5.2 Rozdział 5, 6, 7 i 8

ROZDZIAŁ V: OŁTARZYK Z ĆWIKŁY

Przed dworem ponownie zabrzmiał klakson obwieszczający przyjazd kolejnych wyczekiwanych z utęsknieniem gości. Uroczej, pełnej życia Magdy Sodarow, dziś promieniejącej światłem matki, która nosi pod sercem nowe życie, nie dało się nie kochać. Jej trzech identycznych córeczek – Amy-Amelii, Any-Anastazji i Ady-Adelajdy – ślicznych jak z obrazka, tym bardziej.

Bardziej pretensjonalnych imion nie było? To znaczy każde z osobna jest normalne i funkcjonalne w Polsce, ale nie w tym zestawieniu, do tego tylko zdrobnienie Ada ma sens. Anastazję zdrabnia się raczej do Nastki, formy Ama nigdy nie słyszałam (z drugiej strony Nat też nie). Robienie z trzech jednostek szarej słodziutkiej masy działa w literaturze pociągowej, nie w prawdziwym życiu, gdzie dziewczynki w tym wieku już mają silną potrzebę zaznaczenia swojego indywidualizmu. Widać, że Siergiejowi i Magdzie służą raczej za gadżety, symbol statusu i sukcesu wyższej klasy średniej.

Siergieja, z tym jego mrocznym spojrzeniem i czarnym poczuciem humoru, polubić było trudniej, ale jeśli już, to na całe życie. Dla Jadwini miał tylko ciepło w sercu i samą łagodność, Natalię po swojemu lubił i oszczędzał jej złośliwych komentarzy, za to dla Damiana nie miał litości. Dobrali się z nim i Natanielem jak w korcu maku. Trzech muszkieterów, doprawdy.

Narrator próbuje delikatnie zasugerować, że Siergiej oddziadział w tym tomie i już nie jest taki do rany przyłóż, z powrotem zachowuje się jak typ spod ciemnej gwiazdy szukający guza.

A niedługo do tej radosnej gromady dołączy maluch, którego Magda, coraz okrąglejsza, już nie mogła się doczekać. Siergiej, dumny ojciec, tym bardziej nie!

Mateusz chciał mieć dzieci i nie ma. Siergiej nie chciał, a rozmnaża się jak szalony. Ale z nich drimerki.

Damian wita gości, Siergiej pyta, gdzie Nataniel. Damian wyjaśnia sytuację z psem, na co Siergiej bardzo taktownie pyta:

– Nie mówiłeś, że sprawiliście sobie psa – zdziwił się Sodarow. – Do tego szczenną sukę. Albo wcale, albo od razu kilka? Nie znałem cię, Damian, z tej strony. Rozmnażać będziecie się z Natalią też hurtowo? Jak ja z Madzią?

Siergiej jak ten podpity wujek na weselu, który pyta „jak to, masz już 32 lata, gdzie twoje potomstwo, huehue?”.

– Nic nie wspominaj na ten temat Natalii. Ostatnio całkiem jej na tym punkcie odbiło – ostrzegł.
– A gdzie Ala? – Niespełna czteroletnia, czarnooka i czarnowłosa dziewczynka chwyciła Damiana za rękaw, domagając się jego uwagi. Jej dwie siostry, prawdopodobnie Ada i Ama, jeśli imiona wyszyte na czapeczkach mówiły prawdę, utkwiły w mężczyźnie pytające spojrzenia. Gdyby nie te imiona – a dzieci różniły się tylko nimi – można by sądzić, że to jedna i ta sama w trójnasób. 

Coraz bardziej zatapiam się we własnej wizji: Siergiej nie zauważył, że ciąża Magdy trwała niecałe siedem miesięcy, a oryginalną urodę dziewczynki zawdzięczają swojemu ojcu z Wietnamu, z którym Magda nie zdążyła zerwać przed zaręczynami z Siergiejem. Spróbujcie podważyć tę teorię.

Tu kolejne żarty, że nawet Magda nie rozróżnia dzieci. 

Trzy identyczne Elsy w błękitnych czapeczkach już biegły do sadu.

Czy Michalak nie zna innych filmów dla dzieci? Emilka miała ciuchy z Elsą, Ala śpiewała piosenki z „Krainy lodu”, teraz to. 

– Pójdę z nimi. – Siergiej ruszył śladem trojaczków. – Ty połóż się na godzinę czy dwie, odpocznij. Ze wszystkim sobie poradzimy – odezwał się jeszcze do żony, posyłając jej ciepłe spojrzenie.
Tylko Magda potrafiła radzić sobie z tym Kozakiem. Pięć lat temu owinęła go sobie wokół paluszka i już był – z krótką przerwą – jej.

W prawdziwym życiu taki Siergiej zdążyłby zbiec, nim Magda powiłaby berbecie. Ciężko mi wyśmiewać ten motyw po lekturze recenzji serii mazurskiej. Ten specyficzny target serii gotów jest uwierzyć, że kryminaliści naprawdę się zmieniają pod wpływem łapania na dziecko.

Damian wypytuje Magdę o życie rodzinne Siergieja.

– Nie buntuje się? Nie chce co jakiś czas urwać się na miesiąc czy dwa, jak to miał w zwyczaju?
– Spróbowałby... – prychnęła Magda, ale zaraz dodała poważnie: – Kocha całą trójkę nad życie.
– Czwórkę – sprostował Damian. – I nie mówię o następcy tronu... – spojrzał znacząco na jej brzuch, ukryty pod luźną sukienką – a o tobie.

Przemiana Siergieja jest dla mnie niewiarygodna, ale już te przemyślenia Damiana bardzo się autorce udały – pewnie przypadkiem, jednak pasują do wydźwięku całej książki i braku męskiego wzorca w jego życiu. Przez kolejne rozdziały będziemy obserwowali, jak rozdarty Damian zastanawia się, jak to jest jest być mężczyzną, będzie szukał kolejnych sposobów na dowartościowanie się, ostro oceniał ludzi, jakby miał tylko piętnaście lat… Chociaż to ostatnie praktykują wszyscy bohaterowie, bo ze świecą szukać dojrzałych postaci w tym uniwersum.

Uśmiechnęła się i nie zaprzeczyła. Rzeczywiście ten dzikus, i miała na myśli swego męża, nie Damiana, od kiedy na świat przyszły trojaczki, stał się totalnym domatorem. Nie pantoflarzem, absolutnie, nikt nie miał wątpliwości, kto rządzi w domu Sodarowów, ale właśnie rodzina stała się dla Siergieja najważniejsza.

