6.1 Prolog, rozdział 1, 2, 3 i 4

Przejdźmy od razu do analizy! Katarzyna Michalak, „Najpiękniejszy sen”, publikacja w styczniu 2022 – co będzie istotne dla fabuły w kolejnych notkach.

PROLOG

Mała dziewczynka siedzi sobie w kocyku, matka dziewczynki płacze.

Matka pochyla się nad dziewczynką, szepcze: „Kocham cię, kruszynko”, i całuje gładkie czółko. Czy maleństwo spałoby tak słodko, wiedząc, że ta, która powinna być przy nim, trwać, czuwać i kochać, za chwilę je porzuci? Zostawi?
(…)
W oknie życia śpi mała dziewczynka, nie wiedząc, że właśnie została porzucona.

ROZDZIAŁ I: KODEKS BANDYTY

Dał się im podejść jak szczeniak. Tak po prostu.

Ale zmiana tonu! Od razu wiadomo, kto pisał.

Właśnie miał jechać do dworu Marcinki, gdzie czekano na niego z wigilijną wieczerzą, gdy cios kijem bejsbolowym w potylicę cisnął nim o drzwi auta i w sekundę pozbawił przytomności.
Znowu widać inspirację
Ocknął się na tylnym siedzeniu. Wywożony dokądś… w ciemną noc… Stłumił jęk i chciał dotknąć stłuczonego miejsca, ale spięte taśmą ręce na to nie pozwoliły. I jeszcze głos, znienawidzony dawno temu:
– Ani drgnij, Sodarow, bo zarobisz kosę pod żebra już teraz.

Mówi to dawno niewidziany kolega Siergieja znany bandyta Iwan, z którym Siergiej pobił się w przeszłości:

Iwan Żeniłow, swego czasu najpotężniejszy handlarz żywym towarem na wschód od Bugu. Jego panowanie skończyło się przed ośmioma laty, gdy nikt inny, tylko Sodarow, posłał go za kratki.

Wypuścili go akurat na gwiazdkę, a ten od razu wyruszył tropić naszego ruska.

– Wpierdoliłeś się w moją akcję – odwarknął Żeniłow. – Gdybyś trzymał się od tego szajsu z daleka, nie byłoby rozpierduchy na pół świata, ja nie poszedłbym siedzieć na parszywe osiem lat, a ty…
– A ja nie mogłem znieść widoku tych dziewczyn, właściwie dziewczynek, bo ile miała najmłodsza: jedenaście lat? dwanaście?, które wiozłeś do szwabskich burdeli – wpadł mu w słowo Sodarow. – Szczególnie po ciężarówce śmierci…
Cały konflikt z przeszłości i fabularne akuku zwrot akcji opiera się na dopisanej w tym rozdziale historii, która miała mieć miejsce osiem lat temu – czyli mniej więcej wtedy, kiedy Nataniel wprowadzał się do Sennej, a Siergiej chodził w kółko za Martą. O Iwanie Samo Zło i ciężarówkach pełnych porwanych kobiet nikt nawet nie zająknął się przez ostatnie pięć tomów. Czy naprawdę nie dało się wymyślić rozwoju wydarzeń spójniejszego z poprzednimi wątkami? Przecież scena ma wielki potencjał: na ostatnich stronach poprzedniego tomu pojawił się trup, przejęte fanki dwa lata czekały na informację, czy ich ukochany bohater-bandyta przeżyje, nawet analizatorka czuje napięcie, zastanawiając się, jakie części ciała straci tym razem Sodarow. Niestety.
Tak, gdy w środku lasu znaleziono furgonetkę-chłodnię z ciałami szesnastu dziewcząt i młodych kobiet zamarzniętych na śmierć, bo ktoś obniżył – niechcący albo chcący – temperaturę na pace, coś w Sodarowie pękło.

Kobiety były wiezione do burdelu, ale można je też zamrozić po drodze. Szwaby głupie, zapłacą nawet za trupy.

Gdy natknął się przypadkiem na kolejną ciężarówkę Iwana, postanowił rozpocząć pojedynek:

Gdy następnym razem, zdążając w sobie tylko znanym celu, natknął się na kolejny transport zorganizowany przez tę samą mendę, Iwana Żeniłowa, cóż… nie wytrzymał. Najpierw wywiązała się pyskówka, potem sprawy potoczył [sic] się błyskawicznie. Żeniłow wyszarpnął zza pasa spluwę i bez ostrzeżenia pociągnął za spust.

Nasz bohater przyniósł ze sobą tylko nóż, lecz wygrywa tę bitwę, ponieważ przebiegły mafiozo Iwan zapomniał włożyć naboje do pistoletu.

Siergiej zamarł na sekundę, mając już nóż w ręce, a gdy zamiast strzału usłyszał suche szczęknięcie, po prostu pchnął. Ostrze weszło w bebechy tamtego aż po rękojeść.

I to byłby koniec Iwana, ale Siergiej jest bardzo honorowy, więc zadzwonił po karetkę. Ze szpitala Iwan trafił przed sąd i do więzienia.

Dochodzenie wykazało, że Iwan Żeniłow nie tylko handluje młodocianymi prostytutkami i dziećmi, ale też jest odpowiedzialny za śmierć tamtej szesnastki. Dostał piętnaście lat, za dobre sprawowanie wyszedł po ośmiu, właśnie dzisiaj, w wigilijny ranek.
(...)
Zjechali z leśnej drogi między drzewa. Po kilkudziesięciu metrach auto stanęło.
– Tu będzie dobrze, szefie? – zapytał kierowca.
– Bardzo dobrze. – Ivan uśmiechnął się zjadliwie. – Koniec podróży, Sierioża. Wysiadamy.
Pisownia w połowie rozdziału zmienia się z Iwana na Ivana.
Stanęli naprzeciw siebie. W dłoni Żeniłowa błysnął długi nóż.
– Nie zrobisz tego – wykrztusił Sodarow. – Nie tak, na zimno. Daj mi chociaż kij do obrony.
– A co się będę pierdolił! – warknął tamten i dźgnął.

No, co się będziemy rozpisywać? Trzeba akcję pchać do przodu, a nie budować jakieś napięcie.

