6.3 Rozdziały 9, 10, 11, 12 i 13
ROZDZIAŁ IX: ŻYCIE JEST JAK DRZEWO
– Co się stało? – w głosie Moniki, która do tej pory przysłuchiwała się rozmowie, zabrzmiał niepokój.
– Nat w coś się wplątał. Muszę jechać do Ełku. Dasz sobie radę z małą?
– Miałam nadzieję złapać choć parę godzin snu, ale pewnie, jedź.(…)Chwilę później wsiadał do samochodu i już miał ruszać, gdy na ganek wypadła Natalia.
– Nataniel ma kłopoty. Muszę mu pomóc – odparł spokojnym tonem, chociaż poczuł narastającą irytację.
– Nataniel ma rodzinę. (...) Chcę, żebyś wrócił do domu, do mnie, do naszej sypialni i naszego łóżka. Żebyś zaopiekował się mną, a nie resztą świata!
Wyjął telefon, wybrał numer do Magdy, ale włączyła się poczta głosowa. Do Mateusza nie miał numeru. Był w kropce.
– Znasz mnie, nie potrafię siedzieć spokojnie, gdy ktoś z rodziny czy przyjaciół potrzebuje mojej pomocy.
Chyba że to moja narzeczona.
Gdyby zaszła potrzeba, nawet Damianowi, ze względu na to, co kiedyś was łączyło, bym jej nie odmówił.
Nawet Damian jest ważniejszy niż ty!
Na dźwięk tego imienia Natalia drgnęła. Otuliła się szczelniej kurtką, ukrywając połowę twarzy za futrem okalającym kaptur, żeby Bartosz nie widział uczucia, które słowo „Damian” w niej wywołało. I uśmiechu, zupełnie niepasującego do powagi sytuacji.
Sierżant Borewicz spojrzał na Gazdę z mieszaniną różnych uczuć na twarzy. Próbował być groźny i surowy, ale nad gniewem brało górę rozbawienie.– Pańska godność?– Bartosz Gazda.– Kim pan jest dla osadzonego?– Bratem.
– Pana brat, Nataniel Domoradzki, miewał problemy z środkami odurzającymi?(…)– Nie! Nigdy w życiu! Nat i dragi? – Bartosz musiał się roześmiać, tak niedorzeczne wydało mu się to podejrzenie.
– Nie wiem, czego osadzony się naćpał, ale musiało to być coś naprawdę ekstra, skoro przemieniło go w drzewo.Bartosz osłupiał.– Pląsające drzewo – dodał funkcjonariusz, ciesząc się w duchu z miny mężczyzny.
Okazuje się, że funkcjonariusze dostali wezwanie do mężczyzny "tańcującego pośrodku jezdni", w samej koszuli i spodniach mimo mrozu.
– Przez te gałęzie ledwie się do radiowozu zmieścił.(…)– Nadal pląsa. Po celi. Ale nieco wolniej. Pewnie jesień idzie, liście opadły i zapada w sen zimowy. – Borewicz parsknął śmiechem, ubawiony własnym dowcipem.Ale Bartoszowi nie było do śmiechu.– Mógłby mnie pan do niego zaprowadzić?– Ja nie, muszę tkwić tutaj, w dyżurce, ale koledzy, którzy podziwiają ten niezwykły okaz wierzby czy raczej klonu, z chęcią go panu pokażą.Rzucił przez telefon parę słów i chwilę potem zjawił się drugi policjant.– To brat naszego świerka. – Borewicz nie zamierzał oszczędzać Bartosza.
– Zostawię pana z bratem na kilka minut. Pogadajcie sobie. – Policjant chciał dorzucić „o ile umiesz gadać z drzewem”, ale ugryzł się w język.
„A jeśli Nataniel zwariował? I już nigdy do nas nie wróci? (…) Ktoś nas przeklął czy co?!”
I wtem… z bełkotu, który nadal wydawał Nataniel, wyłowił dwa słowa, które zjeżyły mu włos na karku:– Ratuj mnie!Wzrok nagle się Bartoszowi wyostrzył, zobaczył to, co powinien był spostrzec natychmiast, gdyby nie sugestia rzucona przez policjantów (…).– Jego natychmiast trzeba zawieźć do szpitala! – krzyczał i do dyspozytora, i do policjantów. – Jestem ratownikiem medycznym! On ma ostre zapalenie mózgu!
– Pana brat został zatrzymany. Gdy odzyska świadomość, będzie doprowadzony na prokuraturę celem złożenia wyjaśnień.– Czy wiecie, co znaczy „ostre zapalenie mózgu”?! – wykrzyknął Gazda wzburzony. – To stan zagrażający życiu! Śmiertelnie niebezpieczny!
– Bierzemy go, panowie – rzucił przez ramię lekarz i nałożył na palec chorego pulsoksymetr.Niewielkie urządzenie zaczęło nieznośnie piszczeć, alarmując o zbyt wysokim tętnie i zbyt niskiej saturacji. Nataniel umierał od środka, jego serce z całych sił próbowało walczyć o tlen dla komórek.Lekarz powstrzymał ratowników gestem dłoni.– Musimy go zaintubować. Natychmiast. Dajcie laryngoskop, rurkę szóstkę i zestaw ambu.
Lekarz miał wysokie kwalifikacje, zaintubował chorego w parę chwil.
– Jedziesz, kolego, z nami?– Tak. Dziękuję. Pojadę… – i nagle zmienił zdanie. – Jednak nie.