Co prawda obserwowaliśmy, że to raczej Magda terroryzuje Siergieja, ale nie! Ten związek jest równie toksyczny z obu stron, więc Siergiej swoją męskość udowadnia gwałtami na żonie. Do tego pewnie kary cielesne wobec dzieci, by przypadkiem nie pomyślały, że ojciec jest zrównoważonym mężczyzną pantoflarzem – można coś takiego mu dopisać na podstawie zachowań z poprzedniego tomu.

Wyjeżdżał na swoje włóczęgi coraz rzadziej, a z przemytem skończył zupełnie. Był mężem i ojcem, nie mógł i nie chciał więcej ryzykować życia. Kiedyś, gdy nie miał nikogo, wyrządzał krzywdę sobie samemu, dziś utrata zdrowia czy życia zraniłaby tych, których kochał całym sercem... Siergiej dorósł. Wprawdzie zajęło mu to pięćdziesiąt parę lat, lecz lepiej późno niż wcale.

Znowu promowanie toksycznych związków i wiary w przemianę niebezpiecznego misiaczka.

Przyjeżdża Nataniel ze sprzętem weterynaryjnym, wita się z Magdą. Magda, która nie czuje się najlepiej, martwi się, bo Zosia i Natalia zajęte są porodem psa, więc w dworku nie ma rąk do przygotowywania wieczerzy. Dramat! Na szczęście cesarz Sennej zapewnia, że Damian mu pomoże. Czyli w kryzysowych sytuacjach mężczyźni jednak potrafią nakryć do stołu i poprawnie podać sztućce.

Nataniel idzie do kotłowni dać Zosi glukozę i „jakąś substancję” do kroplówki dla psa.

– Tak bardzo się stara – wyszeptała. – Chce urodzić wszystkie maleństwa choćby za cenę życia. Dobra mateczka. 

Jakby jej się to nie udało, to znaczy któreś „maleństwo” zostało w środku, raczej dużo tego życia by już nie miała.

– Podałam jej bardzo silny środek przeciwbólowy. Nie cierpi. Jest szczęśliwa ze swoimi szczeniaczkami, ale powoli gaśnie. I nic nie mogę na to poradzić. Myślę... że została bardzo skrzywdzona przez tych, których kochała, i to sprawiło, że nie ma siły walczyć, prawda, Bella?

Teraz ona pochyliła się nad sunią i ona, łykając łzy, głaskała ją po głowie. – Jest naprawdę dzielna. Urodziła już pięcioro małych. Dwoje żyje. Musiała długo leżeć na mrozie, kilka dni – dokończyła z goryczą. 

To nie ma sensu, pies został porzucony blisko siedzib ludzkich, skoro Natalia natknęła się na niego zaraz po wybiegnięciu z domu Jadwini. Rozumiem, że chciałby wracać do punktu, gdzie został porzucony, o ile to właściciel go wysadził z auta, ale głód i chłód sprawiłyby, że szukałby pomocy.

Nie mogła pomóc temu dobremu, dzielnemu zwierzęciu i nie mogła ukarać tych, którzy je skrzywdzili. W takich chwilach nienawidziła ludzi. Tak po prostu.

Po pierwsze jeśli Sabrowiczowie nie zauważyli tego psa, jeżdżąc wte i wewte, to go pewnie rozjechali, bo wiemy, jak Natalia prowadzi samochód – później oficjalną przyczyną śmierci będzie raz zamarznięcie, raz komplikacje porodowe, dlatego potrącenie przez samochód osobowy miałoby więcej sensu. Po drugie ci empatyczni, oczytani, inteligentni bohaterowie z wykształceniem wyższym od razu zakładają, że ktoś musiał porzucić zwierzę, a nie że właścicielka np. umiera właśnie w rowie dwa metry od miejsca znalezienia psa.

– Masz namiary na jej właścicieli? – Głos Nataniela stwardniał, gdy zadawał to pytanie.
– Mam, ale... nie będziesz ich szukał.
– Owszem. Będę.
– Nie, Nat. Do wieczora będzie po wszystkim. Nie ma sensu...

Zosia chyba boi się, że Nataniel ma ochotę kogoś pobić, a właśnie znalazł pretekst w tę piękną wigilijną noc. 

– Wywieźli do lasu i porzucili ciężarną sukę. Nie uważasz, że powinni za to odpowiedzieć? Karnie?
– Kochany, oczywiście, że tak uważam! Ale w naszym kraju bezkarnie maltretuje się rodziny, dzieci, myślisz, że sąd przejmie się jakimś psem? Martwym psem? Bella nie dożyje jutra. Daj spokój, Nat. I zastanów się lepiej, co zrobić ze szczeniakami. Będą jeszcze ze dwa. Żywe, mam nadzieję. Właściciele mogą się o nie upomnieć, tak na marginesie. To rodowodowa suka. Szczenięta też wyglądają na rasowe.

To co Zosia mówi nie ma najmniejszego sensu. Po co porzucać rodowodowego psa, który ma zaraz się szczenić? Jakby chcieli się go pozbyć, to poczekaliby parę tygodni – szczenięta są rasowe, a kilka tysięcy piechotą nie chodzi. Ale czekanie na poród i porzucenie też nie ma sensu, bo każdego drogiego psa lepiej sprzedać, a skoro to rzadka rasa, ktoś mógłby pokusić się o odkupienie nawet dorosłego osobnika. Pies jest piękny, znaczy zadbany. Tak wygląda zaniedbany pirenejczyk:

– Aha, czyli za wyrzucenie psa z samochodu kary nie poniosą i jeszcze nas mogą ścigać za przywłaszczenie sobie rasowych szczeniąt? – Mężczyzna tylko pokręcił głową.
– To najczarniejszy scenariusz, ale prawdopodobny, dlatego mówię: zostaw. Belli twoja krucjata życia nie wróci.

Dlaczego każdy z tych bohaterów to rozemocjonowany tuman? Bardzo prawdopodobne, że ktoś, kto nie chciał mieć rasowego psa, jednak zmieni zdanie i zrobi śledztwo.

– Jednego możemy wziąć, prawda? – odezwał się już bez gniewu. Na Zosię nie potrafił być zły, a na podłych ludzi nie warto było tracić energii. – Dziewczynki marzą o piesku.

Kradzione najlepsze!

– To nie będzie „piesek”, a kawał psa. Jesteś pewien, że zamiast jamniczka czy corgi, o których niedawno rozmawialiśmy, chcemy mieć w domu wielkiego, białego pirenejczyka?

Dopiero co nikt nie miał i nie chciał psa, bo psy szczekają.

 – Wiesz... nigdy nie przepadałem za małymi ruchliwymi stworzeniami.

Np. za śp. Trusią.

– Gość w dom, Bóg w dom! – Usłyszeli tubalny głos z sieni.
– O wilku mowa. – Natalia podniosła się z klęczek i ruszyła witać ostatnich gości. Mateusza z Marianną.