– Wezwij chociaż karetkę. Ja wezwałem.
– I dlatego twoja żonka i bąbelki jeszcze żyją. Nie próbuj na mnie donosić glinom, to żyć będą. Zrozumiałeś, Sodarow? – Kopnął rannego mężczyznę czubkiem buta w pierś. Potem pochylił się nad nim i rozciął taśmę na jego nadgarstkach. – To za odmowę zeznań w mojej sprawie – dodał, jakby wbrew sobie, i nie oglądając się więcej na ofiarę, skuloną pośrodku niewielkiej polany, wsiadł do samochodu.
Odjechali.
O! Jaki kodeks bandyty: Siergiej nie zeznawał przeciwko Iwanowi, Iwan zostawia Siergieja żywego. Co prawda zaraz się wykrwawi, ale nic nie szkodzi. Nawet podrzucił Siergieja z Sennej aż do Jędrzejowic, by miał jakieś pięćset metrów do Marcinków. Niestety jak już wiemy, Siergiej mimo to spóźni się na kolację wigilijną, bo kolejnych kilka gwiazdek z nieba przeleży w śniegu.
Powoli rozwarł dłoń. Była lepka od krwi. Gdyby Żeniłow chciał go zabić tu, na miejscu, celowałby w serce. Albo w wątrobę. Krwotok wewnętrzny zabija w parę minut. Ten sukinsyn skazał jednak Sodarowa na powolne konanie.
(…)
Przez długie chwile chciwie łapał powietrze, czując, jak po czole spływa mu zimny pot. Wreszcie podniósł głowę i rozejrzał się. Zimowa noc, rozjaśniana księżycowym światłem, lśniła miriadem śnieżnych gwiazdek.

Znowu „miriad”, w dodatku pojawi się jeszcze chyba kilkanaście razy, bo ani autorka, ani korekta nie nauczyła się jeszcze poprawnej pisowni.

Siergiej próbuje dostać się do dworku, ale po kilku krokach potyka się i upada w śnieg.

*

Wracamy do dziewczynki z prologu i jej niezdecydowanej matki.

Biegiem zawróciła, chwyciła w drżące dłonie zawiniątko z córeczką i przyciskając dziecko do piersi tak mocno, że znów zapłakało w proteście, pędem ruszyła w głąb ciemnej ulicy. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy była pewna, że nikt jej nie dopadnie. Nie odbierze maleństwa.
A kto ma ją dopaść? Wściekłe zakonnice, krzycząc, że po trzech sekundach w oknie dziecko prawnie należy do Kościoła?

Dalej mamy przemyślenia na temat życia kobiety i retrospekcję na temat ciąży:
W jednej z nich [kamienic] wynajmowała najtańszą klitkę, ciemną i zapuszczoną. Choćby nie wiem jak próbowała zaprowadzić w niej porządek, wytarta podłoga, brudne ściany, zażółcona toaleta i wanna, na koniec rozpadające się szafki w kuchni zniechęcały do dalszych wysiłków.

Po co się męczyć. Dżem na podłodze wystarczy zadeptać.

Do tej pory jej to nie przeszkadzało. Rzadko nocowała w tej norze. Jednak dziś miała ze sobą maleńkie dziecko. Jak długo wytrzymają w niedogrzanym pokoju? Kiedy mała zacznie chorować choćby od grzyba na ścianach?
To już lepszy argument na to, że warunki nie są zbyt dobre dla dziecka. Ale tak naprawdę największym problemem jest ojciec i wielkie problemy finansowe:
Do poprzedniej pracy wrócić nie mogła. Pan senator w dobitnych słowach zapowiedział, co jej zrobi, jeśli pojawi się w kancelarii ponownie.
– Masz! – Cisnął w nią plikiem banknotów. – Na skrobankę. Resztę potraktuj jako odprawę. Nie chcę cię więcej widzieć. Jeśli wrócisz z bękartem czy nawet bez niego… – Chwycił ją za włosy, odgiął głowę do tyłu i dokończył tak cicho, że słyszeć jego słowa mogła tylko ona:
– Resztę słyszało piętnaście osób na korytarzu.
– …skończysz w dole z wapnem. Nie zrujnujesz mi kariery, kurwo.

Czujecie to zło?

„Taki z ciebiedobry [sic] człowiek?”. Bo senator na każdym kroku chwalił się, jaki to on dobroczyńca i ile biednych, chorych dzieci ocalił.
No przecież.

Po wesołej konwersacji nasza tajemnicza kobieta ucieka z kancelarii, w duchu wspominając, że senator jeszcze wczoraj zapewniał, że kocha, „że żona nic dla niego nie znaczy” i takie tam typowe wtręty, a teraz pewnie znajdzie sobie nową asystentkę.

ROZDZIAŁ II: DWA CUDOWNE AUTOBUSY

Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę dwa słowa i problem mógł być rozwiązany, czy raczej: usunięty, raz na zawsze. 

A nie wolisz tymczasowo?

Dzielna bohaterka znajduje się w busie transportującym kobiety do kliniki i patrzy z przerażeniem na towarzyszki podróży, które nie mają wystarczająco cierpiętniczych min.

Wcisnęła się w najdalszy kąt, unikając spojrzeń innych dziewczyn. Tamte wyglądały na wyluzowane, szeptały między sobą, wymieniając się... uwagami, a może dobrymi radami? 
Ach, te roześmiane, zepsute kobiety! Nic, tylko „haha, wysmaruję klamki pastą do zębów!” i „hehe, a ja położę pierdzącą poduszkę na krześle ginekologicznym!”

Na szczęście dla narratora jest jedna sprawiedliwa:
W zasadzie nie miała nic przeciwko aborcji, wychodząc z założenia, że to kobieta decyduje o własnym losie, ciele, macicy, płodzie i czym tam jeszcze, bo to ona, nikt inny, będzie się z niechcianym dzieckiem użerała. Mimo to dziś, siedząc w busie, który lada chwila miał ją wywieźć do kliniki aborcyjnej, czuła...
Po tym akapicie widać, że w przerwie od pisania, którą Michalak zrobiła na półtora roku, poczytała sobie o protestach kobiet i jakoś ją to ruszyło, ponieważ cała scena ma inny wydźwięk niż 100% innych scen. Na przykład dowiedziała się, jak się taką aborcję organizuje albo że kobiety czasem podejmują się takiego działania z przyczyn materialnych, nie z powodu bycia złymi do szpiku kości wydrami – dla zabawy albo na złość partnerowi.