Wsiadł za kierownicę i siłą się hamując, ruszył tak wolno, jakby sam dostał zapalenia mózgu, lecz gdy tylko zniknął gliniarzom za zakrętem, wcisnął gaz do dechy.
ROZDZIAŁ X: ZIELONE PAPROCHY, BIAŁE, ZŁOTE, NIC NIE MA SENSU
Zaczęło się od pomysłu na powieść dla dorosłych. (…) Najlepiej thrillera political fiction. W przerwach między zajmowaniem się dziećmi, domem i pracą, gdy miał jeszcze siły i nie padł od razu twarzą w poduszkę, a były te przerwy rzadkością, siadał do laptopa, o którym Zosia nie miała pojęcia – Nataniel pod ziemię by się zapadł ze wstydu, gdyby przeczytała jego wypociny – i pisał, pisał, pisał niczym oszalały grafoman.
Choćby nie wiem jak wysilał umysł i wyobraźnię, nie miał pojęcia, jak wyprowadzić bohaterów „Gry o wszystko” z matni. Aż zaczął myszkować po forach dla pisarzy, licząc że mają cudowne sposoby na podobny problem.I oto jeden z nich miał. Złoty Pył – tak nazywał się cudowny lek na brak pomysłów.Ów specyfik, oczywiście zakazany, wznosił wyobraźnię na poziom niedostępny trzeźwym umysłom. Wystarczyło wyczarować zielony proszek po ciemnej stronie internetu, następnie zaszyć się w spokojnym miejscu, gdzie nikt nie przeszkodzi ci w szale twórczym, zażyć i... czekać z włączonym dyktafonem na przypływ takiej weny twórczej, jakiej nie zaznałeś nigdy.
Ale dla zdolnego informatyka, jakim Nataniel przecież był, namierzenie w darknecie Złotego Pyłu nie było trudne. Jeszcze tylko tajemne konto na Bitchain, bo w podziemiach internetu płacił się kryptowalutą, umówienie się z handlarzem, gdzie paczuszka z narkotykiem zostanie dostarczona – do paczkomatu rzecz jasna, na zmyślone dane i nierejestrowany numer telefonu – i przed dwoma dniami Nataniel otrzymał powiadomienie, że przysyłka już na niego czeka.
A jeśli paczkomat jest pod obserwacją? Jeśli w całym Grajewie już wiedzą, że niejaki Domoradzki sprowadza narkotyki? Jeśli pod paczkomatem stoi już kolejka chętnych na Złoty Pył? A w niej oddział antynarkotykowy?
Od dnia poprzedzającego Wigilię Nataniel parę razy urywał się z domu, jechał do Grajewa i jakby nigdy nic przechadzał się przez parę chwil pod paczkomatem, ot, zwykły allegrowicz czekający na kuriera z prezentami dla dzieci.
Kończył się czas przechowywania przesyłki, a Nataniel nadal nie odważył się na jej odebranie. Wreszcie dzisiaj, po długiej walce z samym sobą, zdecydował się na ten ruch. Lecz nie dlatego, że chciał stworzyć dzieło życia...
I oto Nataniel łzawiącymi oczami wpatrywał się w paczkomat. Dookoła panowała niczym niezmącona cisza. Mimo to serce omal nie wyskoczyło mu z piersi, gdy wstukiwał kod odbioru. A gdy skrzynka otworzyła się z trzaskiem, prawie zawału dostał, myśląc, że to strzał z pistoletu. Potem mało brakowało, by uciekł, ale nasilający się ból zwyciężył. Drżącymi rękami odebrał kopertę, powłócząc chorą nogą wrócił do samochodu i ruszył z piskiem opon, pewien, że co najmniej trzy radiowozy ruszą za nim w pogoń.
Kiedy wyjechał z Grajewa na drogę krajową i nadal był na wolności, zachciało mu się krzyczeć z radości. Poczuł się z siebie taki dumy! Otóż dokonał tego! Odważył się na złamanie prawa! On, Nataniel Domoradzki, człowiek nieskazitelnie uczciwy i praworządny, kupił narkotyki!
Gdyby nie poniosła go euforia, może by oprzytomniał, puknął się w głowę i wyrzucił kopertę do pierwszego z brzegu kosza na śmieci, a już na pewno nie byłby z siebie taki dumny, ale umysł mężczyzny zalały endorfiny. I oto był stracony dla społeczeństwa.
Wjechał głęboko w las, łamiąc kolejny zakaz, i nie zapalając w samochodzie światła – jeszcze miał resztki instynktu samozachowawczego, z naciskiem na „jeszcze” – trzęsącymi się od emocji dłońmirozpakował kopertę i paczuszkę z narkotykiem. Zanurzył w proszku palec, skosztował odrobinę. To coś smakowało jak cukier puder.„Za tysiąc złotych sprzedali mi parę gramów cukru?!”, zakrzyczał w duchu i spróbował jeszcze raz. Nieco więcej.
Rzucił parszywym przekleństwem. Ryknął: „Mendy! Po prostu mnie orżnęli!”, i wsypał zawartość paczuszki do ust.
Na efekty nie musiał długo czekać: zrobiło mu się błogo na duszy i ciele, opuścił oparcie fotela do poziomu, w głowie zaczęło lekko szumieć jak po paru dobrych drinkach, a potem... potem zaczął się ostry trip. Na pełnej petardzie. I Nataniel zaginął w odmętach rozszalałej nagle wyobraźni.
– Alleluja! – wykrzyknął po kilkudziesięciu metrach, widząc tylne światła znajomego nissana.