Mateusz odzyskał głos, Alleluja! Chociaż w tej scenie służy tylko za pretekst, by wykurzyć Natalię z kotłowni.

Pół godziny później Bella wydała na świat ostatnie szczenię – ku ich zaskoczeniu piąte, żywe, najmniejsze – a potem odeszła cicho, powierzając dzieci dobrym rękom Zosi i Nataniela. Lekarka, mimo wielu lat w zawodzie i wielu takich chwil, popłakała się. Nic nie mogła na to poradzić. Nie znała tego psa, nie spotkała go nigdy wcześniej, a jednak przez tych kilka godzin zdążyła polubić go na tyle, by opłakać, gdy zgasł. 

Nataniel przykrywa martwego psa kocem, po czym niespodziewanie patetyczny nastrój żałoby zostaje przerwany przez wesolutką sielankę, gdzie dosłownie każdy bohater przyrządza jakieś specjały. Wytnę połowę listy, bo bitwa śledzi Siergieja z rybą po grecku Mateusza nie jest zbyt pasjonująca, ale miejcie tu próbkę:

Wieczerza była gotowa. Każdy przyniósł jakieś smakołyki. Marianna Jóźwik nie miała sobie równych w ciastach i słodkościach. (…) Barszcz z uszkami przygotowywany przez Natalię powoli przechodził do rodzinnych legend, zaś pierogi, których parę ładnych dziesiątek i w tym roku nalepiła Magda z pomocą trzech małych kuchareczek, znikały równie szybko co kutia, w której z kolei wyspecjalizował się Nataniel. I tylko Damian... Tak, on jakoś nie garnął się do garnków, pieca czy makutry, ale przecież nie każdy musi być doskonały. Za to narąbał tyle drwa do kominka, że mogli siedzieć przy jego ciepłym, przyjaznym ogniu przez najbliższy rok. Do następnej Wigilii.

Do salonu przychodzi Bartosz ze słoikiem.

Chwilę grzebał w swoich rzeczach, ale nie miał nic, co mógłby podarować chociażby gospodyni. Przyjechał z pustymi rękami. Co za wstyd! Czy Jadwiga zrozumie...?

Nie zrozumie, wykopie cię z domu jak psa, tylko ty zamarzniesz już po godzinie, bo nie masz białego (+100 do grzania) futra.

Bartosz, jeśli zaraz nie poleci do Biedronki po pasztet dla Jadwigi
Nagle dłoń trafiła na mały słoiczek. Zacisnął na nim palce tak silnie, aż zabolało. Ten słoiczek był ostatnią pamiątką po Basi. Z całego domu pozostała jedynie piwnica, ale przetwory popękały od żaru. Ocalał tylko słoiczek z ćwikłą, który Bartosz od roku woził ze sobą w kartonie. Z motelu do motelu, z mieszkania do mieszkania... 

Powinien zawiesić na szyi.

I ten właśnie słoiczek chciał podarować ludziom, którzy go przygarnęli. O ile ćwikła do czegokolwiek się jeszcze nadawała. Odkręcił nakrętkę, spróbował odrobinę i aż przymknął oczy, rozkoszując się smakiem domowego przysmaku. Nic wielkiego, a jednak łzy napłynęły mu do oczu.
Mamy bardzo długi opis cierpienia Bartosza, które uderzająco przypomina Natalię słuchającą automatycznej sekretarki matki w poprzednim tomie. Zresztą motyw Bartosza i jego totemów też będzie się jeszcze parokrotnie powtarzał.

Wszyscy patrzą z przerażeniem na Bartosza, ale na szczęście Jadwidze i Natalii udaje się rozładować napięcie, mówiąc, że na barszcz będzie jak znalazł i sprawa niedopasowania Bartosza do społeczeństwa rozchodzi się po kościach. Bohaterowie oddychają z ulgą.

Teraz narrator wypowie się na temat relacji czterech rodzin.
Och, potrafili być dla siebie okropni! Miewali humory, stroili fochy, każdy miał czasem zły dzień, nawet „do rany przyłóż” Jadwinia! Ale oprócz przyjaźni darzyli siebie jeszcze głębokim szacunkiem.

Szacunkiem przejawiającym się na przykład regularnymi bójkami i groźbami. 

Wszyscy, od najmłodszych do najstarszych. Dzieci szanowały dorosłych – tutaj nie było miejsca na wołanie do mamy czy taty po imieniu, jak do kumpli z podwórka, tutaj Jadwiga była dla dzieciarni ciocią, Mateusz – wujkiem, mama – mamą, a tata – tatą.

Co prawda w obrębie pierwszych rozdziałów Ala mówi do Natalii „mamo Natalio”, do Damiana „Damianku”, a Emilka do rodziców adopcyjnych „mamo Zosiu” i „Natuś”, ale narrator to przeoczył.

Ale i dorośli szanowali dzieci. Serio! Tak też się da! I nie trzeba straszyć biciem. Dziecko można nauczyć pasem posłuszeństwa, owszem, ale nie zmusisz nikogo do szacunku. Szacunek to uczucie, a nie zachowanie. Taka to prosta prawda. Nikogo nie zmusisz do czucia tego, czego nie czuje.
Rozdział kończy się śpiewaniem kolęd.

ROZDZIAŁ VI: RUSEK-CYKLOP NA TROPIE ZŁEJ SUKI

Emilka pokazuje Bartoszowi poupychane w koszyczkach pod choinką szczenięta.
– Ich mama nie żyje – dodała poważnym tonem dziewczynka. – Zamarzła na śmierć, wyrzucona przez złych ludzi, i mamie Zosi nie udało się jej uratować.
A mama Iwona nie, bo jej przy tym nie było. Strasznie mnie dziwi ten sposób mówienia.
– Natuś zgodził się, żeby jedno było nasze! Ten największy i najstarszy chłopczyk, znaczy piesek! I nazwiemy go…
– Ciapek – wtrąciła Tosia, młodsza siostra Emilki. Właściwie przybrana siostra, bo obie zostały przez Domoradzkich adoptowane.
I tak zaczyna się chwilowa przepychanka, jak nazwać psa. Wygląda też na to, że bohaterowie załatwili formalną adopcję dzieci, ale trudno to stwierdzić, bo słowo adopcja niewiele w tym uniwersum znaczy.
Scena powtarza się z dziećmi Sodarowów.
– Ty je rozróżniasz? – zapytał nieśmiało, bo jeszcze nie nabrał pewności siebie, Bartosz.
– Chcesz prawdę, półprawdę czy słodkie kłamstewko? – odparł pytaniem czarnowłosy, jednooki mężczyzna, unosząc kącik ust w uśmiechu.