Nagle nad dziewczyną pojawia się błyszczący anioł, czy też członkini jakiejś organizacji pro-life:

Gdyby miała określić tę dziewczynę jednym słowem, byłoby to „jasna”. Długie, lśniące srebrzyście włosy, piękna, delikatna twarz, duże oczy, jasnoniebieskie, o uważnym spojrzeniu, skóra tak blada, że niemal przezroczysta, i biały płaszcz sięgający do kostek. Tylko aureoli brakowało…

Zaczyna od „Nie musisz tego robić, wiesz?”, co do bohaterki na razie nie trafia.

– Weź się przesiądź. Idź agitować którąś z tamtych dziewczyn.
– One mają swoich aniołów. Ja jestem twoim. Muszę, po prostu muszę zapobiec temu, co chcesz zrobić. Wiem, że jesteś silna. Wiem, że ze wszystkim sobie poradzisz, znajdziesz sposób. I wiem, że pokochasz to dziecko.

Wiem, bo inaczej strącimy cię do piekła bohaterek potępionych, będziesz się smażyć z Asią, Iwoną i Oliwią.

– Nie musisz tego robić. I nie chcesz, obie to wiemy.
– …usunę i zapomnę. Nie mam warunków dla dziecka i nigdy mieć nie będę.

Dziewczyna rozwija temat, opowiada o brudnej kawalerce i braku pieniędzy, o tym że nie zdołałaby oddać dziecka do adopcji, a aniołek dalej swoje. Tu pewnie będziecie jeszcze mieć poczucie, że z tym aniołem to oczywista metafora, a kobieta jest „jasna” dla symbolizmu, ale nasze wątpliwości będą w kolejnych rozdziałach regularnie rozwiewane.

– (...) Tego byś nie udźwignęła. Próbuję uratować trzy istnienia.
– Trzy?! To są bliźniaki?!

Inteligentnie.

– Proszę cię, nie pytaj o nic więcej, niczego więcej nie wolno mi zdradzić. Wiem, że się boisz. (...) Ale pomyśl, że wraz z przyjściem na świat tej małej istotki narodzi się też miłość. (...) Kieruj się dobrem tego maleństwa, a dobro pokieruje twoim życiem i wszystko odmieni.

Na taką tyradę dziewczyna odpycha natrętną aktywistkę i zaczyna płakać.

Nie „jasna” będzie żyć z małym dzieckiem w podłej norze, nie ona będzie chodzić głodna, by chociaż dziecko móc nakarmić. Spieprzaj ze swoim „wszystko będzie dobrze”, bo nic już nigdy dobrze nie będzie!!!
Własny szloch sprawił, że się ocknęła. Poderwała głowę. Zamrugała, dygocąc na całym ciele. Spojrzała w bok, gotowa wykrzyczeć to „jasnej” prosto w oczy, ale… ona zniknęła. Siedzenie obok było puste.

No dobrze, na podstawie powyższego nie musi to jeszcze być prawdziwy anioł; gdyby nie późniejsze fragmenty, mogłaby to być niezdiagnozowana schizofrenia albo inne omamy. W sumie nie wiem, co gorsze: absurd w postaci duszka żartownisia wysyłającego płód do obrony krwawiącego za pół roku Siergieja, czy też porównanie aktywistek dręczących kobiety zdecydowane na aborcję do aniołów.

Zerwała się na równe nogi. Krzyknęła do kierowcy, który właśnie włączał silnik, żeby otworzył drzwi, bo ona wysiada. Wyskoczyła z busa. Uciekać! (...) Do zapuszczonej, ciemnej klitki, w której mimo wszystko była bezpieczna.

Dziewczyna rozdygotana pada na łóżko, płacze, w końcu zasypia.

Czy „jasna” miała rację i miłość wystarczy, by wszystko odmienić? Wspomnienie dobrych oczu tajemniczej istoty napełniło ją dziwnym spokojem i w końcu, wyczerpana, usnęła.

Niestety, okazuje się że nora w kamienicy wcale nie jest bezpieczna, jeśli nie zamyka się drzwi. Rano nagle pojawia się nad jej łóżkiem Pan Senator.

Następnego dnia pan senator zaszczycił swą obecnością norę na Karolkowej i zapytał zaraz od progu:
– Usunęłaś?
– Tak, wynoś się stąd! – krzyknęła spod kołdry.

Może ma klucze? Wyglądałoby na to, że spotykali się w tej „ciemnej norze”, zamiast jakiegoś wygodnego hotelu za pieniądze senatora. Czuję, że bohaterka dała sobie wcisnąć kit, bo pan amant to w rzeczywistości to jakiś osiedlowy Seba albo przemieniony w furiata Damian z poprzednich tomów.

A teraz osobliwa forma znęcania się nad byłą partnerką:

Zaśmiał się, tak jakoś podle, przysiadł na łóżku, odrzucił kołdrę, pod którą była skulona dziewczyna, i podetknął jej pod oczy filmik krążący w internecie. Próbowała odwrócić głowę, ale senator chwycił ją za kark i syknął:
– Obejrzyj. Od początku do końca, co zrobiłaś z niewinnym dzieckiem. Zamordowałaś je, podła, bezwzględna dziwko.
Ściskał ją za kark tak silnie, aż jęknęła z bólu. Chciała wrzasnąć, że sam dał jej pieniądze na zabieg, że jest tak samo winny jak ona, ale… milczała, patrząc na straszne kadry. Wreszcie tortura dobiegła końca. Senator odepchnął ją, poczęstował rzuconym na do widzenia: „Piekło to za mało dla takich szmat jak ty”, i wyszedł.

*

Sześć miesięcy później dziewczyna ma dziecko.

