraża na różny sposób wszystkie grupy zawodowe.
– Może zdrzemniecie się ździebko i z samego rana, gdy tylko otworzą sekretariat, pojedziecie złożyć dokumenty? – podsunęła Jadwiga.
 Jadwiniu, zanim się złoży dokumenty, trzeba się na te studia dostać. Biurokracja jak z zapisem dziecka do przedszkola metodą rzutu przez płot.
– Wygodne, szerokie łóżko jest tam. – Wskazała drugi koniec korytarza i puściła oczko.
W sumie nie wiadomo dlaczego wskazuje to łóżko, bo dopiero co spali w trawie i chyba jest rano, a ci pokornie maszerują, aby się rozmnażać, jak im przykazano. Rozmnażanie za edukację, dziwny deal.


ROZDZIAŁ XXVI: BOHATEROWIE ODKRYWAJĄ ANTYKONCEPCJĘ I BOJĄ SIĘ BOZI
– No i super – rzekł Siergiej miesiąc później, patrząc na dwie grube fioletowe kreski, które podtykała mu pod oczy oszalała z radości Magda.
Dokładnie tak zaczyna się rozdział, nic nie wycinałam. Siergiej w dodatku odzyskał oko, bo ma przynajmniej dwa, jak wynika z liczby mnogiej. Obsikany patyk lekiem na wszelkie dolegliwości.

Magda z miejsca planuje odwiedzenie wszystkich znajomych i podtykanie im pod nos testu ciążowego, a Siergiej ma wątpliwości.
Na Boga, miał pięćdziesiątkę na karku! On i dziecko?! Pieluchy, przewijanie, karmienie, poklepywanie po pleckach, żeby się odbiło?! Poczuł, jak strach zaciska zimne palce na jego sercu. Co innego rzucić w chwili uniesienia: „Dam ci wszystko, czego pragniesz”, co innego, gdy słowo staje się ciałem i trzeba ponieść konsekwencje tego przyrzeczenia!
Tak, kręcił się w kółko przez kilka miesięcy, męcząc temat, nawet przyjechał z pierścionkiem zaręczynowym, ale "dam ci wszystko, czego pragniesz" to jednak tylko taki tam tekst w chwili uniesienia w trakcie gwałtu.
Po chwili takich rozmyślań Siergiej wpakowuje się do łazienki i zakręca Magdzie wodę pod prysznicem, żeby się pożalić.
– Magda – odezwał się takim tonem, że ona znieruchomiała z rękami pełnymi piany – ja chyba nie jestem gotowy. Myślałem, że jestem, co to dla mnie, miliony facetów zostają ojcami i są z tego powodu szczęśliwi, ale ja…? Własnego ojca nie znam. Nawet nie wiem, czy zmył się przed moimi narodzinami czy zaraz po. Matka… też nie była stworzona do macierzyństwa. Nie umiem przytulać dzieci, nie mam do nich cierpliwości…
Ile osób wychowało się w pełnej rodzinie? Nie licząc Iwony czy Sołtysiaka, gdzie występują inne formy patologii, to normalne, kochające rodziny mieli tylko Marianna i Mateusz, choć zaraz by się okazało, gdyby pogrzebać, że ojciec był tak naprawdę pijany, a matka sterroryzowana. Nie wiem, czy autorka nie umie pokazać zdrowych stosunków rodzinnych, ojca ubierającego choinkę z matką albo rodziców tańczących przy muzyce czy co?
Bez słowa pociągnęła go ku sobie. Zarzuciła mokre, nagie ramiona na jego szyję, pocałowała mocno w usta i zapytała szeptem:
– A mnie umiesz przytulać? Do mnie masz cierpliwość?
NIE, tylko nie przytulaj dzieci w taki sposób!!!
Nie zważając na suchą do tej pory koszulę, wszedł pod prysznic, przycisnął kobietę do piersi i zaczął całować zachłannie, na zapas, wiedząc, że już niedługo dostanie szlaban na seks i wszelkie związane z tym przyjemności.
– Możemy jeszcze? – wyszeptał gardłowym tonem, wsuwając dłoń między jej uda w poszukiwaniu rozkosznego miejsca, gdzie mógłby się zagłębić.
Tak, jak tylko potwierdzimy ciążę drugim testem, seks zrobi się niemoralny. Bozia patrzy.