Ach, ta charakterystyka postaci wepchnięta w dialog. Ach, te żarty o trojaczkach, które, hehe, rozumiecie, są takie same, można je pomylić, kupa śmiechu!
– Dla was mam kredki (…). To wymyślcie imię dla waszej suczki, a Marianna z Mateuszem siądą sobie w fotelach, mając na was oko, i wymyślą dla swojego pieska. Tak, Marianno z Mateuszem? – Zwrócił się do najstarszego mężczyzny i jego niepełnosprawnej, ale nie mniej przez to kochanej żony.
1. Goście ledwo usiedli, ale już Nataniel im rozkazuje pilnować dzieci
2. Marianna z Mateuszem, bo jeszcze nie awansowali społecznie na tyle, aby być osobnymi bohaterami
3. Niepełnosprawna, wybrakowana, ale nie mniej przez to kochana żona
Ci zajęli miejsca w fotelach, pewni, że Nataniel nie prosi ich o opiekę nad dziećmi bez powodu.
…i ponieważ bo nie mieli wyboru, ale dobra… 
Nataniel opycha dzieci gościom, ponieważ chce w międzyczasie pochować psa. Do pomocy bierze Bartosza i Siergieja.
– Kopać w zmarzniętej ziemi ręką bez palców będzie mi trudno – mruknął [Siergiej] półgłosem. – Ale pomogę nieść psa. Jest naprawdę ciężki. Był, znaczy się.
Zaraz przybiegnie Damian bez ręki i rozkopie cały ogródek, żeby się popisać! Swoją drogą Bartosz jako jedyny bez wad musi wręcz świecić na tle tych wszystkich poszkodowanych przez życie kalek.

Robimy coś z tym? – zwrócił się do Nataniela. – Damian znajdzie każdego, kogo chce. Drani, którzy tak potraktowali zwierzę, też.

Supermocą Damiana-hakera jest odnajdywanie wrogów. Może powinien zostać detektywem?

– Jakbyś chciał wiedzieć, Damian już nad tym siedział – ciągnął Siergiej. Nienawidził okrucieństwa w jakiejkolwiek postaci.

Dlatego aż się pali, by komuś przyłożyć, a wcześniej pojechał na wojnę, dostał nożem w przyjacielskiej sprzeczce, prowokował Nataniela tyle razy… 

tak jak nie miał nic przeciw humanitarnemu ubojowi zwierząt gospodarskich – wegetarianinem nie był i nie zamierzał nim zostać – tak dręczenie słabszych, czy to zwierząt, dzieci, czy ludzi – po prostu go mierziło.

Dziwna ta wstawka o wegetarianizmie, bo chyba nikt do tej pory nie odniósł wrażenia, że Siergiej unika mięsa. Ale widocznie trzeba było o tym napisać, bo wegetarianizm czy słuchanie żony to jak chodzenie w różowej sukience, nie przystoi męskim zbójom z lasu.

– Znalazł sukę – dodał mściwie.
– Sukę?
– Właścicielkę Belli. Jakaś laska z Elbląga. Działa w związku kynologicznym i psa w lesie porzuca.

Nadal nikt nie łączy faktów i nie widzi, że te rozważania nie mają sensu.

Nawet jeśli nie zgłosimy tego na policję, na pewno dalszej kariery jako hodowczyni psów rasowych nie zrobi. Moja w tym głowa.

Ale po co hodowca miałby się pozbywać drogich psów, źródła zarobku? XD

Nataniel w końcu zauważa, że coś się „nie klei” i zastanawia, czy psy nie zostały skradzione. Siergiej jest jakby niepocieszony.

– Może… no nie wiem… został ukradziony?
(...)
– Będziemy pytać u źródła – skwitował Sodarow.
– Zosia próbowała dzwonić. Laska nie odbiera.
– Podjedziemy przy okazji wizyty w Elblągu pod jej chałupę. I zapytamy.
– Ale bez rękoczynów? – zaniepokoił się Nataniel, znając porywczy charakter Siergieja.
– Za kogo ty mnie masz? Nie biję kobiet!
Tylko panie biją panie! Ja ją potrzymam, a ty poprosisz Natalię, żeby ją skopała.

Dalsze pomstowanie i pogrzeb odbębniony. Mężczyźni wysyłają hakera Damiana do zrobienia riserczu, a ten gugluje parę godzin. Jednak Pani Zuzanna niestety nie ma facebooka i nie zostawiła swojego adresu w internecie, więc nasz haker musi rozłożyć ręce, wyczerpawszy wszystkie możliwości profesjonalnego wywiadu. Siergiej niechętnie rezygnuje z obijania mordy, bo nie ma komu.

Następnie przenosimy się do salonu, gdzie Zosia karmi szczenięta.
– Trzeba zdecydować, kto będzie się zajmował całą piątką – odezwała się lekarka.
– Zrozumiałe, że ja. – Natalia, która siedziała obok Zosi z pozostałą czwórką
szczeniąt na kolanach, wzruszyła ramionami, zdziwiona, że ktokolwiek o to pyta. – Ty masz wystarczająco dużo zajęć w domu i w lecznicy, Nataniela, troje dzieci…
(…)
– Trzeba je karmić niemal przez całą dobę, masować brzuszki, pilnować, by żadne nie zaplątało się w kocyk i nie udusiło… Dasz radę?
– Dam – odparła dziewczyna stanowczo.

Mówimy o tej samej osobie, która zaraz po wyjściu z ciężkiego zapalenia płuc w syberyjski mróz uciekła z domu w kurtce nałożonej na sam podkoszulek? 

– Wiesz, co się stanie, jeśli… no nie wiem… zapomnisz o tym masowaniu brzuszków chociażby?
– Nie zapomnę! Dlaczego nagle we mnie wątpisz?! – W oczach Natalii znów błysnęły łzy, a przecież lekarka miała inne intencje, niż zranić przyjaciółkę.
Na początku nie rozumiałam irytacji Damiana („znowu ryczałaś!?”), ale zaczynam podejrzewać, że Natalia (prawie 30 l.) nauczyła się po prostu kończyć dyskusje łzami.
– Ja znalazłam Bellę – rzekła dziewczyna z naciskiem, zupełnie jakby czytała lekarce w myślach – szczenięta są więc moje.
Znalezione nie kradzione!!!