Drzwi samochodu były otwarte na oścież. W środku znalazł kurtkę Nataniela, a na podłodze po stronie pasażera rozdartą kopertę i podejrzanie wyglądającą torebkę. Podniósł ją, wysiadł z auta i podetknął paczuszkę pod światło reflektora. Była niemal pusta. Jedynie na dnie widniały resztki połyskującego proszku. Nabrał go na palec. Polizał.– Cukier? – zdziwił się na głos. – Nie wierzę, Nat, że zaprawiłeś się cukrem!
I co teraz z tym fantem zrobić? Przecież nie zaniesie do laboratorium i nie poprosi o zidentyfikowanie podejrzanej substancji, która – mimo że smakowała jak zwykły cukier – doprowadziła przyjaciela na skraj śmierci. Normalni ludzie nie znajdują jak gdyby nigdy nic torebki po narkotyku. Nikt mu nie uwierzy, że przechodził ulicą i znalazł ją na chodniku.
Czemu Nataniel ma w zwyczaju podnosić rzeczy z ulicy i zjadać je we wnętrzu samochodu?
Gazda był zbyt rozsądnym człowiekiem, by eksperymentować z narkotykami.
Wiedział na ich temat tyle, co podano mu podczas studiów ratownictwa medycznego, i nie był ciekaw niczego więcej. Mimo wszystko żadna z substancji, o których się uczył, nie pasowała do drobnych, białych, połyskujących złotem kryształków o słodkim smaku.
Substancja nazywa się Złoty Pył, Nataniel zamawia zielony proszek, a Bartosz ogląda białe kryształki. Wszyscy są równo naćpani.
Albo dysponuje zbyt wąską wiedzą, albo na rynku pojawiło się coś nowego...
– Złoty Pył? Co to za szajs? – Pokręcił głową ze zdumienia. – Aha, „pojawiło się nowe zagrożenie” i ty, Nat, koniecznie chciałeś zostać pionierem w eksperymentowaniu z cudownym proszkiem... Który „poszerza percepcję i pobudza kreatywność jak żadna inna substancja psychoaktywna; chętnie sięgają po niego twórcy i wynalazcy”. Ja pieprzę, niczym w reklamie: „Przyjaciel artystów, zażyj, a konkurencja zostanie bez szans!”. No i zmiksowało ci mózg, przyjacielu. Najgorsze jest to, że nie podają, co może być antidotum...
– Wyglądał na pijanego, ale moim zdaniem to zwyczajne zatrucie. Czym? Nie wiem. Właśnie po to robią mu badania. Podadzą mu płyny, coś na odtrucie i, mam nadzieję, za parę dni do ciebie wróci.– Parę dni? Od kiedy to „zwykłe zatrucie” kładzie człowieka do szpitala na kilka dni? Bartosz, rozmawiasz z lekarzem weterynarii. Zatrucia pokarmowe leczę węglem aktywnym i paroma innymi specyfikami w dzień, góra dwa.
Nawet gdy pies zje trutkę na szczury?
Ty dokładnie wiesz, co jest mojemu mężowi, i nieudolnie próbujesz to przede mną ukryć. Mógłbyś mnie nie okłamywać?„Nie mógłbym, Zosiu, wierz mi: nie chcesz wiedzieć, czym się struł twój ukochany Nataniel”, odparł w myślach, a na głos rzucił krótko:– Nic więcej nie wiem. Zatrzymali go w szpitalu.
– Zośka, proszę cię, daj spokój! Jest środek nocy! Nie będziesz ludziom głowy zawracać!
– Zosiu, powiem wszystko, tylko uspokój się. Natanielowi będziesz potrzebna silna i zrównoważona. Odetchnij głęboko raz i drugi. Dobrze.
Sprawiał wrażenie pijanego czy też... – musiał powiedzieć to słowo – ... naćpanego, ale gdy go zobaczyłem, od razu wiedziałem, że to ani jedno, ani drugie. – „Boże, wybacz mi to kłamstwo”. – Moim zdaniem ma ostre zapalenie mózgu...
„Przyrzekam, bracie, gdy wrócisz do domu – nie dopuszczał myśli, że może być inaczej – nogi z dupy ci powyrywam, ćpunie cholerny. Zachciało się kretynowi eksperymentów ze Złotym Pyłem, psia jego mać!”.
– Jakoś tak. Nie potrafię zasnąć, gdy Nataniela nie ma w domu, nie wiem, co się z nim dzieje i kiedy wróci. Kocham go – dodała z tak rozbrajającą czułością w głosie, że Bartosz aż się uśmiechnął.
Świat bez Nataniela straciłby wszelkie barwy. Bartosz nawet nie chciał sobie wyobrażać cierpienia Zosi i dziewczynek...