– Muszę coś wymyślić – zaszeptała gorączkowo. – Nie możesz mieszkać w takiej spelunie. – Pochyliła się nad dzieckiem i ucałowała pachnące oliwką włoski. – I skąd wezmę forsę na twoje utrzymanie?

Nie myślałam o zupełnie niczym przez ostatnie pół roku, dziwne! 

Nie mówię, że miałaby od razu skombinować wykształcenie i stabilną pracę, ale jeśli rzeczywiście nie dała rady w jakikolwiek sposób poprawić poziomu życia, pewnie byłaby na etapie wybierania rodziny adopcyjnej, by wiedzieć, że dziecku nie stanie się krzywda.

Dziewczyna pracowała w kancelarii, a nie była na tyle zaradna, by wynająć pokój bez grzyba i odłożyć jakiekolwiek oszczędności. Może to nie była kancelaria, tylko jakiś bar, a ona nie zauważyła, że pan senator cały czas biega w dresie z maczetą, a regularne mordobicia odbywają się w gabinecie głównym? „Senator” to tylko taka piękna osiedlowa ksywka. 

Przecież ja nic nie umiem! Potrafię tylko ładnie wyglądać i sprzedawać się co bogatszym facetom.

Może powinna zacząć sprzedawać się biedniejszym, toby zarobiła?  

Na laskę z dzieckiem żaden nawet nie spojrzy! Żaden! Może... jednak wrócimy do tego okna życia?

Ale dziecka się nie zabiera do klienta!

Zatrzymała się, nie wiedząc, dokąd iść, kogo prosić o pomoc.

Dopiero co była w szpitalu. Nie zapytała tam, co robi się z noworodkami oddanymi do adopcji?

I może zawróciłaby, raz na zawsze porzucając córeczkę, gdyby oto nie zdarzył się cud. Mały, głupi cud, jeden z tych, które odmieniają twoje życie. Na przystanek podjechał pekaes.

W takiej małej wiosze jak Warszawa zdarza się to raz na milenium, cud, że jej się udało tego doświadczyć.

Wysupłała ostatnie pieniądze, by kupić bilet w jedną stronę.
Dramat.
– Witamy na pokładzie. Tłumów dzisiaj nie będzie. Wie pani, Wigilia. Robię ostatni kurs i wracam do domu, do rodziny.
Próbowała się uśmiechnąć. Ona też chętnie wróciłaby do rodziny, gdyby ją miała.
Brakuje jeszcze czegoś o ciemnych chmurach i iskierce nadziei. I tragicznym dzieciństwie.

ROZDZIAŁ III: FLAKI PO RUSKU

Gwałtowne wyrwanie z ramion nieprzytomności, jak wynurzenie z lodowatej czerni.
No tak, czarny Siergiej ma w każdym opisie wszystko czarne, to i wynurza się z czerni.
Całym ciałem wstrząsają drgawki, ale za chwilę chłód będzie mniejszą torturą niż... BÓL.
Mnóstwo opisów, jak to Siergiej dramatycznie cierpi na wszelkie sposoby z powodu wykrwawiania się w zaspie w lesie.
Spod jedynej powieki popłynęły łzy.
Bingo!
„Nikt, nawet najpodlejszy bandzior, nie zasługuje na śmierć w takich mękach, a ja przecież starałem się... tak bardzo się starałem być dobrym człowiekiem. Dobrym mężem... Madzia! Madziulka! Przepraszam cię, kochana, tak strasznie cię przepraszam... za wszystko. Madziu...”.
Wiemy, jak starają się mężczyźni u Michalak. Czasem nie przychodzą do domu pijani, raz w roku ugotują zupę, a Siergiej to nawet czasem zerwał kwiatek sprzed dworku, jak zebrało mu się na amory.

Aniołek Heheszki odwiedza konającego Siergieja (w postaci Magdy?), klepie go i nakazuje mu przyjście na imprezę wigilijną.
Jasna postać unosi głowę ukochanego i przytula ją do piersi. Całuje mokre włosy. Łzy skapują na policzek gorącymi kroplami. „No już, Sodarow, wstań i idź. Do domu”
Przestań się mazać, włóż jelita do brzucha, nie zachowuj jak baba!
Chwiejąc się, jakby wypił o wiele za dużo, ruszył w stronę drogi.
Nawet w takiej sytuacji musi być porównanie alkoholowe. Szokens.
Kobieta przyglądała się, jak ciemna sylwetka upada w śnieg. Pijany? W lesie? Po nocy? Umrze, jeśli ona mu nie pomoże. „Chcę ocalić trzy istnienia”, przemknęły jej przez myśl dawno zapomniane słowa. Dziecko, które tuli pod kurtką do piersi, żyje. Ona również. Czy tamten, w lesie, to trzeci, którego „jasna” chciała uratować od śmierci?
No pewnie, pijany. Schował się wśród drzew, żeby nikt nie komentował jego nałogu, a tu masz.

Okazuje się, że w pekaesie spotkała dziewczynę niemiła niespodzianka:
– Droga jest nieprzejezdna – zaczął, gdy spojrzała na niego przytomnie. – Mam zawrócić do najbliższej wsi i tam czekać na transport.
– Gdzie jesteśmy?
– Niedaleko Jędrzejowic. Drogą będzie ze trzy kilometry, przez las dwa razy krócej. Może pani zabrać się ze mną i wrócić do Warszawy.
Bohaterka podejmuje więc rozsądną decyzję.
– Pójdę przez las – postanowiła, wstając.
Dziecko, przez całą drogę spokojne, teraz zakwiliło.
Dobrze wiedziało, że ujemna temperatura dla kilkugodzinnego dziecka to nie to. Kierowca jej to odradza, bo śniegu jest „po kolana”, ale nie jest w stanie na nią wpłynąć.
Podziękowała mu i ruszyła przed siebie, zapadając się po kolana w białym puchu.
– To tylko półtora kilometra – szeptała uspokajająco do dziecka, lecz te słowa miały pocieszać raczej ją niż maleństwo.
Po kilkunastu krokach zwolniła. I straciła resztki pewności, że postępuje słusznie. Nikt nigdzie na nią nie czekał. Jeśli po drodze coś jej się stanie, umrą obie.