ROZDZIAŁ VII: ZERO EMPATII, JEZU

Dzwoni telefon Zosi. Nataniel złości się, że ktoś dzwoni „do zwierzaka”, mimo że w kolejnej linijce jest, że co chwilę dzwonił ktoś z życzeniami. Zosia po dłuższej chwili decyduje się odebrać telefon, a tu policja!
– Aspirant Maciej Konieczny z komendy powiatowej w Elblągu – przedstawił się mężczyzna, a Zosia od razu się zaniepokoiła. (…)
– Telefon, z którego dzwonię, należy do pewnej kobiety. Szukamy jej rodziny czy znajomych – wyjaśnił mężczyzna, a Zosia odetchnęła z ulgą.
Zaraz, zaraz! Olśniło ją… Czyżby mówił o właścicielce Belli?
Wszystko jasne, Zosia od początku maskowała swoje niskie IQ zaradnością, ale teraz wychodzi na jaw, że łączenie abstrakcyjnych sytuacji sprawia jej pewne trudności. Nataniel za to jakiś mądrzejszy się zrobił od nocy poślubnej, zauważyliście? Tylko że narrator nazywa to byciem spokojnym.
– Proszę dać mi chwilę. Sprawdzę to – zwróciła się do policjanta i ponagliła gestem ręki Damiana, przysłuchującego się rozmowie, który miał gdzieś zapisany numer do Zuzanny Tamarysz.
Podsunął jej karteczkę pod nos. Wszystko się zgadzało. Numer na kartce z numerem, który wyświetlał się na ekranie.
Wystarczyło napisać „Zosia przypomniała sobie, że był to numer Zuzanny, na który sama dzwoniła kilka godzin wcześniej, ale nie. Bo czytelnik nie będzie wiedział, jak to się stało. Albo nie zrozumie, co się z czym zgadzało, i zakręci mu się w głowie, a to niedobrze.
– Zna ją pani? To krewna? Przyjaciółka?
– Nie znam i chyba nie chcę poznać – odparła zgodnie z prawdą.
Kobieta może leżeć gdzieś martwa w wyniku nieszczęśliwego wypadku; może trafiła do szpitala skatowana i nie jest w stanie się porozumiewać; może została ofiarą handlu ludźmi; może dostała amnezji i zaginęła; może uciekła, a ma za sobą kilka prób samobójczych albo wybiegła z domu, jak stała, bo mąż się nad nią znęcał. Nie wiadomo, ale widać, że stało się coś złego, skoro dzwoni policja i wypytuje, a jej rasowy, piękny, zadbany pies został znienacka porzucony. Zosia empatycznie sugeruje policjantowi, że ze szmatami się nie zadaje, więc nic nie wie. 
W sumie spójna kreacja postaci, pamiętacie, jak Zosia chciała przygadać Iwonie, ponieważ bo tak? Zosia – podobnie jak Marta (co z tymi rudymi lekarkami?) – nie lubi pięknych kobiet, a pewnie narrator już jej zaspojlerował, jak wygląda Zuzanna. To macierzyństwo zamieniło Zosię w toksyczną babę, czy tylko nasiliło cechy, które widzieliśmy z okazji afery wokół Iwony?
– Mógłbym podjechać do państwa? Zamienić z wami parę słów?
– Teraz?!
– Jak najszybciej. Ta sprawa od niemal dwóch miesięcy nie daje mi spokoju.
Sprawa ciągnie się dwa miesiące, a policja będzie się pakowała im do domu w wigilię XD
– To jakaś przestępczyni! – Podekscytowana Emilka, która również przysłuchiwała się całej rozmowie, aż przytknęła ręce do zarumienionych policzków. – Szuka jej policja!
(...)
– Milaszku, może ciszej nieco. Przestraszyłaś drobiazg – zmitygował ją Nataniel. Rzeczywiście dzieci Sodarowów i ich własna Martusia patrzyły na Emilkę oczami wielkimi z przerażenia. – Zabierzecie teraz prezenty do pokoju i będziecie się nimi grzecznie bawić, podczas gdy mama i ja będziemy rozmawiać z policją, tak?
Dziewczynka w wieku trzynastu-, czternastu lat w takiej sytuacji raczej odseparowałaby się od młodszych dzieci i w takiej sytuacji próbowałaby zostać z dorosłymi. Ale Emilka wciąż jest opisywana tak, jakby miała osiem lat, bo autorka nie umie liczyć za bardzo. Tu kolejny na to dowód:
Nie tylko we własnej rodzinie ten młody, trzydziestodwuletni mężczyzna miał posłuch. W Sennej, gdzie mieszkał od sześciu lat, też go szanowali.
Według moich obliczeń Nataniel ma teraz trzydzieści trzy lata (jest końcówka 2024, niedługo będzie trzydzieści cztery według rocznika).
Wprawdzie sąsiedzi podśmiewali się, że pantoflarz, dziećmi się zajmuje, przy garach stoi, zamiast wszelkie domowe obowiązki zrzucić na barki żony, ale… śmiech śmiechem, a któregoś dnia przyszli zaproponować mu sołectwo. Odmówił, rzecz jasna.
Odmówił, ale i tak wszystkim rozkazywał:
Całkiem niedawno sołtysowi, którym pozostał Sidło, przyszła do głowy genialna myśl: wybudować tor quadowy w miejscu chaty nad jeziorem, gdzie kiedyś mieszkał Nataniel, a po której dziś straszyły jedynie zgliszcza.
– Serio? Nad jeziorem ze strefą ciszy? – Domoradzki uniósł tylko brwi ze zdumienia, gdy to usłyszał. A potem dodał stanowczo: – Nie ma mowy.
(...)
Przed świętami dostał projekt pensjonatu (...). Taaak, spokojne miejsce bez czeredy dzieci, z których każde czegoś chce albo ma coś do powiedzenia… Nat uwielbiał swoje córeczki, naprawdę!, lecz czasem marzył mu się spokojny tydzień, no, chociaż pięć dni… cztery… trzy dni!, tylko we dwoje, on i Zosia. Duże, wygodne łóżko tylko dla nich, leniwe kochanie wieczorem, w nocy i nad ranem, bez oglądania się co chwila przez ramię, czy któraś z dziewczynek akurat ich nie nawiedziła.
(...)
Postanowił nie tylko zainwestować w ten projekt własne pieniądze, ale i pomóc wsi w zdobyciu funduszy z Unii, by szybciej go zrealizować.
Potrzeba matką wynalazku
– Prawie sześć tygodni temu, dokładnie czternastego listopada, na poboczu drogi znaleziono nieprzytomną, ciężko pobitą kobietę. Ubrana była w dres i buty do joggingu, miała przy sobie tylko telefon na kartę, nigdzie niezarejestrowaną. Przewieziono ją do szpitala w Ełku, gdzie do dziś pozostaje w stanie śpiączki.
Piękność w śpiączce musi być, kolejna pozycja do bingo…
Gdy Nataniel odezwał się z wahaniem: „Może… odwiedzilibyśmy tę całą Zuzannę w szpitalu?”, ona natychmiast zaoponowała:
– Nawet jej nie znamy. Poza tym jest w śpiączce.
Posłał jej zaskoczone spojrzenie.
Odwiedziny w szpitalu są przecież obowiązkowym punktem każdego tomu serii mazurskiej!
– Ja pojadę – odezwał się nagle ktoś, kogo by o taki altruizm nie podejrzewali. Nie dziś i nie w jego stanie emocjonalnym: Bartosz Gazda, bo to on był, wszedł do kuchni, stanął przed policjantem i powtórzył: – Pojadę do szpitala. Zobaczę, czy mogę w czymś pomóc tej dziewczynie.
Może to żona Gazdy, która upozorowała własną śmierć i do tej pory udawało jej się go unikać?