Akcja zaraz przenosi się do Sennej, gdzie Magda wyskakuje z samochodu i krzyczy do Nataniela, co jej wyszło na patyku.
– Jestem w ciąży! Będziemy mieli dziecko!
– Madzia… to wspaniale! – wykrzyknął bez wahania. Magda nie przechodziła w dzieciństwie białaczki. Jej nic nie zagrażało.
I na pewno nie będzie: zdrowe i szlachetne kobiety nigdy nie miewają komplikacji.
– Widzisz?! – Zwróciła się do Siergieja. – Brat cieszy się bardziej niż przyszły tatuś!
– Tatuś się nie cieszy? – w głosie Nataniela zabrzmiała groźba.
Nataniel wychowawczo pobije Siergieja i wszystko się ułoży.
– (…) Madzia nie poprzestanie na jednym, więc trenuj, stary, trenuj! – Nataniel uśmiechnął się szeroko na widok miny Sodarowa. Lubił go drażnić. Czasem przypominało to zabawę z głodnym twojej krwi lwem, ale dziś to on, Nataniel, był sprite, a Siergiej – pragnienie.
Ech.
Dwukrotnie był już ze swoją Madzią na pobieraniu krwi, raz też na USG. Dzielnie udawał, że nie płacze, tylko oczy mu się spociły na widok bijącego serduszka,
Widzicie, oko odrosło permanentnie.
Będzie jeszcze zabawniej, gdy tydzień później okaże się, że Magda rzeczywiście jest w ciąży bliźniaczej… I spełni się przepowiednia Siergieja, że w następne wakacje trzódka Jadwigi powiększy się o dwa małe… bobo. Przy czym to drugie nie będzie należało do Natalii i Damiana, jeszcze nie, ale do niego, Sodarowa.
Może mam za dużo empatii wobec gangstera, ale nie podoba mi się ubaw narratora ze zestresowanego Siergieja ciągnący się jeszcze kilka linijek. Zaraz ucieknie zejdzie na serce z przejęcia i dzieci z tej przezabawnej ciąży mnogiej będą sierotami.
No i dzięki za spojler, narratorze! Mam wrażenie, że autorka nie wytrzymała z tym zdradzaniem zakończenia, które powinno być w jakimś stopniu niespodzianką. To nie ten rodzaj literatury, gdzie opis akcji jest ciekawszy od rozwiązania. Znaczy z założenia, bo akurat twórczość Michalak to kopalnia beki.
Zosia i Magda, dwie przyszłe mamusie, położyły splecione dłonie na brzuchach – jednym dużym, pełnym dziewczynki, i drugim jeszcze płaskim, w którym rosło dwoje dzieci (...).
[Natalia] Wtulona w Damiana, patrzyła rozmarzonym, trochę zazdrosnym spojrzeniem na dwie kobiety, promieniujące własnym światłem. (...) Strasznie chciała być na jej [Magdy] miejscu, ale oboje z Damianem nie posunęli się w pieszczotach jeszcze tak daleko.
Natalia jest w związku miesiąc, może dwa. Już przeżywa, że jeszcze nie jest w ciąży. Co się dzieje?
Zastanawia mnie też, jak te nagłe plany mają się do ekscytacji perspektywą studiów. Pozostaje mi założyć, że bohaterowie nie wyrobili się ze składaniem dokumentów we wrześniu w rekrutacji, która zazwyczaj odbywa się w lipcu...
Ona w marzeniach o macierzyństwie też nie.
To chce być na miejscu kobiety w ciąży czy nie? Konsekwencja.
Bardziej od pragnienia, by zostać matką, bała się, że dziecko może odziedziczyć wadliwy gen i przejdzie w życiu to, co przeszła ona.
Natalia zaczyna w myślach wielki wywód, że dziecko jej się urodzi nie tylko ze skoliozą, ale i bez ręki. Damian ma na pewno gen braku ręki, to nie FAS ani żadne problemy w ciąży, to musi być GEN, najnowsza kreacja ewolucji w postaci człowieka, który za pomocą braku ręki osiąga sukces w życiu.

Natalia zastanawia się, co jej matka zrobiła na widok pomiętego noworodka w kształcie akordeonu. To znaczy chyba wyobraża sobie, że po narodzinach wyglądała jak precel, podczas gdy skolioza zazwyczaj rozwija się dużo później.
Odwróciła wzrok od obu przyjaciółek, wysunęła rękę z uścisku Damiana, szepnęła: „Idę do łazienki” (…), weszła do sypialni, którą zajmowali z Damianem, ze skrytki w szafie wyciągnęła telefon, ten jedyny, którego nie potrafiła się pozbyć – z kartą używaną przez mamę i z nagraniem jej głosu – po czym wybrała numer.
Czemu potrzebowała telefonu i karty matki, żeby zadzwonić do matki?

Natalia głośno spowiada się nieżywej matce ze swoich trosk. Na tyle głośno, że (jak zwykle), ktoś ją słyszy. Wchodzi Nataniel i od razu zaczyna pocieszać, że uda jej się pokochać dziecko. Natalia nie jest przekonana:
– Ja miałam szczęście. Moja mama kochała mnie całym sercem. A mimo to przez dwadzieścia pięć lat, bez dwóch miesięcy, byłam żałosną zbieraniną kompleksów i pretensji do świata. (...) Mówisz, że je pokocham? Tak jak ty to swoje? Które mało nie zabiło twojej ukochanej Zosi? A gdyby ją zabiło? Nadal byś je kochał? Mimo wszystko?!
Subtelna ta Natalia.
– Masz rację – odezwał się, ważąc każde słowo – gdyby Martusia, tak daliśmy jej na imię, zabiła Zosię, odpukać, bo przecież poród jeszcze przed nami, z początku nie mógłbym na to dziecko patrzeć.
Oczywiście, że Martusia. Oby imię nie było klątwą, bo w kolejnej książce zejdzie na serce.
Z czasem współczucie dla małej Marty wyparłoby nienawiść, a jeszcze później zamieniłoby się w miłość. (…) Mama kaczka najbardziej kocha swoje brzydkie kaczątko, bo te śliczne i puszyste będzie kochać reszta świata. Małemu brzydalowi pozostaje tylko miłość matki.
XD trzeba było od razu: "masz twarz, że tylko matka cię pokocha".
Nataniel na koniec chwali się, że jego mama też nie żyje, a potem kończy myśl stwierdzeniem, że z czasem pokochałaby dziecko jak Damiana. Natalia stwierdza, że w takim razie jej przeszło, bo:
Tej nocy Natalia nie odepchnęła Damiana.
Z bezgraniczną miłością oddała mu swoje ciało, bez jęku zniosła ból pierwszego razu i przyniosła mu zaspokojenie, jakiego pragnął. Potem, jeszcze obolała, pozwoliła, by pieścił ją niemal do świtu.
CÓŻ ZA POŚWIĘCENIE!
Czyli nie uprawia seksu dla przyjemności, a mimo nieprzyjemności, "znosząc ból". Nie rozumiem jej motywacji, zwłaszcza że nie porozmawiała nawet z chłopakiem na temat swoich planów zostania matką po miesiącu związku. Jako że mężczyźni w tym uniwersum ogólnie nie są w tym temacie zbyt błyskotliwi, Damian najpewniej założył, że jego dziewczyna zabezpiecza się tabletkami i nie dopytywał; w końcu to jest to, co kobiety zaczynają brać po pierwszym pocałunku z chłopakiem. Ale będzie niespodzianka!