Zastanawia mnie, czy autorka kiedykolwiek miała okazję chodzić po śniegu w innym niż miejskim otoczeniu, delikatnym puchu na posypanym piaskiem chodniczku. Śnieg do połowy łydki już jest bardzo trudny do przejścia, a co dopiero po kolana…

– Dasz radę – odezwała się na głos. – „Jasna” obiecała: jeśli nie zabiję dziecka, wszystko będzie dobrze. Michasia żyje. A ja dam radę wynieść ją z tego przeklętego lasu w bezpieczne miejsce. Do dworu w Marcinkach.

Jasna mówiła, że masz nie zabijać dziecka! To się zdziwi, jak odkryje, że zamarzło po paru godzinach.

Potknęła się. Upadła na dłonie. Rękawice, do tej pory suche, natychmiast przemokły. Dziecko poruszyło się niespokojnie, ale nie zapłakało. Dzielne... dzielne maleństwo!

Wracamy tu do momentu, w którym bohaterka zauważa chyboczącego się w śniegu mężczyznę. 

A ona wiedziała, że nie zostawi tego człowieka na pewną śmierć. Poza tym... był jej potrzebny. Przecież sama Jasna – jak z mistycznym szacunkiem zaczęła myśleć o dziewczynie z busa – go tu zesłała.
Dziewczyna więc czuje misję niesienia pomocy w swoim stylu:
Zeszła z drogi, dobrnęła do nieruchomego ciała i potrząsnęła nim.
– Ej, ocknij się, nie możesz umrzeć – rzekła stanowczo. – Nie taki jest plan.
Ojej, człowiek wykrwawia się, umiera, flaki wywalone, nerka podjęła desperacką próbę ucieczki z klatki piersiowej. Potrząśnijmy nim!
Ujrzała wbite w siebie oko. Jedno oko. Aż się wzdrygnęła. Drugie było przesłonięte czarną opaską.
Rzeczywiście, przerażające bardziej niż krew na brzuchu: o fu, cyklop!
– Koleś, wiem, że przyjemnie jest zdychać w tym uroczym otoczeniu, ale sorry, musisz wstać i pójść ze mną. Marcinki są już blisko.
Na słowo „Marcinki” poderwał się na kolana i... gdyby go nie pochwyciła, upadłby ponownie.
Siergiej na to próbuje wstać, ale tylko się tarza.
Spojrzała w kierunku, skąd przyszedł. Znaczył go czarny, lśniący w świetle księżyca ślad.
Mówiłam, nawet krew Siergieja jest czarna.

„Drobna” kobieta zamienia się w Pudziana i bierze pod jedną pachę Siergieja, pod drugą dziecko i kilka godzin brną w śniegu do dworku, co chwilę się potykając. To w tym śniegu po kolana, przypominam.
– Kocham cię, kruszynko. Zapamiętaj mnie – wyszeptała, całując ciepłe czółko maleństwa. – Tutaj jest twoje imię. – Wsunęła pod kocyk karteczkę, na której jeszcze w pekaesie, po ciemku, nakreśliła „Michasia”. A potem, płacząc cicho, wsunęła dziecko pod kurtkę mężczyzny, zapięła suwak, mocno związała ściągacz u dołu i zwróciła się do rannego na wpół rozkazująco, na wpół błagalnie:
– Zanieś dziecko do domu. Proszę cię...
Spojrzała mu prosto w twarz. Patrzył na nią zupełnie przytomnie.
– Nie mogę jej zatrzymać. Kiedyś... kiedyś po nią wrócę, ale teraz ty musisz się nią zaopiekować. Rozumiesz?
Dziewczyna wymusza obietnicę opieki na Siergieju, rzuca śnieżką w dworek i ucieka do lasu.

Podsumujmy plan bohaterki: wciska rannemu, przewracającemu się facetowi dziecko pod kurtkę i zapina ją. Wielki facet zaraz całym ciężarem ciała upadnie na dziecko i zostanie ono rozkwaszone, ale nie szkodzi, bo pewnie zdarzyło się to z pięć razy podczas przeprawy przez las. Teraz zamiast zastanowić się, czy w dworku ktokolwiek jest, rzuca śnieżką o ścianę, bo jakoś to będzie i wszyscy zainteresują się jej maleństwem. No nie wiem, może lepiej byłoby zostawić dziecko pod drzwiami albo zapukać i prosić o pomoc? Jest Wigilia, można ludzi wrobić w pomoc niespodziewanemu gościowi.

Psy zauważyły intruza i zaczynają szczekać.

– To Siergiej?! – Magda wypadła na ganek, ale Nataniel pociągnął ją z powrotem do ciepłego wnętrza.
– Wracaj do domu, bo się zaziębisz – warknął, wściekły nie na siostrę, a na pieprzonego Sodarowa, który w Wigilię nie potrafił dołączyć do rodziny na czas. – Już ja cię, mendo jedna, powitam... – wysyczał, patrząc wyczekująco w stronę tkwiącej przy bramie sylwetki. – Rusz się! – krzyknął, ale tamten ani drgnął.
Nataniel, cesarz Sennej, mężczyzna opisywany jako zrównoważony, spokojny, kulturalny mąż i ojciec, dostaje szału.

Bartosz wysunął głowę z dworku i próbuje uspokajać Nataniela, ale ten już cieszy się na mordobicie, więc raczej nic z tego:
– Sieriożka zaszczycił nas swoją obecnością. Tkwi przy bramie, czekając na... Nie wiem na co. Na powitanie chlebem i solą? A może szampanem? O, ruszył się... – Urwał i zaklął cicho. – Patrz na skurwiela, pijany jest! Zabiję bydlaka, normalnie zabiję! – Zbiegł po schodkach i wściekły do granic, z zaciśniętymi pięściami ruszył ku chwiejącemu się co krok mężczyźnie.
A ponoć Natanielek nigdy nie przeklinał i z trudem przeszło mu przez gardło słowo „wpierdol”, gdy powtarzał po Siergieju.
– Nat, poczekaj... – Bartosz zarzucił na ramiona kurtkę i pospieszył za nim.
– Dam mu w mordę! Przypieprzę na dzień dobry tak, jak na to zasłużył! Będzie miał swoje powitanie! Magda czeka i płacze po kątach, dzieci powtarzają w kółko „Gdzie jest tatuś? Gdzie nasz tatuś”, a ten skurwiel... ten bydlak...
Tak!
Agresja Nataniela prawie zabija Siergieja.
Pierwszy dopadł do niego Nataniel. Szarpnął wściekle za ramię i wysyczał:
– Gdzieś ty się szlajał?! Jest Wigilia, wszyscy na ciebie czekamy, a ty, mendo pieprzona, chlasz?! I schlany śmiesz się tu pokazywać?!
Siergiej spojrzał na przyjaciela, a potem upadł. Na bok. W ostatnim przebłysku świadomości chroniąc powierzone mu dziecko.
Może zdzielił go w płuco, ale zdziwił się, że nie trafił w żebro ani twarde, umięśnione plecy, tylko jakaś miękka poduszka zrobiła ciche „plup!”, niwecząc plan Jasnej?