Na koniec policjant wychodzi, a Jadwiga wciska mu siatkę żarła. Narrator mamrocze o blasku i cieple wylewającym się przez okna w ciemną noc. Grafomanię wam daruję, macie szczęście!

ROZDZIAŁ VIII: ROZBIERAJ SIĘ, BO BARTOSZOWI JEST SMUTNO

Nataniel i Bartosz rozmawiają w salonie, a reszta towarzystwa albo już śpi, albo właśnie wkłada piżamę.
– Serio chcesz zająć się tą dziewczyną? – Nataniel wyciągnął się z westchnieniem ulgi na kanapie naprzeciw kominka i spojrzał na przyjaciela pytająco.
(…)
– Zależy, co masz na myśli, mówiąc „zająć się” – odmruknął zapytany.
(…)
– Jeżeli potrzebujesz zająć czymś umysł albo ręce, wrócisz jutro z nami do Sennej...
– Nie wracam z wami, sorry, Nat. Usypiałeś dziewczynki, gdy zdecydowałem się skorzystać z zaproszenia Jadwigi i na jakiś czas zatrzymać się tutaj, w Marcinkach. Nie miej do mnie żalu. Potrzebuję samotności. Wiem, że głupio to brzmi po tym, jak zwaliłem ci się na głowę, ale... – Nie dokończył. Nie umiał znaleźć właściwych słów.
Nie jest jasne, czemu Nataniel tak broni Bartoszowi odwiedzenia nieprzytomnej dziewczyny, która nie ma rodziny. Odczuwam lekką pogardę w stronę kolegi-frajera, któremu nikt za taką pomoc nie podziękuje, ale może to nadinterpretacja – a Bartosz póki co jest prowadzony konsekwentnie jako postać z powołaniem, by pomagać innym. Tylko ciekawe, że obaj z Natanielem byli ratownikami górskimi, a jakoś tylko po jednym to widać.

Smutny Bartosz patrzy na płomienie w kominku i rozmyśla, jak to mu spłonęła rodzina, a koledze tylko ślepy pies, a w ogóle to Nataniel nie zaprosił go na ślub. 
Podniósł na przyjaciela pociemniałe z żalu oczy. Ten rzekł cicho:
– Nie musisz nic mówić, nie musisz się tłumaczyć. Rozumiem.
Bez przerwy ktoś ma w oczach albo wielką łzę, albo wielki żal. A kolega na to „nic nie mów!”, żeby przypadkiem nie musieć słuchać.
– Zostań tutaj tyle, ile będziesz potrzebował. Jadwiga to złoty człowiek. W Marcinkach jest tak spokojnie, że aż nudno. Damian z Natalią nie imprezują, nie spraszają tłumów znajomych i sąsiadów, zaś Ala w porównaniu z moją czeredą… – Nataniel tylko machnął ręką.
Nawet nie wiedział, w jakim jest błędzie. I jak bardzo zmienił się jeden z mieszkańców starego dworu w ciągu ostatnich kilku miesięcy…
O, czyli Damian ma jakieś nowe hobby związane z imprezami i zyskał kilkudziesięciu znajomych, których zaprasza co niedzielę na grilla.
– A odpowiadając na twoje pytanie: tak, chcę zająć się tą dziewczyną. Widzisz, bracie, obcy ludzie próbowali ratować moją Basię i Przemka. Z narażeniem życia wynieśli ich z płonącego domu i reanimowali dotąd, aż przyjechało pogotowie. Żadnymi pieniędzmi nie odpłacę się za poświęcenie sąsiadów, nie potrafię się im odwdzięczyć czy nawet podziękować tak, jak na to zasługują, bo... ty mnie zrozumiesz, Nat, nie mogę wrócić do tego miejsca, patrzeć na czarne ruiny, które zostały z mojego domu. Domu, który odebrał mi dwie miłości mojego życia. 

Ciekawe, jak opiekowanie się” dziewczyną się potoczy, skoro bohaterowie już wiedzą, że to nowa Iwonka.