A Natalia? Nie wiem, jak rozmowa z Natanielem sprawiła, że poczuła się zmuszona przełamać się i "oddać mu swoje ciało". Dyskusja dotyczyła ewentualnej przyszłej ciąży, nie seksu dziś wieczorem. Mam wrażenie, że bohaterka bez wolnej woli została zmuszona przez narratora do zachowania nieprzystającego do jej psychiki, ponieważ o ile męskie okazywanie miłości to brutalność i zmuszanie do seksu, tak kobiecy alfabet miłosny polega na znoszeniu cierpienia i dostarczaniu go sobie nawet, gdy można mieć coś pięknego zamiast. Jak Marta, która pragnęła być z Siergiejem, dlatego zamiast zgodzić się na powoli rozwijający się związek z żaglówkami i romantycznymi wschodami słońca, jak on to widział, sześć lat go zwodziła, a potem od razu weszła w rolę konkubiny od gotowania i seksu. Zauważcie, że ile razy pojawia się temat dzieci, trzeba podkreślić, jak to się je rodzi w bólach. 
dziś wynagrodziła mu wszystkie poprzednie noce, kiedy broniła się przed jego „pragnę cię”
Czyli Damian ponoć nie naciskał, a jednak truł. Raczej nie pomagało, że zamówił u Jadwini wspólny pokój do spania. Zastanawia mnie też to "odpychanie" i "bronienie się". Śmierdzi mi to natarczywym partnerem, który wpędza dziewczynę w poczucie winy, bo potrzebuje seksu do życia, a potem trzeba mu "wynagradzać" ten straszny czas bez współżycia i prosić o przebaczenie.
Ale gdy zasnął, wtuliła twarz w poduszkę, żeby stłumić łkanie, i rozpłakała się.
Tak, Natalia spędza całą noc we łzach, bo jednak nie wie, czy chce być w ciąży. To muszą być zaawansowane problemy psychiczne, ewentualnie niezła manipulacja ze strony Damiana, trudno orzec. Jeśli tak mu zależało na seksie, to czemu nie zapytał, dlaczego mimo pieszczot w ogrodzie zainicjowanych przez Natalię, ta ciągle ma opory? Jego problem z brakiem seksu magicznie by się rozwiązał, gdyby odkrył, że wystarczyłoby kupić prezerwatywy.
…no i w sumie czemu tego nie zrobił, skoro od początku próbuje wyżebrać stosunek? Bo to taki tam, "dziewiczy opór", który trzeba przełamać, a antykoncepcja to problem kobiety?
Czekał, pieszcząc dziewczynę samym spojrzeniem, aż ona się obudzi, i dopiero gdy uniosła powieki i uśmiechnęła się do niego, odezwał się półgłosem:
– Płakałaś. Przepraszam, nie chciałem cię skrzywdzić.
(…)
– Boję się, że urodzę dziecko bez ramienia albo ze skoliozą i go nie pokocham, rozumiesz?!
(…)
– Najmilsza moja – zaczął, odsuwając dziewczynę tak, by widzieć jej oczy – nie potrafię powstrzymać się od kochania ciebie i kochania się z tobą. Nie po tym, jak dziś w nocy poznałem, czym taka miłość naprawdę jest.
Słowo się rzekło. Poszłaś ze mną do łóżka raz, to seks będzie, a mnie nie obchodzi, czy się zabezpieczasz, czy nie.
Dziś są skuteczne, łatwo dostępne środki antykoncepcyjne i skoro nie chcesz mieć dziecka, nie będziemy go mieli.
Ale to ty będziesz brać proszki, a nie ja zakładać gumki, żeby było jasne!
Gdy kiedyś zmienisz zdanie, a ja dojrzeję do bycia ojcem, bo przecież też nie jestem jeszcze gotowy na taką odpowiedzialność!, po prostu odstawimy te środki i pójdziemy na żywioł.
Nie jest gotowy zostać ojcem, ale się nie zabezpieczył, bo po co. Powtarza się to już któryś raz, a mnie wciąż razi ta mentalność. Jak coś mu nie spasuje, zawsze ma opcję porzucić ciężarną, gdyż większość bohaterów straciło w ten sposób ojca. Takie życie. Jeżeli natomiast kobieta nie ma ochoty być porzuconą ciężarną i decyduje się na aborcję, ewentualnie oddaje dziecko do adopcji, to co innego.
– A jeśli stało się to już dzisiaj, tej nocy? – wyszeptała. Oczy zogromniały jej z przerażenia.
To trzeba było myśleć wcześniej, Boże. I to omówić! A jakbyś posłuchała narratora, to wiedziałabyś, że nie wpadliście.
W sercu poczuł smutek, przemożny smutek, że ona tak bardzo nie chce jego dziecka, ale odpowiedział spokojnie, prawie beznamiętnie:
Przed chwilą nie był gotowy na zostanie rodzicem, a teraz wielki żal, że partnerka też nie.
– To urodzisz je
Bo ja tak mówię.
i spróbujesz pokochać.
Najwyżej powstanie kolejny zakompleksiony Damian niekochany przez matkę.
Jeśli się nie uda, zawsze będzie miało jeszcze mnie.
Akurat! Damian sprawiał wrażenie osoby bardzo odpowiedzialnej i w miarę świadomej jak na postać Michalak do tej całej hecy z seksem i brakiem antykoncepcji. Podejrzewam, że niejeden czytelnik przez cały tom rozwijał współczucie i sympatię do Damiana, by teraz poczuć się oszukanym.
– Damian… – Dotknęła przepraszająco jego policzka. – Nie chciałam cię zranić. Po prostu się boję. Nie o siebie, o to maleństwo.
Skinął głową. Wierzył tej dziewczynie, bo… nie miał wyboru. Może kiedyś strach minie i ona sama poprosi go o dziecko?
Znowu jesteś niekonsekwentny: nie będzie musiała prosić, tylko odstawi antykoncepcję. Sam jej to tak przedstawiłeś.
– A jeśli kiedyś, za rok, dwa albo pięć lat zapragnę zostać mamą – zaczęła, zupełnie jakby czytała mu w myślach – a ty nie będziesz chciał? Jak Siergiej?
Tym stwierdzeniem Natalia wywołuje święte oburzenie, bo nie wolno mężczyzn porównywać do Siergieja; "nie w łóżku, w którym kilka godzin wcześniej kochał się z Natalią", jakby to miało jakieś znaczenie. Na koniec ma czelność zauważyć, że Damian jest zazdrosny i boi się, że "taki Siergiej" może zawrócić jej w głowie.
– Zaraz zrobię coś, co sprawi, że nigdy więcej nie pomyślisz o „takim Siergieju” – wycedził, po czym rozłożył ją na łopatki, siłą rozwarł uda dziewczyny (…).
Darujemy sobie.
Trzy tygodnie później na teście ciążowym pojawiła się jedna elegancka kreseczka.
Czyli tuż przed okresem? Czy zrobiła test mimo przechodzenia wcześniej miesiączki? A może bohaterka w ten sposób odkryje, że dieta oparta na snickersach wcale nie służy płodności? Jakby jej się okres spóźniał, pewnie mielibyśmy to zaznaczone w tekście, bo sytuacja obrazowałaby stosunki Damiana i Natalii. W takim razie musiała nieźle panikować z powodu potencjalnej ciąży i zrobiła test, by się uspokoić. Nie szkodzi, zaraz znów będzie wzdychać na widok ciążowego brzucha, który wszyscy poza nią mają.
I tylko jedna. Natalia odetchnęła z ulgą, Damian również i mogli się już bez strachu oddać radosnemu poznawaniu swoich ciał, a zwłaszcza tych co ciekawszych zakamarków.
Nadchodził piękny czas…
Polemizowałabym…