Nagle Nataniel i Bartosz orientują się, że Siergiej się wykrwawia.
– Ja pieprzę, Nat, on ma cały przód kurtki we krwi! Biegnij do domu po... Czekaj! – Zatrzymał przyjaciela w pół kroku. – Tu coś jest! On coś...
…urodził?
Szarpnął suwak kurtki w dół i oniemiał. Nataniel również.
– Bierz je! – Nie było czasu na szok czy zdziwienie. Mężczyzna wcisnął mu w ręce zawiniątko z dzieckiem. – Oddaj dziewczynom i wracaj. Pospiesz się! Dzwoń na sto dwanaście!
Tak polubił dzieci, że teraz znosi jakieś dziwne pakunki z lasu, po co drążyć temat.

Opanowany Bartosz, jak na ratownika przystało, zaczyna udzielać pomocy Siergiejowi. Nataniel, jak na ratownika nie przystało, wrzeszczy i histeryzuje:
– Co to ma znaczyć?! Co to jest?! – a potem niedowierzający jęk Magdy. – Gdzie on jest?! Gdzie...?!
I krzyk Nataniela:
– Zamknij się! Wracaj do domu, oddaj dziecko Natalii i idź na górę, słyszysz?! My się zajmiemy Siergiejem! Masz zostać na górze! Jutro sobie wyjaśnicie, co i jak! No już! Spieprzaj stąd!
No, mogło być gorzej. Mógł zacząć się tarzać, wrzeszcząc "NOGA MNIE BOLI! Umarła mi mama! Marta mi umarła i dziewczyna zabiła moje dziecko! AAA!". W poprzednich częściach przynosiło mu to same zyski.
Magda, wstrząśnięta do żywego – Nataniel, który wybiegł po Siergieja, wrócił z dzieckiem!, i urażona do żywego – brat nie miał prawa zwracać się do niej takim tonem i tymi słowami! – uciekła z płaczem do domu.
Jak widzimy, Nataniel ma doskonały wpływ na swoją rodzinę.

Ratownicy oddają dziecko przerażonej Natalii, po czym zabierają rannego przyjaciela do środka i podejmują odważną decyzję:
– Leć na górę. Ściągnij z dzieci kołdry i przynieś tutaj.
???
Powiedz Natalii, żeby rozkręciła ogrzewanie na ful. Znajdź jakąś farelkę. Musimy go rozgrzać. Ja powstrzymam krwotok.
Super, dzieci były o krok od uniknięcia kolejnej traumy w postaci widoku umierającego ojca i wujka, ale trzeba je budzić w środku nocy w święta. Teraz Zosia powinna wyjąć z apteczki weterynarza losowe szczepionki i zaaplikować je dzieciom, by lepiej grzały kolejne kołdry.
Na szczęście w domu pełnym dzieci środki opatrunkowe musiały być pod ręką.
Na pewno plasterki na palce z myszką Miki pomogą na rozlane trzewia.
Wrócił Nataniel. Owinęli rannego kołdrami, rozgrzanymi przez dziecięce ciała. Do kuchni wsunęła się Natalia, bez słowa podała im farelkę i wyszła.
Spojrzeli na siebie. Bartosz pokręcił głową.
– Nie ma czasu. Rozgrzewaj samochód. Zatrąb, gdy będzie gotowy.
Bohaterowie decydują nie czekać na karetkę.
– Kurwa! – syknął przez zaciśnięte zęby Bartosz, który nigdy nie przeklinał.
Kolejny, który nie przeklina w ogóle, chyba że osiem godzin dziennie w pracy.
Skóra Siergieja z sinej robiła się coraz bielsza. Drgawki coraz rzadsze. Na czole perlił się zimny pot, a rysy twarzy coraz bardziej się wyostrzały. Bartosz widział to nie raz. I wiedział, że za chwilę Siergiej się podda. Serce ustanie.
– Bierzemy go – rzucił do Nataniela, który właśnie wpadł do kuchni.
Owinęli rannego w jedną kołdrę, w drugą. Na trzeciej ponieśli go do samochodu.
– Jesteś w stanie prowadzić? – Bartosz spojrzał pytająco na przyjaciela.
W innej sytuacji Nataniel pewnie by się żachnął. Co to za pytanie? Lecz teraz odparł krótko: – Nie.
– Uciskaj. Przypnij jego i siebie pasami.
Fantastyczny ratownik. Taki nie za porywczy.