Wszystkie barwy, tak kolorowo bije! Przecież on nie ubarwia życia innym bohaterom, on jest autorem wszystkich ich problemów! Nataniel może wszystko: jego agresja, nałogi i lenistwo wciąż uchodzą mu na sucho, jak narobi sobie kłopotów, wszyscy mieszkańcy lecą piec ciasto i zacierać ślady przed policją, a przy tym wciąż jest gloryfikowany jako najważniejsza postać w ich życiach. Dlatego myślę, że Nataniel to alter ego AutorKasi. Już tłumaczę, czemu bardziej niż Marta i Zosia: bo mizoginia wszechobecna w mazurskim uniwersum zakazuje kobiecie "mówić jak jest". A Nataniel, wielki pisarz, jak chce komuś przyłożyć, to przyłoży, jak uważa, że należy kogoś ukarać, to to zrobi, nie licząc się z konsekwencjami. Żyć nie umierać! Żadna ruda lekarka jako kobieta nie mogłaby zdobyć się na naprawianie świata wrzaskiem i pięścią. Zauważmy przy tym, że nie jest on traktowany jako obiekt seksualny jak Siergiej; uprawia seks z kolejnymi kobietami, bo jest zdobywcą, ale raczej nie czytamy o jego szkarłatnym prąciu i seksownie spoconych mięśniach, zamiast tego regularnie dowiadujemy się, że cierpi z powodu miłości, zdrady, bólu nogi czy setki innych problemów. Według mnie Zosia reprezentuje ideał kobiety, a Nataniel człowieka – niekoniecznie mężczyzny, ta rola przypada Siergiejowi. Po śmierci z przedawkowania tego wybitnego artysty z pewnością cała Polska wywiesiłaby czarne flagi… a nie, przepraszam, Nataniel jest niedoceniony wyłącznie w swojej ojczyźnie i nikt nie wie o jego istnieniu nawet jako o ciekawostce na Onecie w stylu Janoscha.
ROZDZIAŁ XI: A NATANIEL ZNOWU COŚ ZEŻARŁ
Nie działały żadne leki nasenne, ani ziołowe, ani te, które podrzuciła jej Zosia.
Jak mogłeś mi to zrobić?! W czym ona jest lepsza niż ja?! Przecież było ci ze mną dobrze w łóżku, nie miałeś powodów się uskarżać! Boże mój, wstawałeś ode mnie i jechałeś do niej…
Chwyciła butelkę mocnej jak szatan śliwkowej nalewki i zaczęła pić, krztusząc się, tak chciwie, jakby była wędrowcem na pustyni.
Bo była. Czuła się jak zbłąkany wędrowiec na pustyni uczuć.
![]() |
| Był kiedyś taki komiks w internecie, ale dawno zmarł |
W życiu nie wyżłopała tyle, co przed chwilą, więc od razu zaszumiało jej w głowie. Jeszcze zanim znalazła się w sypialni, ból nieco zelżał. Gdy nakrywała się kołdrą, cały pokój kołysał się łagodnie jak muślinowa firanka na wietrze. A potem... potem Magda nic już nie czuła i nie widziała. Po butelce domowej nalewki po prostu straciła przytomność.Odzyskała ją, gdy nastał nowy dzień, a wraz z nim jeszcze więcej bolesnych niespodzianek, na które mógł pomóc tylko alkohol. Jeszcze więcej alkoholu.
Marianna parę razy pukała do drzwi sypialni, w której zabarykadowała się Magda. Wreszcie machnęła ręką. Jak zgłodnieje, to wróci na łono rodziny.
W całym pokoju unosił się nieznośny odór alkoholu i wymiocin. Magda zwisała z łóżka, pochylona nad dywanikiem, i patrzyła na Mariannę na wpół ze skruchą, na wpół błagalnie.
– Madziu, dziecko kochane, coś ty nawyczyniała! – Starsza kobieta podbiegła do niej i pomogła jej usiąść.
Przejdź, dziecinko, do łazienki, weź długą gorącą kąpiel, a ja tu wysprzątam, dobrze? Potem zejdziesz do kuchni, zrobię ci kisielek poziomkowy, bo cokolwiek innego sprowokuje żołądek do dalszych harców
– Nataniel pojechał do szpitala pomóc na dyżurze. Wiesz, jak trudny jest dla pogotowia czas świąt. Chciałabym mu zawieźć coś ciepłego do jedzenia. Zapakowałam słoik z rosołem, parę plastrów pieczeni, kawałek makowca...
Szkoda, że to kłamstwo, bo po raz pierwszy w sadze bohater zjadłby normalny obiad zamiast słodyczy.
– Mamo, zostawiłaś to wszystko w domu! – krzyknęła Emilka. – Zapakowałaś do koszyka i zostawiłaś! A my nic, ani mru-mru! Jesteśmy gaaapy, jesteśmy gaaapy! – Zaczęła tańczyć dookoła Zosi, wyśpiewując to swoje „Jesteśmy gaaapy”.
– Uspokój się! Natychmiast się uspokój! – krzyknęła tonem tak do siebie niepodobnym, że w korytarzu zapadła nagła cisza.Trzy córeczki i Marianna patrzyły na Zosię z niedowierzaniem, niemal szokiem. Dwie młodsze wykrzywiły usta w podkówkę, gotowe się rozpłakać.
Mama nigdy, przenigdy nie krzyczała na nie! Tata, owszem, on potrafił rozstawić rozbrykane towarzystwo po kątach, ale mama była od kochania i przytulania!
– Ale jak...? Czym się zatruł? – wyjąkała. – Coś zjadł? Przecież wszyscy byliśmy na Wigilii i nikt się nie rozchorował. Poza tym własnoręcznie wszystko przygotowaliśmy!
– Wracał ze szpitala od Siergieja. Może chapnął coś nieświeżego na stacji benzynowej? Nie wiem. Wiem, że jest na OIOM-ie.
ROZDZIAŁ XII: DEJ MNIE TE RUSKIE LASKE
Z jednej strony powodowała nim potrzeba czuwania nad przyjaciółmi, z drugiej – niechęć do przebywania we własnym domu, gdzie Natalia wyraźnie dawała mu do zrozumienia, jak to jest narzeczonym rozczarowana i jak bardzo czuje się przez niego raniona.