ROZDZIAŁ XXVII: NATANIEL RUJNUJE ŚLUB

Przeskakujemy do wigilii. Zosia siedzi unieruchomiona w fotelu i nie wolno jej się ruszać, Jadwiga gotuje, dzieci pomagają.
Małe dzielnie lepiły uszka do barszczu, a gdy nalepiły ich z tysiąc, zabrały się do pierogów. Nie było to mistrzostwo świata, każdy pieróg był innej wielkości i kształtu, ale dziewczynki były dumne ze swojej pracy
Przyuczają się do roli służących na dworze, słusznie.
Przez ostatnie miesiące, gdy większość weekendów i wszystkie wolne dni spędzały razem, w Marcinkach, Emilka i Tosia pokochały Alę jak trzecią siostrę, ona zaś wprost uwielbiała starsze dziewczynki.
Zosi już lepiej, że jeździ z dziećmi wte i wewte? Na pewno już nie wymiotuje (dziewiąty miesiąc), ale ciężko wykaraskać się z anemii w normalnym stanie, a co dopiero w czasie ciąży, do tego niedawno miała operację. Ostatnie dni ciąży też raczej nie nastrajają pozytywnie do wyjazdów; ciekawa jestem, ile razy zatrzymywali się na stacjach benzynowych przy ekipie złożonej z ciężarnej kobiety i dwójki małych dzieci.

Nadjeżdża biała limuzyna z wystrojoną Magdą.
W sukni ślubnej, własnoręcznie uszytej, zdobionej misterną koronką i tysiącem kryształków Swarovskiego, zdawała się przeniesiona wprost z bajki o Królowej Śniegu. 
Tylko tysiącem? Zosi załatwiła miriady. Ale bieda.
Tylko korony z lodowych sopli i serca zmrożonego na twardy głaz jej brakowało. O nieee, Magda miała serce miękkie i pełne miłości, szczególnie dla pewnego przystojnego drania z czarną opaską na oku, który czekał na swoją śliczną oblubienicę przy ołtarzu, usiłując trzymać fason.
Dobrze, że narrator doprecyzował, bo jeszcze byśmy się zmartwili!

Siergiej stoi sobie przy ołtarzu, a Nataniel mu wygraża.
– Przed tobą żeniło się parę milionów mężczyzn i wszyscy przeżyli, imaginuj sobie!
To niewielu od początku świata, dziwne to uniwersum. Może chodzi o polskich mężczyzn po wojnie.
Jeśli zaczniesz mdleć, osobiście spiorę cię po pysku. Od tego jest drużba, no nie?
Sodarow, zdenerwowany jak nigdy w swoim życiu, odwarknął:
– Ty, gdy Zosia weszła do kościoła, rozbeczałeś się jak dziecko. (…) I musiałem obrączkę podnosić, bo tak ci się ręce trzęsły, że upuściłeś.
(…)
– Zanim ją podniosłeś, przydepnąłeś, podobno na szczęście, i patrz, jaki z ciebie szczęściarz: bierzesz sobie dziś za żonę kogoś tak zachwycającego jak moja siostra. Nie muszę powtarzać, co ci zrobię, jeśli ją skrzywdzisz, draniu? – Szarpnął krawat w górę tak silnie, że przydusił nieszczęśnika. I tym razem to w jego głosie brzmiała śmiertelna powaga.
Siergiej pierwszy raz w życiu opuścił dom wyprasowany, w czystych ubraniach, Magda się pewnie postarała, by pasował do jej pracochłonnej sukni ślubnej i wszystkiego dopilnowała, a tu Nataniel na kilka minut przed ślubem ciągnie go za krawat i miętosi garnitur. W sam raz na zdjęcia.