ROZDZIAŁ IV: O CZYM MARZY NATALIA

Samochodem rzucało w koleinach, ślizgał się na zaśnieżonej drodze, przedzierał przez zaspy, ale Bartosz nie zdejmował nogi z gazu. Gdzieś tam z naprzeciwka gnała ku nim karetka. Musieli, po prostu musieli się z nią spotkać jak najszybciej.
– Co z nim, żyje? – rzucił, nie odrywając wzroku od drogi.
– Nie wiem – padła krótka odpowiedź.
– Krwawi?
– Nie wiem! I nie będę sprawdzał! – Nataniel, który wciąż dociskał garść kompresów do rany, był u kresu wytrzymałości.
Teraz zaczyna mnie ten wątek dziwić. Rozumiem, że Siergiej jest bliski Natanielowi, ale z poprzednich części wynikało, że Nataniel przeszedł kiedyś te same szkolenia co Bartosz. Powinien być chyba nieco lepiej przygotowany do sytuacji.
Bartosz kontaktuje się z karetką.
– Pojadę z nimi. Dasz radę wrócić do domu?
– Dam.
– Na pewno? – W głosie mężczyzny zabrzmiała troska, która nie pomogła. Wręcz przeciwnie. – Dam! Odpieprzysz się ode mnie?!
Tak.
– Sorry, Nat, ale zostałeś jedynym facetem w rodzinie. Ja zostanę przy Siergieju, jak długo będzie trzeba, ty musisz wrócić do domu, bezpiecznie wrócić, i ogarnąć apokalipsę, która na pewno panuje w Marcinkach.
Bo Mateusz nie jest mężczyzną, a kobiety to histeryczki, czego najlepszym przykładem są Nataniel i Siergiej.
W tym momencie zza zakrętu wyjechała karetka na sygnale. Bartosz wcisnął hamulec. SUV-em lekko zarzuciło, ale w końcu się zatrzymał.
To jest niesamowite, ale Michalak nawet czynności, które wykonuje na co dzień jak prowadzenie samochodu (patrz: wywiad po publikacji "Nie oddam dzieci") opisuje tak, jakby je widziała tylko na amerykańskich filmach.

Z karetki wybiega ekipa.
– Dzięki, Janek. Mogę się z wami zabrać?
– Pewnie.
Było to wbrew przepisom, ale Bartosz, ratownik medyczny, od czasu do czasu wspomagał zespół wieluńskiego szpitala, a swoim się nie odmawia.
No tak.

Nataniel płacze.
Przytknął dłoń do oczu i dał słonym kroplom płynąć po policzkach
Uwielbiam te synonimy w uniwersum Michalak jak "pachnący płyn" na kompot, a teraz słone krople.

Nataniel wraca do dworku i biegnie do Zosi, która pilnuje dzieci.
Jej własna trójka, którą moment wcześniej zagoniła na piętro, wpatrywała się to w matkę, to w zamknięte drzwi z ciekawością i przerażeniem jednocześnie.
– Mamusiu... – Najmłodsza, Antosia, wtuliła się w nią małym, drżącym ciałkiem.
Przecież po adoptowaniu Antosi Zosia urodziła biologiczną córkę Martę…
W tym momencie do pokoju wpadła Magda. Rozszlochana, roztrzęsiona, niezdolna do wykrztuszenia choćby słowa. I Zosia musiała zająć się przyjaciółką.
Dyżurna, jak Mateusz.
Dzieci zbiły się na łóżku w oniemiałe stadko, a potem także zaczęły płakać, powtarzając niczym mantrę: „Mamusiu, nie płacz! Ciociu, nie płacz!”.
A można było ich na siłę nie budzić. O ile były na innym piętrze, może udałoby im się uniknąć przerażenia i płaczu.

Zosia próbuje uspokoić Magdę, ale ta nie chce o niczym słuchać.
– on wrócił...
A Zosia na to:
– I tego się trzymajmy. Wrócił. Odnalazł się. Cały i zdrowy. – Nie miała pojęcia, jak bardzo się myli.
Aha, czyli uważa, że z jakiego powodu Siergiej pojechał do szpitala? Pooglądać pielęgniarki? Rodzi?

Ale dobra, to bardzo wygodne dla fabuły, żeby któreś popychadło miało powód do spokojnego zachowania i zajmowania się resztą.
– No już, kochana, otrzyj łzy, weź głęboki oddech i zajmij się dziewczynkami i Jędrusiem.
Akurat Magda ma powód do płaczu, skoro mąż przyszedł do domu ranny, a ona została natychmiast zwyzywana przez Nataniela i praktycznie wepchnięta do domu. Na koniec obudzili jej dzieci i teraz każą je uspokajać.
Nagle… zamarła, słysząc płacz dziecka. Odruchowo omiotła wzrokiem gromadkę tulącą się do Magdy. Jędruś spał spokojnie w łóżeczku pod oknem
Świetny dowód na to, że przy całym tym hałasie jednak dało się spać.
– Madziu…? – spojrzała zdumiona na przyjaciółkę
– Znowu coś urodziłaś?
Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi, zbiegła na parter i… stanęła jak wryta, widząc Natalię tulącą maleńkie zawiniątko. To z niego dobiegał płacz.
Swoją drogą do Natalii w sumie pasowałoby zawinięcie w koc telefonu odtwarzającego jakieś nagranie, żeby zwrócić na siebie uwagę.
– Co… skąd…? – zaczęła, wpatrzona w krzyczącego noworodka.
Skąd ci to wypadło!?
Natalia pokręciła głową.
– Siergiej je przyniósł.
– Siergiej?!
– Tak. Wrócił z dzieckiem. Zakrwawiony. Zabrali go do samochodu i pojechali.
Zosia musiała usiąść. Opadła na krzesło naprzeciw Natalii i nie odrywając wzroku od dziecka, próbowała cokolwiek zrozumieć.
– Ale… skąd… czyje ono jest?
Wracamy do pytania postawionego na początku analizy: do jakiego wniosku dochodzą bohaterowie? Zaraz poznamy odpowiedź.
– Siergieja – padła cicha odpowiedź, a Zosia nagle zrozumiała. I zamieszanie na dole, i rozpacz Magdy.
Tak. Dokładnie. To ma sens, żadnych wątpliwości.

Co tam że Siergiej jest znany z dziwnych pomysłów, wielu ciekawych znajomych i ciągłych niebezpiecznych przygód, a w tym ponoć regularnego ratowania koni i młodych dziewczyn z przemytu. Dziecko nie mogło być znajomego, należeć do rodziny ani być przypadkiem uratowanym od śmierci w dole z lawą i dinozaurami noworodkiem. Nie! To nie miałoby sensu. Siergiej przyszedł z noworodkiem, czyli musiał zdradzić Magdę dziewięć miesięcy temu, w okolicach jej własnego porodu. Może nudził się w poczekalni, jak już odwiózł żonę do szpitala po porodzie (który sam odebrał w samochodzie, przypominam), albo poszedł uczcić narodziny syna z jakąś koleżanką?
On… Nie dość, że dotarł na Wigilię spóźniony
Najgorsze!
nie dosyć, że krew na posadzce jest najwyraźniej jego, więc musiał wdać się po drodze w jakąś bójkę, to jeszcze zdradził Magdę i przyniósł do domu dziecko!
Zdradził w drodze powrotnej, a to była akurat jakaś bardzo szybka kobieta.