Boże, już myślałem, że powoli zaczynam zapominać, godzić się z tą stratą, ale to wszystko wróciło… I boli chyba jeszcze bardziej, bo dziś wiem, co znaczy słowo „samotność”. – Po policzku mężczyzny spłynęła łza.
Mamy komplet! A potem pół strony o tym, jak Bartosz czuł się parę dni po pożarze.
– Wiesz, że jesteś u nas zawsze mile widziany? – musiał upewnić się Nataniel.
– Wiem. Dzięki.
Do pokoju weszła bezgłośnie jak duch Natalia. Krzyknęła cicho na widok mężczyzn. Była w samej koszuli nocnej, pewna, że cały dom śpi, i teraz rozglądała się w poszukiwaniu jakiegoś okrycia.
Może ta koszula nocna sięgała pępka?
– Daj spokój, dziewczyno, jesteś wśród swoich – mruknął Nataniel.
Ona jednak wstydziła się nie tyle stroju – koszula nie była prześwitująca – co swoich wygiętych w S pleców.
Które wystawały spod koszuli i wiły się jak wąż.
Szybko nałożyła sweter Jadwini, porzucony na oparciu krzesła.
– Przepraszam, przyszłam po szczeniaki – usprawiedliwiła swoje najście.
– Nie musisz przepraszać, jesteś u siebie – zauważył. – I nie musisz się opatulać po czubek głowy. Bartosz zamieszka tu na jakiś czas. Nie daj mu poznać, że jest intruzem.
Aaa… czyli nie chodziło o to, żeby Natalia się nie stresowała, tylko Bartosz mógłby poczuć się urażony: „nie daj mu poznać, że jest intruzem!. Do tego momentu jeszcze można zrozumieć komentarz Nataniela – sam mógł się przestraszyć gwałtownej w swoim rozumieniu reakcji Natalii i niezręcznie próbował ją uspokoić. Ale nie, trzeba ciągnąć temat jeszcze przez kilka akapitów:
– Jesteś dla nas jak kumpel – stwierdził Nataniel. – Oczywiście widzimy w tobie kobietę, niezłą laskę notabene, ale nie obiekt seksualnego zainteresowania. Tłumaczyłem ci to już. Nie raz i nie dwa razy.
XD Ile razy musiał jej to tłumaczyć i dlaczego? Dlaczego sytuacja wymagała podkreślenia, że Natalia jest niezłą laską”???
Nataniel wstał, podszedł do pieca, przy którym stał kosz ze szczeniętami, uniósł go delikatnie, by pieski się nie pobudziły, i ruszył za Natalią do sypialni na piętrze.
– Pamiętasz, że Bartosz rok temu temu stracił ukochaną żonę i synka? – upewnił się półgłosem.
Nie wolno go stresować, rozbieraj się!
– Tak, tak. Wiem, pamiętam, tylko że... Nie lubię, jak obcy na nie patrzą. – Nadal nie potrafiła myśleć bez odrazy o swoich krzywych plecach. Do Nataniela i Siergieja przywykła, nie mówiąc już o Damianie. Jednak obcy mężczyzna... Jego spojrzenie aż paliło. Zerknęła nań kątem oka. Patrzył w ogień, nie na nią.
Tak. Nie ma to jak wmawiać kobiecie z głębokimi problemami z samooceną, że jest skromna, bo łaknie uwagi otoczenia:
– Ostatnim, o co możesz go podejrzewać, jest strzelanie oczami za inną – dokończył surowo, a dziewczyna znów się zarumieniła.
Ze wstydu nad własną głupotą i nieśmiałością. Rzeczywiście krzywdziła Bartosza samym podejrzeniem o „palące spojrzenia”.
Czy tylko mnie się wydaje, że sięganie po ubranie jest w tej sytuacji naturalne, bo jak ktoś nie jest kolegą, z którym człowiek spędza wakacje, opala się razem latem albo chodzi na basen, to nie wypada świecić gołym tyłkiem?
– Jesteś całkiem bezpieczna. Jak przy mnie, Siergieju czy Mateuszu – dodał Nat łagodniej, widząc łzy w jej oczach. Była taka wrażliwa... – Przy Damianie już mniej.
Tak tylko przypomnę, że Siergiej ją podrywał, więc zdecydowanie widział w niej potencjalny obiekt seksualnego zainteresowania. 
Przy okazji pouczanie Natalii przez Nataniela to definicja mansplainingu!
– Puścił do niej oczko. Musiała się uśmiechnąć. – No, masz tu swoje „dzieci”. Teraz każde z nas ma własną czeredę.
Powiedział do kobiety, która przeżywa diagnozę o bezpłodności. Najwyraźniej nie będzie jej traktował poważnie, póki nie powije ludzkich niemowląt, a na to się nie zapowiada.
Postawił kosz pod drzwiami, poczochrał Natalię po włosach jak młodszą siostrę, bo tak ją właśnie traktował, i zszedł na dół, gdzie do Bartosza dołączył Sodarow. Wyciągnął swoje długie, umięśnione ciało na kanapie, potarł opaskę, która zasłaniała dziurę po utraconym na torturach oku, i uniósł do ust kieliszek nalewki poziomkowej. Jego trojaczki osobiście uzbierały na nią pachnących lasem owoców.
Ciekawe, co by na to Magda powiedziała.

Siergiej zaczyna temat uciekania od żon i nadużywania alkoholu, a Nataniel się oburza.
Też sobie kumpli, Bartosz, dobierasz. Jeśli będziesz potrzebował zapomnienia w szklance wódki, to nie z Domoradzkim.
– Z tobą też nie. Ty również nie chlasz, odkąd masz dzieci.

Chlasz”. Szalone słownictwo.

– I nici z imprezy! – wykrzyknął półgłosem (…).
Umilkł. Milczeli i oni. Ogień, połykający świeżo podłożone drwa, przyciągał wzrok. I wspomnienia.
– Pamiętasz tę noc, w którą odeszła Marta? – odezwał się cicho Siergiej.
Imprezy nie będzie, ale powyjemy sobie do księżyca, że Marty nie ma! Od sześciu (siedmiu?) lat. Tak, czas na zbiorowe wycie, mimo że Bartosz nie jest w temacie! Na szczęście rozmowa w końcu schodzi na inny temat, to znaczy najnowszą chorobę alkoholową Damiana, przed którą trzeba chronić Natalię i Jadwigę:
– Dowiedziałem się przypadkiem. Jadwiga opieprzała Damiana za nocną popijawę. Niechcący podsłuchałem, jak wyrzuca mu, że ten pije niemal dzień w dzień. Do niedawna sam. W domu. Podbierał nalewki z piwniczki Jadwini. Myślał, naiwniak, że ona się nie kapnie.
Znowu szalone słownictwo!
– Spokojnie. Dam sobie radę z popijającym Damianem – rzekł Gazda. – Może się na coś przydam. Mój ojciec miał podobny problem, ja całkiem niedawno też i wyszliśmy z tego obaj.
2020: epidemia koronawirusa, 2024: epidemia alkoholizmu.

Na koniec wchodzi Damian, który zauważył, że go obgadują, ale nie zaczyna mordobicia, ponieważ nie ma przewagi liczebnej.
Damian, obiekt ich rozważań, wszedł właśnie do salonu i oczami lekko zmrużonymi ze złości patrzył przez chwilę najpierw na Siergieja, potem na Nataniela. Bartoszowi wściekłego spojrzenia oszczędził. Na razie.
(…)
Młody mężczyzna zacisnął na chwilę powieki. „Nie wpieprzaj się w nie swoje sprawy!”, chciał krzyknąć. „Żyj sobie niczym udzielny książę, otoczony gromadką dzieci, z wpatrzoną w ciebie księżniczką, a nam daj spokój!”. Ale nie powiedział nic.
(…)
Damian wstał, rzekł: „Knujcie dalej swoje spiski, ja jestem dorosły, podejmuję własne decyzje i biorę za nie odpowiedzialność”, po czym wyszedł. Gdyby salon od holu oddzielały drzwi, pewnie zatrzasnąłby je z hukiem.
Damian patrzy, nie patrzy, mówi, nie mówi, a potem wychodzi. Konstrukcja tej sceny nie ma wielkiego sensu, po prostu wszyscy się przekomarzają, aż wychodzi wystarczająco wiele stron, żeby zakończyć rozdział.

Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Komentarze

  1. Ama, Ana i Ada. Matko święta. To naprawdę brzmi, jakby Magda i Siergiej zrobili sobie z nich takie urocze rekwizyty, bo wiadomo że jak bliźniaczki albo trojaczki, to muszą wyglądać tak samo.

    - Ale mamo, my nie chcemy nosić takich samych czapeczek i ubrań, nie chcemy być takie same
    - Haha, słodkie klony robią brrr

    Siergiej widzę nadal subtelny niczym rosyjski czołg z czasów II wojny światowej. Hurtowe robienie dzieci, co...

    Podoba mi się teoria o tym, że to wcale nie dzieci Siergieja :D ale byłby zwrot akcji na koniec!

    To o nie byciu pantoflarzem i o tym, że wiadomo kto rządzi u Sodarowów to jest po prostu krzywdzące i obrzydliwe. No bo oczywiście, że jak mężczyzna słucha kobiety to żałosny pantoflarz, baby się twardą ręką trzyma, a nie.