Pan młody zmienia temat.
– Dziesięć gramów i pięć centymetrów. O tyle… – Rozsunął palec wskazujący i kciuk, jakby Nataniel nie wiedział, ile to mniej więcej jest.
Ten uniósł brwi.
– Ale o czym mówisz? O swoim… ten tego? – Spojrzał w dół. Tam Siergiej wydawał się hojniej obdarzony niż zaledwie pięcioma centymetrami.
Żarty z długości penisa szwagra w każdym rozdziale takie śmieszne
Centymetry to oczywiście wielkość płodów w brzuchu Magdy. Dziwne, że Siergiej przychodzi do kościoła na swój ślub z imponującym wzwodem, ale w sumie czego dziwnego tu nie ma…

Okazuje się, że Siergiej zwariował na punkcie "swoich chłopaków" i wciska w Magdę organiczne jedzenie, mimo że ona chce tylko czekolady i kiełbasy.
Gdy miała dosyć jego nadopiekuńczości i mentorstwa, rzucała tekst w rodzaju:
– Może jeszcze za mnie urodzisz?!
Mentorstwa? I co to za obsesja z rodzeniem dziecka za żonę?

Ciekawa przemiana, biorąc pod uwagę, że Martę – którą praktycznie nazywa miłością swojego życia – opuszczał każdego ranka, dystansował się, wyjeżdżał gdzieś co chwilę i zdradził ją na początku związku. Tu Magda pogroziła palcem i raz go zostawiła, to nagle zamienił się we wzór ojca i męża.
Dziś uroczy, zaokrąglony brzuszek ukryła pod fałdami sukni ślubnej. (…) Magda, podziwiając swoje odbicie w wielkim lustrze, pochwyciła wzrok dziewczyny. Był… trochę smutny.
– Co jest, Natka? – odwróciła się i objęła przyjaciółkę.
Natalia nagle robi się smutna, że nie jest tak piękna jak Magda, a ta oferuje jej uszycie pięknej sukni… również ślubnej.
Do kwietnia wymyślę dla ciebie i uszyję taką suknię, że marcinkowiczom oczy zbieleją. Będziesz najpiękniejszą panną młodą na Mazurach. Gdzie tam tylko na Mazurach, w całej Polsce! (…) Szczęściarz z tego Damiana.
Miała rację, Damian, zakochany w swojej narzeczonej z dnia na dzień coraz bardziej, uważał się za szczęściarza.
E, coś przeoczyliśmy? Kiedy zdążyli się zaręczyć?
W pewien szczególny wieczór zabrał Natalię nad jezioro i poprosił ją o rękę, a ona odpowiedziała cichutkim, pięknym „tak”.
Aha. Szybcy są!

Dowiadujemy się jeszcze, że dziecko Domoradzkich doskonale się rozwija, ale Zosia ma jechać po południu do szpitala na kontrolę.
Wszystko więc było zaplanowane: ślub w maleńkim wiejskim kościołku, krótkie wesele, zakończone wigilijną wieczerzą, i długi, spokojny wieczór w Marcinkach.
Co to za obsesja ze ślubami w wigilię? Rozumiem, że dziadkowie, którzy ją wychowywali, mogą nie żyć, ale tak otwarta osoba chciałaby mieć od siebie tylko brata?
Uroczystość ślubna zbliżała się właśnie do finału. Za chwilę Siergiej wypowie przysięgę małżeńską, nałoży swej ukochanej obrączkę, wysłucha słów miłości od Magdy, potem jeszcze błogosławieństwo Boże i już, wśród dźwięków Marszu Mendelssohna będzie mógł ją pocałować, na co liczył przez cały poranek.
W kościółku zapadła cisza. Pan młody podniósł z tacki obrączkę, ale zanim wypowiedział pierwsze słowa przysięgi, w tej ciszy rozległ się napięty głos Nataniela:
– Pospiesz się. Ty, Magda, również.
Szybciej, bo już nie mogę, umieram z nudów! Nie ma to jak psucie komuś imprezy życia.

Zosia wyjaśnia:
– Pospieszcie się albo po ślubie od razu będą chrzciny.
Ceremonię dokończono w tempie ekspresowym.
(…)
– Madzia, zapytaj, czy ja chcę cię za żonę!
– Ach, racja, chcesz, prawda?
– Bardzo! Nataniel, nie popychaj mnie, bo wpadnę na ołtarz!
Jezu, co za tupet. Czy tylko mnie się wydaje, że w takim momencie się po prostu wychodzi i dzwoni po karetkę bez angażowania w to całego towarzystwa i psucia ceremonii?
Marsz Mendelssohna nie zdążył rozbrzmieć, Siergiej pocałuje swą nowo poślubioną żonę nieco później – za to bardzo namiętnie – bo teraz wszyscy wysypali się na podjazd przed kościółkiem życzyć powodzenia na nowej drodze życia nie państwu młodym, a młodym rodzicom i ich córeczce, która właśnie w Wigilię postanowiła pojawić się na świecie!
Aha, czyli szybko szybko do szpitala, ale czas na przyjmowanie życzeń mieli. Nie mogę, jakie szukanie atencji!