– Kolego, jeśli chcesz pomóc przyjacielowi, musisz nam powiedzieć, co zażył. Zrobiliśmy badania krwi pod kątem narkotyków, z zerowym wynikiem. Zrobiliśmy badania na obecność metali ciężkich, wynik ten sam. A przecież nie nawdychał się butaprenu czy rozpuszczalnika, one nie dają takich objawów, więc...?
Bartosz zacisnął powieki i wziął głęboki oddech. Wiedział, że jedno jego słowo i Nataniel będzie miał kłopoty z prawem.
– Nie wiem, co mu zaszkodziło... – „Ta, zaszkodziło, jakbyś się nadpsutej ryby nażarł, kretynie”. – Ale w jego telefonie znalazłem link do substancji o nazwie Złoty Pył.– Aaaa, ten szajs! – Lekarz pokręcił głową. – To nowe gówno, które posłało do piachu parę młodych durnych. Nie wiem, kim jest twój przyjaciel, ale w tym wieku powinno się mieć więcej rozsądku. No, wracam na OIOM.
A! Czyli nowy modny dopalacz, który wszyscy znają, a o którym, jako jedynym, nie pomyśleliśmy. Znaczy w prawdziwym świecie ma to sens, ale w tym uniwersum, skoro Bartosz raz na 15 lat googluje nowe narkotyki, najwyraźniej istnieje jedna rzecz do wciągania, jedna do palenia, jedna do wkłuwania się i jedna smakująca jak cukier.
– Panie doktorze – Bartosz przytrzymał go za rękaw – proszę nie wzywać policji. Nat to dobry człowiek, ma rodzinę, żonę, trójkę dzieci, w tym dwoje adoptowanych. Pisze książeczki dla maluchów, wydawane na całym świecie.
– Niech kolega nie bierze mnie na litość! – obruszył się lekarz, ale po chwili dodał łagodniej: – Tylko link w telefonie? Niczego innego, żadnej podejrzanej substancji przy kumplu nie znalazłeś?Bartosz przytaknął bez mrugnięcia okiem.– Cóż, za surfowanie po necie jeszcze nie zamykają. Zrobimy, co w naszej mocy, żeby Domoradzki z tego wyszedł.
Gdy tylko Nat wróci do domu, rozmówi się z nim po męsku, jeśli będzie trzeba – wpieprzy jak kozie za obierki, a potem dopilnuje, by kretyn trzymał się od dragów z daleka
Gazda karmił ją [Zosię] strzępami informacji, lawirował, jak mógł, żeby nie powiedzieć całej prawdy
Jeszcze poprzedniego dnia zdecydował się wyjawić Zosi, czego dopuścił się jej uroczy małżonek. Jaką głupotę popełnił.
Nie dlatego, że Bartoszowi sprawiało radochę donoszenie na przyjaciół, lecz po to, by razem z Zosią mogli zapobiec podobnym ekscesom w przyszłości.
Nagle zapragnął, by Natalia stała się na powrót czuła i kochająca. Oddana i namiętna. Poderwał się tak gwałtownie, aż pociemniało mu przed oczami.
Gdy w drzwiach pojawił się Bartosz, [Natalia] od razu wystartowała z pretensjami:(…)– Masz ją uciszyć, rozumiesz?! Albo wylatujecie z domu oboje: ona i ty! Mam dosyć, mam cholernie dosyć tego wszystkiego! Cudze dziecko, moje dziecko, dom, ciąża, wszystko na mojej głowie! Ile można?!
Bartosz poczuł, że ma równie dosyć, co Natalia. Przeszedł do salonu, opadł na kanapę, przytulił dziecko – które o dziwo przestało płakać – do piersi, zamknął oczy i trwał tak, modląc się bezgłośnie o łagodną śmierć.
Monika Gazda nie była obrażalska. Nie zostawiłaby powierzonego swej opiece niemowlęcia „tak właśnie, bez powodu”. Natalia musiała tak jej dopiec – najprawdopodobniej w złości kazała się jej i ojcu wynosić – że mama nie chciała pozostać w niegościnnym domu ani chwili dłużej.
I co on, Bartosz, teraz zrobi?
Madzia, błagam, pomóż
Nagle go olśniło!
Nie dawniej jak w Wigilię, gdy siedzieli przy wieczerzy i gawędzili o tym i owym, nie mając pojęcia, jaka apokalipsa za chwilę ich wszystkich czeka, Marianna wspomniała o młodej dziewczynie, Kresowiance, której rodzice, polscy repatrianci, zostali aresztowani na Białorusi. Dziewczyna – jak ona ma na imię? – studentka polonistyki, została bez środków do życia i bez dachu nad głową.
Z góry mówię, że ta polonistyka jest tu po to, by Michalak nie musiała za dużo myśleć nad idiolektem postaci. W sumie niegłupie rozwiązanie.
Ma czas do końca grudnia, by opuścić wynajmowany dom. Czy raczej starą, rozpadającą się chałupę.
– No i tak, moi kochani – ciągnęła Marianna – nie dość, że biedulka drży z niepokoju o rodziców, to jeszcze nie ma gdzie się podziać. Proboszcz po kazaniu zwrócił się o pomoc dla Urszuli, ale co my możemy... Zawieźliśmy niebodze trochę jedzenia, daliśmy parę złotych, popłakała się dziewczyna, po rękach chciała całować. Oj, nieźle ją na tej Białorusi traktowali... Ale nic innego uczynić nie możemy. Chałupa nie pomieści nas trojga... – Tu zawiesiła głos, licząc, że Domoradzcy albo Magda zechcą przygarnąć biedaczkę, jednak Nataniel na proszące spojrzenie Zosi pokręcił głową. Nie lubił obcych, którzy kręcą się po domu. Nie i koniec.