    Psica została Padme XD No naprawdę, tak jak zawsze jest mi smutno przez psy, tak tutaj się nawet przejąć nie mogę, tylko się śmieję, bo takie to suche i tak bardzo wyliczone, żeby było jak najsmutniejsze, jak najtragiczniejsze i ojoj, a działa odwrotnie.

    Ach tak, wspomnienie o maltretowaniu rodzin i dzieci, porównanie do maltretowania zwierząt - Michalak w formie. Pełne ciepła i optymizmu książki, tak to szło?

    Nie wiem, jaki cel miałby potencjalny zbrodniczy hodowca w porzucaniu ciężarnej, rasowej suki. Tacy zbrodzienie raczej na logikę chcą zarobić, a żeby zarobić, trzeba by psicę dociągnąć do porodu i sprzedać na lewo szczeniaki - więc jeśli już, to nie zły hodowca, tylko ktoś choćby przez hodowcę oszukany, kto zamiast psa dostał sześć psów. No ale to by nie było tak dramatyczne, prawda. No i też od razu zakładanie, że pies został porzucony, a nie na przykład uciekł, zgubił się, albo tak jak powiedziałaś - padł ofiarą wypadku razem z właścicielem, który też gdzieś zamarza i potrzebuje pomocy. Nie, źli ludzie wyrzucili psa. Ten wątek mógłby mieć sens - mało to psów kończy na ulicy? - ale bohaterowie od razu dochodzą do najmniej prawdopodobnych wniosków.

    Trusia niech spoczywa w pokoju, była jedną z nielicznych dobrych postaci w tym dziele. I psem, którego śmiercią na kartkach tej patologii się szczerze przejęłam, może dlatego, że Michalak nie próbowała tak bardzo, jak z Bellą.

    Szczerze mówiąc już wolę Bartosza i jego słoiczek po żonie niż Natalię dzwoniącą do matki dwa lata po jej śmierci.

    Matko boska, co Michalak ma z tym biciem dzieci? Znowu musi o tym wspominać, tak jakby niebicie dzieci było jakimś wyjątkowym osiągnięciem.

    Zaraz, ile Emilka ma tutaj lat? Trzynaście? Zachowuje się, jakby nadal miała pięć. I to tak naprawdę pięć, a nie (czterdzieści) pięć. Czyżby bycie przerzucaną przez Nataniela przez płoty jednak miało jakiś wpływ?

    "Nie znam i chyba nie chcę poznać" - Jezu, co? Nagła agresja Zosi mnie zbiła tu z tropu tak samo jak kilka tomów temu, kiedy zaczęła w myślach gnoić Iwonę. Nasza pani doktor wcale nie jest taką łagodną, milusią lilijką, jak wmawia nam narrator, co?

    Czyli właścicielka psa to nowa Iwona, hm. Obstawiam, że naprawdę okaże się nową Iwoną, złą do szpiku kości kobietą, która zrani biednego Bartosza, i potem Bartosz zejdzie się z Natalią, którą zranił zły do szpiku kości Damian. Ale to tylko daleko sięgająca teoria na tym etapie!

    "Oczywiście widzimy w tobie kobietę, niezłą laskę notabene, ale nie obiekt seksualnego zainteresowania" - Nataniel, jesteś creepem.

    Do zobaczenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Siergiej widzę nadal subtelny niczym rosyjski czołg z czasów II wojny światowej", haha, to prawda, w dodatku nagle taki dumny z założenia rodziny.

      Nie wiem, skąd ten pogląd autorki (przynajmniej ja te sceny tak odczytuję), że gdy kobieta mówi mężowi coś rozsądnego albo lepiej się na czymś zna, to jest to dla niego demaskulinizujące, ale przede wszystkim z jej perspektywy przestaje być męskim mężczyzną.

      No niestety, trochę ten źle użyty patos w obliczu śmierci tego psa robi się komiczny. Jak Emilka 😄

      Mam wrażenie, że zerowa wiarygodność sceny z porzuceniem ciężarnej suki wynika z tego, że Michalak wielokrotnie słyszała o kundlach w takiej sytuacji. Z drugiej strony nie cierpi bogatych kamieniczników, którzy kupują sobie rasowe psy, więc chyba połączyła oba wątki :D Ktoś w tej powieści powinien jednak zauważyć, że hodowcy nie pozbywają się zapłodnionych psów ot tak, podobnie jak krawiec nie wyrzuci z pracowni nowych manekinów i sprawnych żelazek. Autorka lubi zaczynać tworzenie od inspirowania się konkretną estetyką, te wszystkie jej wpisy na blogu, że wymyśla słodkie imię i projektuje słodką okładkę… podejrzewam, że rasa psa też nie była przypadkowa, po prostu pinerejczyki jej się podobają, pasowały do śnieżnej scenerii, więc musiały zostać bohaterami.

      To prawda, Trusia zyskała na tym, że poza sceną przedstawienia jej nie stanowiła "shock value", a tło historii i narrator nie zdążył jej obrzydzić patetyczną atmosferą. A gdy zginęła, rozwodził się nad żałobą wioski po śmierci Marty.
      "była jedną z nielicznych dobrych postaci w tym dziele" – przykre, ale prawdziwe.

      Na tym etapie żałoba Bartosza rzeczywiście nie jest jakoś straszne źle opisana, przynajmniej dla osób, które nie czytały poprzedniego tomu. Nie kopiuję tu prawie nic, ponieważ ponad połowa jego rozważań ma taki sam schemat jak opis żałoby Natalii: widzę od razu, skąd Michalak to wyciągnęła i ciężko mi się wczuć, a co dopiero współczuć bohaterowi.

      "Znowu musi o tym wspominać, tak jakby niebicie dzieci było jakimś wyjątkowym osiągnięciem" – to chyba znowu efekt inspiracji doniesieniami prasowymi niż własnym życiem i otoczeniem.

      "Czyżby bycie przerzucaną przez Nataniela przez płoty jednak miało jakiś wpływ?" – ja mam podejrzenia, że zaobserwowała w swoim życiu wystarczająco wielu potępionych na wieki przez swój indywidualizm dorosłych i po prostu woli zostać komicznym dzieckiem. Jeden zły ruch i skończy jak mama.

      "Nasza pani doktor wcale nie jest taką łagodną, milusią lilijką, jak wmawia nam narrator, co?" – jednak narrator wszystkich próbuje nam obrzydzić.

      Nie będę robić spojlerów, bo rzeczywistość jest jeszcze bardziej komiczna 😄

      Usuń

Prześlij komentarz

Uwaga, Blogspot lubi usuwać treść długich komentarzy bez ostrzeżenia, więc dobrze je kopiować przed wysłaniem.