Na koniec Domoradzcy jadą do szpitala białą limuzyną Siergieja i Magdy, żeby był większy prestiż, a para młoda i Natalia z Damianem robią w tył zwrot i wracają do dworku. Zdziwiony ksiądz pewnie został w kościele bez żadnego wyjaśnienia, a ślubu oficjalnie nie było. Co tam, odbębnione.
Radosna atmosfera świąt, która panowała tu od rana, zmieniła się w nerwowe oczekiwanie. Siergiej z Damianem, zamiast ubierać choinkę i ozdabiać salon jodłowymi gałęziami, uciekli na piętro, zaszyli się w jednej z gościnnych sypialni, odpalili komputer i bezczelnie zaczęli grać w „World of Tanks”.
No jasne, nie po to zaprzęgli małoletnie kuchty do gotowania, żeby samemu przygotować uroczystą kolację wigilijno-weselną. W końcu pięciolatka to już kobieta z głową pełną obowiązków, a 51-latek jeszcze dziecko, od którego nie można wymagać. Siergiej, weź chociaż z żoną zatańcz pierwszy taniec, a nie gry!
Nie to, żeby lekceważyli prośby Jadwigi, po prostu musieli zająć umysł czymś bardziej absorbującym niż bombki i girlandy.
Tak ich to stresuje, a ja zastanawiam się, kto zaproponował taką datę ślubu. Może nie było innych wolnych dat: ślub przyspieszony z powodu ciąży, jedyne okienko w wigilię, musieli się zgodzić, bo inaczej byłby wstyd (bękarty rodzić! nie to uniwersum). A że pokryło się z samą końcówką ciąży Zosi… Gorzej, jakby miała komplikacje, na co się zapowiadało, albo umarła z dzieckiem, ślub byłby trochę smętny.
Magda zdjęła suknię, wróciła do kuchni, gdzie Jadwiga z Natalią próbowały nie wpaść w panikę, i zadysponowała:
– Robimy ciasta! Dużo i szybko! Tak, żeby nie mieć czasu na myślenie!
Tak! Spędziła na zdobywaniu odpowiedniej tkaniny, konstruowaniu fasonu, szyciu sukni z setkami poprawek i przyszywaniem tysiąca kryształków (chyba że naszyła koronkę z koralikami na spodnią warstwę) mnóstwo czasu – wbrew temu, co się autorce wydaje, to masa roboty, a nawet świetna krawcowa i konstruktorka odzieży w jednym nie robi wszystkiego z głowy. Włożyła suknię na trochę ponad godzinę, bo cesarz ślubu nie dał nawet wziąć.
Nagle każda kobieta miała ręce pełne roboty, a dzieci pełne roboty rączki.
Nie podoba mi się, że autorka robi z osób płci męskiej upośledzonych; u niej nawet dziewczynki w wieku przedszkolnym nie mają problemu z dostosowaniem się do sytuacji, a mężczyźni tak. Poza Mateuszem, który ogarnia wszystko, więc narrator usilnie próbuje nam wmówić, że to najbardziej niemęski typ w sadze. Swoją drogą dlaczego niewolnicy od ośrodka ze strusiami nie zostali zaproszeni na ślub? Słowo daję, mogliby dać im odpocząć chociaż w wigilię Bożego Narodzenia!

Po około trzech-czterech godzinach dzwoni Nataniel, a w tle ryk noworodka, więc wiadomo, że wszystko w porządku. Szybko się uwinęli z tą cesarką!
Nie ma bowiem piękniejszej chwili niż przyjście na świat wymarzonego, wyśnionego dziecka…
Proponowałabym to powiedzieć wszystkim postaciom, które zmusza się tu do rozmnażania, mimo że nie są i nie chcą być na to gotowe.


ROZDZIAŁ XXVIII: I KONIEC, KONIEC!
 
Cieszmy się szczęściem Nataniela. Wszystkich swoich kumpli cesarz Sennej włączył do dworu, Mateusza ożenił z teściową, a Siergieja z siostrą, dzięki czemu dwór się wspaniale rozrasta. Spojler: w kolejnym tomie nastąpią niemrawe próby zwerbowania również Natalii.
Pięknie przybrany stół – gdy Damian z Siergiejem usłyszeli cudną wiadomość, natychmiast zbiegli na dół, chętni do pomocy, mniejsza o rozpoczętą właśnie bitwę w ulubionej grze – zaczął powoli zapełniać się potrawami.
Jak wyżej. Żeby bohaterowie obok stereotypów płciowych mieli własny charakter, a nie byli przez te stereotypy zdominowanymi archetypami!

Jest wigilia, dzieci psocą.
Emilka, najstarsza i wszędzie pierwsza, przytknęła buzię do szyby i za sekundę wykrzyknęła:
– Jest! Widać, ciociu Magdo! Jest pierwsza gwiazdka! Będą prezenty!!!
Brat to tatuś, a siostra to ciocia. W szkole muszą mieć ubaw z jej drzewa genealogicznego.

Wszyscy rozpakowują prezenty, Magda wręczyła dzieciom "śliczniuchne stroje z białego tiulu, atłasu, koronki i kryształków Swarovskiego", nie mogę, jak w każdym opisie wychodzi gust autorki. Może Magda ma w piwnicy szwaczki-niewolnice, które zmusza regularnie do kopiowania projektów Elie Saab? Inaczej na nic by nie miała czasu, tylko by obszywała znajomych.

Nagle przychodzi listonosz o imieniu Janek (o 16 czy 18 w wigilię???) z listem dla Damiana, Jadwiga go odbiera i o nim natychmiast zapomina.