– Kochana, podaj mi telefon do tej dziewczyny, Kresowianki, o której opowiadałaś na Wigilii. Potrzebna nam pilna pomoc. – Potknął się o słówko „nam”, wierząc, że Natalia wytrzyma z kimś w swoim wieku łatwiej niż z jego rodzicami.
– Wcale się nie trzyma. Wczoraj upiła się do nieprzytomności. Nic jej nie obchodzi: dzieci, własne zdrowie. Mam nadzieję, że czas uleczy rany szybciej, nim Madzia się wykończy.
Opiekuj się córeczką Siergieja. Mam nadzieję, że niedługo sam się nią zajmie. Co z będzie z czwórką ślubnych dzieci?
ROZDZIAŁ XIII: WIEDZA O GENETYCE
Nie pomyślał – pewnie ze zmęczenia – jaki popełnia błąd, zapraszając do Marcinków młodą kobietę i jak na jej obecność zareaguje Natalia, i tak już obrażona na cały świat, a najbardziej na niego.
Zupełnie jakby pojawienie się wjego życiu małej Michasi odebrało mu rozum. Ale cóż... czasem najrozsądniejszym zdarza się zbłądzić.
Gdyby sprowadził do domu starszą kobietę, nawet nie pytając Natalii o zdanie, pewnie by mu wybaczyła: troszczy się o nią, pragnie, by wypoczywała, zamiast krzątać się po domu. Ale on to robił nie dla Natalii, a dla podrzutka, którego ona nie znosiła od pierwszych chwil w Marcinkach. Na dodatek wynalazł zdrową, w pełni sprawną dziewczynę. To będzie dla Natalii dodatkowy cios. Bartosz prosił się o kłopoty. Tak po prostu.
Dom, w którym mieszkała Urszula – takie oto imię nosiła nieznajoma – stał na kolonii. Była to niewielka, stara jak węgiel kamienny chałupina chyląca się do ziemi, ale otoczenie miała schludne, a ściany świeżo odmalowane. Rodzice dziewczyny najwyraźniej dbali o swój skromny azyl.Wszystkie okna były ciemne, tylko jedno, na poddaszu, rozjaśniał blask nocnej lampki.
Jestem Bartosz Gazda, sąsiad z Jędrzejowic. Proboszcz mówił, że potrzebujesz pomocy. Chcę ci zaoferować mieszkanie z wyżywieniem i przyzwoitą pensją w zamian za opiekę nad dzieckiem.
Jeśli myślał, że nieznajoma otworzy drzwi na oścież, rzuci mu się na szyję i zacznie obcałowywać po policzkach, łkając z wdzięczności, musiał się rozczarować.
„Boi się. Nic dziwnego. Dom stoi na odludziu, a ja nachodzę dziewczynę po nocy”. Zanim wpadł na pomysł, jak przekonać ją do siebie, przyszła mu z pomocą Michasia. Zakwiliła cicho raz i drugi.– Ciii, ciii, kruszynko – wyszeptał z nieudawaną czułością.Słysząc jego ciche słowa, dziewczyna zdobyła się na odwagę i przekręciła zamek w drzwiach.
Odchylił kocyk. Wielkie oczy, które tak go zachwyciły, zalśniły w świetle księżyca. Dziewczynka z uwagą wpatrzyła się w pochyloną ku sobie twarz.– Ależ śliczności! Jak ma na imię? Mogę ją wziąć na ręce?Uśmiechnął się, uradowany tak szczerą reakcją, i czym prędzej podał zawiniątko Urszuli.
Tym razem dziewczyna się uśmiechnęła i nie mógł, choćby bardzo chciał, nie zauważyć, jaka jest ładna. W drobnej twarzy, okolonej długimi do pasa, pszenicznymi włosami, przykuwały uwagę zwłaszcza duże, jasne oczy. Była bardzo szczupła i zgrabna. W srebrzystych promieniach wyglądała jak rusałka czy leśna wróżka. A może jak panna z dworku? Naprawdę pasowała do Marcinków.
– (…) W Kijowie zajmowałam się dziećmi sąsiadów.
– Ale nie mam żadnych referencji. Jakoś nie przyszło mi do głowy o nie prosić. Rozumie pan: to była dobrosąsiedzka pomoc. Nie brałam pieniędzy za opiekę. Nie musiałam. Rodzice zarabiali bardzo dobrze...
– Nie potrzebuję referencji. Wystarczy mi poręczenie proboszcza – zapewnił ją szybko, żeby czasem nie zmieniła zdania.
– Jest jeszcze jedno „ale”: co dwa tygodnie mam zajęcia na uczelni. Bardzo, ale to bardzo zależy mi na ukończeniu studiów.– I super, to się chwali. Nie jest dla mnie problemem raz na jakiś czas przejąć całkowitą opiekę nad Michasią. Tylko dzień w dzień i noc w noc jest trudno. Rozumiesz, jestem facetem. Potrafię narąbać drwa na opał, naprawić komputer, upolować żubra na kolację. Niemowlę potrzebuje matczynego ciepła, a nie kogoś tak gruboskórnego jak ja.
– (…) Kiedy mogłabym rozpocząć pracę?– Teraz?– Teraz?!– N-no tak – zająknął się. – Myślałem, że pilnie potrzebujesz dachu nad głową i paru złotych.
Jutro mogę przywieźć cię z powrotem, żebyś się spakowała. Co ty na to?