Natalia cieszy się, że spełniły się jej marzenia.
Oto miała przy sobie Tego Jedynego, którego kochała całym sercem. Miała również jego miłość (…). Mieszkała w pięknym domu, który pokochała tak mocno, jak kiedyś mieszkanie na Woli (…). Dwór Marcinki był dziś jej miejscem na ziemi. Jakby tego było mało, studia w Ełku dawały jej ogrom radości i satysfakcji. Kochała to! Uwielbiała się uczyć!
Chyba jako wolny słuchacz.
Nie była może najzdolniejszą studentką, lecz nadrabiała pracowitością. Bo prowadzenie pensjonatu, tutaj, w Marcinkach, stało się jej marzeniem. Jeśli Jadwiga zgodzi się na pewne zmiany, udoskonalenia, więcej zwierzaków dla dzieci i atrakcji dla dorosłych, dwór zacznie przynosić porządne profity!
Już współczuję tym zwierzętom "dla dzieci". Ale zanotujmy, że jednak przynajmniej jedno z nich studiuje. Spojler: w kolejnym tomie Natalia kończy architekturę krajobrazu, nie turystykę.
Damian bierze Natalię na stronę i zwierza się jej, że odwiedził matkę.
Tak, spędził w pokoju umierającej matki kilka godzin.
Ta umiera tak sobie już od ponad pół roku w tym pokoju bez okna.
– Wybaczenie ma się w sercu, a nie na języku – odezwał się ponownie – mimo to… powiedziałem, że jej wybaczam. I może kiedyś tak będzie. Jeszcze nie dzisiaj, nie za tydzień i nie za miesiąc, ale kiedyś w końcu wybaczę.
– Och, Damian, brak mi słów… Postąpiłeś pięknie. Po prostu pięknie. – Natalia przytuliła się do mężczyzny z całych sił. – Czujesz spokój, prawda?
– Tak, najmilsza, czuję spokój – wyszeptał. – Zanim wyszedłem, dała mi pewien dokument. Ważny dokument. Aktem notarialnym powierza mi opiekę nad Alą.
Oczywiście prawny absurd na zakończenie, bo w tym tomie nie wyrobiliśmy się z normą; nawet sam Damian zaczyna się zastanawiać nad mocą prawną świstka. Potem słuchają razem głosu mamy Natalii z telefonu.
Wysłuchali do końca wiadomości. Natalia, czując straszny żal, przygryzła wargi, żeby się nie rozpłakać, gdy wtem rozległ się dźwięk dzwoneczka. Cichusieńki, a jednak. Dochodził nie z domu, a stąd, z ogrodu!
(…)
– Dzwoneczek. Słyszałeś? Cichutkie, ledwo słyszalne dzwonienie. Musi gdzieś tu być!
Pokręcił głową.
Natalia zaś… zrozumiała. Uśmiechnęła się, unosząc twarz ku niebu. Lśniące drobiny opadały na policzki dziewczyny, przymknięte powieki, rozchylone usta.
„Dziękuję, mamuś” – posłała tej, która była tutaj przed chwilą, na pewno!, serdeczną myśl. „Jestem szczęśliwa. Bądź o mnie spokojna, mamuniu, bo jestem szczęśliwa.
Tak, to ma sens.
Jadwiga przychodzi z listem, w którym jest fotografia, gdzie matka Damiana, lat siedemnaście, tuli bobaska. Natalia patrzy na to i stwierdza:
– Kochała cię.
W ten sposób kończymy wątek. Nie rozumiem, dlaczego Damian tak przeżywa porzucenie przez matkę, na której narrator wiesza wszystkie psy, ale że równie odpowiedzialny i równie pijany ojciec miał identyczne podejście, to jest do zaakceptowania. Przecież gdyby jedno z rodziców nie stoczyło się, nieważne czy matka, czy ojciec, i odeszło z dzieckiem, Damian miałby normalne życie!

Na zakończenie rozdziału Natalia znowu wzdycha, że nie jest na miejscu Zosi, a Magda ogłasza, że jest w ciąży z trojaczkami płci żeńskiej.
– Madziu, jesteś pełna niespodzianek. I to dosłownie! – [Siergiej] Pochylił się, ucałował brzuch oniemiałej ze zdumienia kobiety i roześmiał się ponownie, kręcąc głową i powtarzając: – Trzy dziewczyny! Zawsze o tym marzyłem!
KONIEC
Uff. Blee. Dobrnęliśmy do końca!

W tym tomie bohaterowie rozmnażali się jak szaleni, a wolący wieść bezdzietne życie Siergiej nagle stwierdza, że "zawsze marzył" o trzech córkach. Zresztą to samo co Natalia, tylko tej przeszło już po kilku stronach. Z jednego dziecka w części pierwszej namnożyło nam się ich i nie jestem pewna, która z sześciu dziewczynek jest na okładce części piątej; tyle że nie Emilka, bo tamta jest blondynką.  Całe szczęście, teraz bohaterowie mogą zabrać się za linię produkcyjną z synami, bo skoro dziewczynki już uwijają się w kuchni i prowadzą dom, to z wstawaniem w nocy do karmienia czy zmianą pieluch pójdzie łatwo. Dobra kolejność to klucz do sukcesu reprodukcyjnego; gdyby było tu sześciu chłopców do wykarmienia, wzorem wujka Nataniela i Siergieja poobijaliby sobie buzie i wrócili do domu głodni.

Czym nas w kolejnym tomie zaskoczą Mazury? Czas akcji wyznaczają Wigilia 2024 roku i Wigilia 2025, a książkę otwiera dla odmiany intryga kryminalna, która kreuje główną oś fabularną, czyli coś, co dotąd nie istniało. Są też trupy różnych gatunków, w tym głównych bohaterów, staczanie się co poniektórych i schodzenie na przestępczą drogę; przemoc w związku, studium rozpadu małżeństwa oraz piękność w śpiączce i seksowny ratownik GOPR z tragiczną historią, któremu niczego nie brakuje (oryginalnie!). Z tego, co zdążyłam przewertować, co chwilę ktoś ląduje w szpitalu po brutalnym pobiciu, dziewczynki niewdzięcznie schodzą na złą drogę wzorem ich matek, a Nataniel znowu nabawił się nerwicy seksualnej, bo przy dzieciach nie ma gdzie i kiedy kopulować. Tak na oko: dzieje się dużo więcej, jakby część czwarta była jedynie wstępem do piątej.
Czy pojawi się tutaj? Jak zwykle, to zależy od was :)