W ostatniej chwili się pohamował, by nie porwać dziewczyny w ramiona i nie ucałować z radości
– Za dzień-dwa będziemy wybudzać pani męża ze śpiączki farmakologicznej. Musieliśmy go w nią wprowadzić, bo istniało zagrożenie majaczenia mózgowego. To stan niebezpieczny dla życia. Teraz, jak pani widzi – tu wskazał na monitor, po którym skakała w górę i w dół niebieska linia – fale są w miarę stabilne, ale gdyby zobaczyła je pani rano...
Zwykle nie pozwalamy rodzinie przebywać na sali OIOM-u dłużej niż kilka minut, ale ten przypadek jest szczególny. Tu mamy zaatakowany przez toksynę mózg. Narząd, który potrafi uleczyć sam siebie. Im więcej będzie miał pozytywnych bodźców, tym chętniej będzie się regenerował.
– Mam jeszcze mała sugestię, pani doktor, bo jest pani weterynarzem, jak słyszałem? Przytaknęła.– Proszę trzymać męża z dala od substancji psychoaktywnych. Następny strzał ze Złotego Pyłu może być jego ostatnim.
– Oczywiście. Wprawdzie nie wiem, co to jest Złoty Pył, ale dopilnuję, by Nataniel nigdy więcej nawet nie pomyślał o psychotropach.
Zdaję sobie sprawę, że w takich okolicznościach trudno w to uwierzyć, ale do tej pory nie miał żadnych tego typu zainteresowań.„Oprócz tego, że parę lat temu zapił się niemal na śmierć”, dodała w duchu gwoli ścisłości.
Jedyne, czego pragnęła, to położyć się i umrzeć. Ale nie było to takie łatwe. Dzieci chodziły za nią krok w krok, od kiedy opuściła sypialnię, domagając się jej uwagi, przytulenia, kochających rąk i dobrych słów.
– Czasu za dużo nie miałam, ale w każdej wolnej chwili sufrowałam po internetach, szukając odpowiedzi, czy mała Michasia może być dzieckiem Siergieja.
– No bo widzisz, Madziu, Siergiej ma oczy tak ciemnobrązowe, że niemal czarne. Doczytałam, że to gen dominujący. Mała ma natomiast śliczne błękitne oczęta. Rodzice powinni więc być też niebieskoocy. Rozumiesz: zasada dziedziczenia. Jak z tym groszkiem. Biały i czerwony daje różowy, czy jakoś tak.
– Biały i czerwony daje czerwony. A dziecko to nie groszek – odrzekła cicho Magda. – Ten zdrajca jak najbardziej jest jej ojcem. (…) Z jakiego innego powodu sprawiałby nam w Wigilię tak podłą niespodziankę? Liczył, że w świąteczny czas wybaczę mu zdradę i pokocham bękarta czułym sercem matki. Tak to sobie, bydlak, umyślił.
I zaczęła się modlić, gorąco, z całego serca, by takie nieszczęście nie doświadczyło Zosi, jej ukochanej jedynaczki. By jej wnuczki nigdy nie były wyrywane z rąk do rąk.Ale oni nie wyrywają sobie dzieci z rąk do rąk, tylko je wiecznie wypychają! U Nataniela tak było z Emilką, a tu mamy przykład czwórki dzieci Sodarowów.


No proszę, idealny Natanielek się naćpał. A ta Urszula to wydaje mi się taką fantazją niektórych facetów na temat dziewczyn ze Wschodu.
OdpowiedzUsuńNawet sobie nie wyobrażasz, jak trafne to spostrzeżenie :D
UsuńW sumie to dziwi mnie, że to kobieta prezentuje w swojej książce taką mizoginię. I nie chodzi mi tylko o Urszulę, ale też o postacie Zosi, Marianny, Iwony czy Oliwii. Albo uległe istoty albo wredne suki.
UsuńTylko Magda się wybija, będąc jednym i drugim ;) parcie na macierzyństwo wymazuje grzechy.
UsuńA tak w ogóle to czy Marianna nie miała przypadkiem porażenia mózgowego? I związanych z tym problemów z mową i chodzeniem?
OdpowiedzUsuńMiała i miewa, pewnie kiedy autorka chce zasygnalizować, że o nim pamięta. Chyba że chodzi o siłę miłości, co w tym uniwersum leczy problemy zdrowotne, które wracają tylko dla dodania dramatyzmu.
UsuńUwielbiam, że nigdy, ale to nigdy nie udaje mi się odgadnąć prawidłowej odpowiedzi w patomazurskich ankietach xD
OdpowiedzUsuńW ogóle to niesamowite, ale Bartosz zdecydowanie przebija tutaj Nataniela pod względem totalnego zidiocenia, co jest niezłym wyczynem, biorąc pod uwagę to, że ten drugi oćpał się cukrem pudrem z czarnego rynku. Na miejscu Natalii zacząłbym już przygotowania do Nieszczęśliwego Wypadku z Prześcieradłami vol. 2.
W ogóle czy tylko mnie się wydaje, że autorka nie rozróżnia Ukrainy i Białorusi i dla niej to wszystko jedno? W sensie jasne, Białorusinka jak najbardziej mogła wyjechać do Ukrainy ze względu na represje, mieszkać tam i pracować (mnóstwo osób tak zrobiło), ale znając Michalak to byłoby podkreślone już co najmniej z dziesięć razy, żeby czytelnik absolutnie nie miał wątpliwości co do backstory postaci. Suspicious.