Komentarze

  1. Właśnie pomyślałam sobie jak bardzo to dzieuo jest szkodliwe, jak bardzo patologiczne relacje są w nim opisane i zakamuflowane jako szczyt romantyzmu. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że widziałam kobiety które to CZYTAJĄ. Na serio, z zaangażowaniem, w prawdziwym życiu...
    Czekam na analize kolejnego tomu, bo wiem, że kijem tego nie tknę, nawet po procentach. A bardzo chcę wiedzieć o czym marzą czytelniczki Michalak, taki specyficzny masochizm.����‍♀️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poprzedniej notce stworzyłam długi strumień myśli przy okazji zaręczyn Siergieja, a potem go skasowałam, bo nie do końca był na temat. Poruszałam tam mniej więcej to o czym piszesz, szkodliwość twórczości Michalak w kontekście przedstawiania toksycznych zachowań jako romantycznych z równoczesnym obrzydzaniem męskiej empatii i zaradności. Mateusza krytykuje się za wszystkie jego zalety, a wady (np. stosunek do żony i jej zdrowia) są przemilczane. Siergiej łączy w sobie najgorsze motywy z harlequinów takie jak "łobuz kocha najmocniej", "po ślubie się zmieni", "uwodziciel ustatkuje się, gdy spotka właściwą kobietę" (nawet gdy bohaterowie sugerują mu, że to ostatnia szansa, bo przestaje być atrakcyjny dla kobiet ze względu na wiek), "mężczyzna musi się wyszaleć, szalejąca kobieta jest wybrakowana" (zestawienie Siergieja i Nataniela z Damianem albo Oliwii z Zosią i Natalią), "NIE kobiety znaczy TAK" czy modny obecnie "czuły barbarzyńca". Mogłabym się na ten temat rozpisać, ale tylko napomknę, że czytelniczki nie są całkowicie ślepe. Czytałam ostatnie recenzje pierwszych tomów serii mazurskiej i nasunęły mi się ciekawe wnioski: czytelniczki w większości nie widzą oczywistych złych cech Nataniela i uwierzyły w kulturalnego chłopca z dobrego domu, ale w pewnym momencie coś przestaje im pasować i nie mogą zaakceptować, że ten wyłącza mózg i wchodzi w tryb godowy, ile razy w jego pobliżu pojawia się kobieta. Wszystkie inne problemy są raczej pomijane, ale postać prezentująca odmienne niż czytelnik podejście do seksualności wywołuje wielką antypatię.
      Oczywiście nie przeszkadza to wystawić książce 8/10.

      Usuń
  2. Chciałam się zdziwić, że jak to, koniec tak szybko? Po czym zorientowałam się, że mamy drugą połowę sierpnia. Czas w 2020 płynie w zdecydowanie nieliniowy sposób.
    Po części czuję pewną ulgę, bo mam wrażenie, że ten tom był chyba najbardziej męczący z nich wszystkich - niewiele się działo tak naprawdę, za to patologia jak zwykle wybijała skalę. Myślę, że mój wyraz twarzy, kiedy się przebijam przez kolejne gwałty małżeńskie, łapanie chłopa na ciążę, rozwiązywanie konfliktów siłą i ogólne zidiocenie bohaterów jest... wyraźnie czytelny :P

    Jesteś bardzo dzielna, a ja czuję ogromną wdzięczność, że masz siłę się przez to dla nas przedzierać! Zdecydowanie ułatwiasz mi moją pracę zawodową, bo te analizy to cudowna odskocznia.

    Kolejny tom zapowiada sie ciekawie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz się zorientowałam, że napisałam to wszystko tak, jakby te wątki się łączyły, ale że to powieść Michalak, wcale nie musi tak być :D Od pierwszych stron dzieje się bardzo dużo, po prologu można regularnie łapać się za głowę, materiał analizatorski jest.
      Cieszę się, że doceniasz te analizy! Natomiast ja doceniam, że zawsze dajesz znać, że czytasz :)

      Usuń
    2. Masz we mnie wierna fanke!

      Usuń
  3. Analiza super. AŁtorkasia chyba pisze te ksiunżki szybciej, niż moje koleżanki pisały opowiadania w podstawówce. W sumie wartość kulturalna ta sama. Kopiowanie swoich własnych pomysłów z poprzednich tworów też.

    I tak, mnie też najbardziej przeraża to, że są ludzie, którzy czytają to na poważnie i dla których te dzieua serio są wyciskaczami łez czy czym tam miały być w zamyśle Michalak. Chociaż najbardziej mnie powaliło, gdy ktoś (chyba w komentarzach pod którąś analizą na NAKWie) powiedział, że u nich w szkole któraś książka aŁtorkasi była nagrodą za dobre wyniki w nauce czy tam za jakiś konkurs. ಠ_ಠ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego zaskoczyła mnie pewna oryginalność kolejnego tomu na tle całej jej twórczości. Oczywiście może być to złudne, bo przy powielanym schemacie "Nie mam matki, pieniędzy i zdrowych kończyn" nawet małe zmiany uchodzą za odkrywcze pomysły.

      Dziwne, że w szkole można dostać książkę tak źle napisaną. Pomijam treść, ale wystarczy otworzyć pierwszą stronę, żeby zastanowić się, czy dzieci po lekturze będą miały szansę zaliczyć dyktando.

      Usuń
    2. Tą nagrodą to chyba był "Mistrz", więc no...grubo. ;_;

      Usuń
    3. Ojoj, to było u mnie w szkole. Nawet się nie dziwię, że Michalak była w tym koszu z książkami, bo to były takie lekturki... "relaksacyjne", tak bym to nazwała. Pewnie brali, co było w katalogu taniej księgarni. Przeraziło mnie to, że kiedy zgłosiłam, co to za książka, to nie odłożyli tego "Mistrza" i ktoś to jednak dostał...

      Usuń
    4. Hahaha, to już z oprawy graficznej okładki i cytatów na niej można się domyślić, że to ten rodzaj literatury z wisienkami i głośnymi jękami…

      Usuń
    5. Nie no, wyobrażam sobie teraz takiego stereotypowego grzecznego ucznia/uczennicę, jak dostaje tę książkę za wyniki w nauce, zagląda i trafia na te wszystkie nabrzmiałe prącia, czerwone płcie i tym podobne. ;__;

      Usuń
    6. Książkę można sobie było wybrać ;_; Zastanawia mnie, czy ktoś to wziął "na poważnie" czy jednak dla beki.

      Usuń

Prześlij komentarz

Uwaga, Blogspot lubi usuwać treść długich komentarzy bez ostrzeżenia, więc dobrze je kopiować przed wysłaniem.