„Na miejscu Natalii zacząłbym już przygotowania do Nieszczęśliwego Wypadku z Prześcieradłami vol. 2” – TAK! ❤️
UsuńNie ma co drążyć, Siergiej (wszak nie Sergiusz) w pierwszej części szpanuje nieokreślonym pochodzeniem („my Ukraińcy i Białorusini”), w czwartej Jadwiga przedstawia go jako Łemka, a w ogóle to nasz, Polak. Urszula to samo, rejony na wschód od Polski zamieszkują Ruski i Rusałki, taka piękna rasa występująca w tym uniwersum jak elfowie przy hobbitach. Nawet gdyby ten Kijów nie wylądował w dalszej części powieści na stałe na ziemiach Białorusi (a tak będzie), to Urszula musi być mimozą, dziewicą, prawie dzieckiem, a nie brać sprawy w swoje ręce z wielokrotną emigracją.
Czej, co? Serio? To z Kijowiem i Białorusią to jest na serio? Na poważnie? Nie robisz sobie jaj?
UsuńCo do pochodzenia to ten motyw dałoby radę ograć w niegłupi sposób, jeśli ogarnia się w jaki sposób współdziała obywatelstwo i pochodzenie w Ukrainie i jej różnorodność etniczną. Ukraiński Żyd, Rom, Gruzin, Tatar krymski, Ukrainiec pochodzenia koreańskiego etc. jest tak samo Ukraińcem jak rdzenny Ukrainiec-Słowianin. Wątek białoruskiej uchodźczyni budującej nowe życie i nową tożsamość w Ukrainie mógłby być super ciekawy, ale widocznie nie można mieć ładnych rzeczy w tym uniwersum, bo Michalak to Michalak i powinniśmy się cieszyć, że ten biedny Kijów to jednak jest białoruski, a nie (tfu) rosyjski.
Poważnie. To ciekawe, że książka wyszła w bardzo niefortunnym dla autorki czasie, co widać po recenzjach napisanych od końca lutego: nawet wierni fani zwrócili na to uwagę, a wcześniej nikt nie wspominał o geograficznej pomyłce. Jednak nim powieść na dobre trafiła do sklepów i do rąk większości czytelników, takie wpadki stały się prawie kwestią polityczną. Nie jak wcześniej, gdy widziane byłoby to jak stwierdzenie, że stolicą Estonii jest Ryga (może jest, Henio mówi że Wilno, w szkolnej sali z mapą na ścianie byliśmy dawno temu i w sumie to kogo to obchodzi). Ewidentnie redakcja i korekta były szczątkowe, jeśli w ogóle istniały, biorąc pod uwagę literówki na każdej stronie. Pewnie wydawnictwo za wszelką cenę chciało wypuścić książkę jak najbliżej świąt, jak poprzednie tomy (ostatecznie ukazała się pod koniec stycznia), więc machnęli ręką na dopracowywanie czegokolwiek. Wątek, jaki proponujesz, byłby oczywiście super, ale Urszula miała być Ligią wracającą do domu, symbolem, a nie kimś ciekawym.
UsuńNadal czekam na plot twist, w którym dowiadujemy się, że cała saga mazurska to tak naprawdę manifesto napisane przez incela Natniela znanego w internecie jako 420_RealJoker_69. Chciał w ten sposób pokazać jak powinny się zachowywać PRAWDZIWE kobiety. Po napisaniu wszystkich książek i udostępnieniu ich na Twitterze, Nataniel wsiada w samochód swojej matki, żeby przejechać wszystkie upadłe kobiety. Ma to być kara za te aborcje i porzucone w lasach dzidziusie. Niestety zanim zrealizuje swój cel, Nataniel ginie w pościgu policyjnym. Kurtyna.
OdpowiedzUsuńCoś podejrzewam, że jest autorem nie tylko tej sagi!
UsuńOczywiście taki Nataniel wspaniałomyślnie wybaczyłby wszystkim desperatkom zapłodnionym przez agresywnych, zadłużonych, nieatrakcyjnych mężczyzn z nałogami w imię poświęcenia i rodzenia w bólach (czyt. Przed rozjechaniem upewnić się, czy nie ma w promieniu pięciu metrów wózka albo nie widać gdzieś rozstępów po dziewięcioraczkach).
Ja tak tylko przypomnę, że narkotyk o nazwie Złoty Pył pojawiał się już w innej ksiunszce Ałtorkasi, w „Mistrzu”. Nie pamiętam, jaki miał tam kolor – analizę na NAKWie czytałam dawno temu i nie mam ochoty teraz w niej grzebać – ale na pewno był moment, w którym głównej bohaterce ten specyfik wstrzykiwano. Normalnie, strzykawką. Tak że tego – jaką ów Złoty Pył ma postać, nie wie chyba nawet sama twórczyni.
OdpowiedzUsuńW dodatku wywoływał tam realistyczne mokre sny, a nie pobudzał kreatywność
UsuńCzyli autorka raz wymyśliła nazwę dla każdego oryginalnego narkotyku w swoich powieściach i jej używa (chyba że Złoty Pył był już z czegoś zaczerpnięty 😄). Tylko z tego co pamiętam, w tamtej książce historia była ze strony dilerów czy przemytników, a tu ze strony nierozważnego kupującego i współuzależnionego otoczenia, które za wszelką cenę chce ukryć winy Nataniela.
UsuńW sumie jestem wręcz zdziwiona, że nie pojawił się żaden cytat z książki i że bohater nie napisał pod wpływem narkotykowego geniuszu "Mistrza".
To jest troche jak katastrofa samochodowa - straszne, ale nie mozna oderwac oczu :D
OdpowiedzUsuń