Ale uwaga, nadchodzi kolejny ZWROT AKCJI!:
– Zrób coś, żeby ona tak nie płakała.
Natalia podetknęła jej rozkrzyczany tłumoczek, który zamiast budzić w niej macierzyńskie uczucia, przerażał ją, a gdy Zosia odruchowo wzięła dziecko na ręce… dziewczyna uciekła.
Natalia, która przez ostatnie dwa lata miała obsesję na punkcie zajścia w ciążę, na wigilii w obecności wszystkich znajomych podarowała Bartoszowi zamiast ładnego prezentu śmierdzący bucik, nie zachwyca się płaczącym bobasem! Co za emocje...
Dziewczynka o imieniu Michasia została przewinięta, nakarmiona i oddana pod opiekę Natalii, która wróciła do kuchni, gdy tylko krzyk ucichł.
XD Natalia dała do zrozumienia, że nie chce zajmować się niemowlęciem i uciekła, a jak tylko pojawiła się w zasięgu wzroku, z powrotem wręczają jej dziecko.

Przemyślenia Zosi:
na rodzinę Siergieja i Magdy spadło nieszczęście, a ona i Nataniel muszą zrobić wszystko, absolutnie wszystko, by pomóc przyjaciołom przez nie przebrnąć.
Jeszcze zobaczycie, od czego zacznie Nataniel, to będzie bardzo śmieszne.
Czas spokoju i szczęścia, którym Bóg obdarował ich wszystkich, właśnie dobiegł końca.
Ojej.

Nataniel wraca, zaraz potem dostaje telefon z wiadomościami od Bartosza.
– Słuchaj, bracie – zaczął Gazda tonem człowieka śmiertelnie zmęczonego – mieliśmy tu reanimację w drodze na salę operacyjną. Udała się. Siergiej żyje, ale jest w stanie krytycznym. Przetaczają mu krew i próbują ustabilizować, dopiero potem mogą zaczynać operację. Przekaż Magdzie te wiadomości ostrożnie i… nie obiecuj, że Sodarow z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że tak, ale naprawdę źle to wygląda.
Mężczyźni bez przerwy nazywają się tu braćmi, zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o coś ważnego, albo żeby Nataniel nie dyskutował.
Nataniel, zaciskający palce na telefonie, znów poczuł łzy pod powiekami. Nie może stracić kolejnej bliskiej osoby! Najpierw mama, potem Marta, teraz Siergiej… Czy na nim, Natanielu, ciąży jakieś przekleństwo?!
XD A jednak przypomniał sobie o swoim cierpieniu, UMARŁA MI MAMA I MARTA!!!, nie mogę. Za to już "umarła mi babcia" jest asem w rękawie, z którego rzadko korzysta.
Magda leżała na wolnym łóżku, zwinięta w kłębek rozpaczy.
(...)
Nataniel przysiadł obok, ujął dłoń siostry w ręce i zaczął cichym, łagodnym głosem, ważąc każde słowo:
– Siergiej żyje. Przygotowują go do operacji. Stracił dużo krwi, był skrajnie wyziębiony, ale…
– Lepiej, żeby umarł – padły trzy suche słowa.
No tak, teraz jest chwytający za serce i szargający nerwy epizod o nazwie "nieporozumienie" i będziemy wszyscy bardzo przejęci.
– Czy ty rozumiesz, co on mi zrobił? Zdradził mnie. Przyrzekał, że kocha. Ponad życie. Mnie i dzieci. A podle, okrutnie zdradził. Mało tego! Zrobił tej suce, kimkolwiek ona jest, dziecko, i przyniósł je… w Wigilię! Przyniósł, jak gdyby nigdy nic, do domu! (...) Zrobiłabym wszystko, żeby został. Żeby uratować rodzinę, dzieci. Ale on… Ja nie potrafię tego zrozumieć, jak mógł coś takiego zrobić dzieciom. Co ja im powiem? Że tatuś już mamusi nie kocha? Że wolał inną?
Dokładnie, tak wystarczy im streścić sytuację, najlepiej jeszcze przed jakąkolwiek próbą dotarcia do prawdy. Resztę same sobie dopowiedzą.
Bo przecież nie łamie się serca ukochanej osobie, prawda, Nat? Czy potrafiłbyś zdradzić swoją Zosię? No, powiedz! Pieprzyć się z jakąś dziewuchą, zrobić jej bachora i obdarować nim swoją ukochaną żonę w Wigilię?
A Nataniel na to:
Każde jej słowo Nataniel odczuwał jak cios prosto w serce. Każde zadawało mu niemal fizyczne cierpienie. Ale nie mógł zaprzeczyć żadnemu z nich.
Widać nie bardzo chce się wyprzeć ewentualnej zdrady, to nie zaprzecza. No nie, tu nie ma absolutnie żadnej innej opcji jak zdrada Siergieja.
Miała rację: gdyby przyszedł któregoś dnia, przyznał się do skoku w bok, poprosił o wybaczenie – wtedy może tak, może potrafiłaby mu darować, a z czasem zaufać – ale to nie było jednorazowe potknięcie. On musiał się z tamtą kobietą spotykać od dłuższego czasu, skoro z nią wpadł i przyniósł dowód tej wpadki do domu.
Tak, dopiszmy jeszcze ze trzy kochanki i że był zajęty roznoszeniem kilku innych dzieci po innych dworkach, dlatego się spóźnił.
I to wszystko w kontekście jedynego mężczyzny w uniwersum, o którym wiadomo, że potrafił korzystać z antykoncepcji. Za to wymądrzający się Nataniel kiedyś już zdradzał Oliwię z Zosią.

Bohaterowie dalej ubarwiają swoją wersję:
Jeszcze ci było mało! Musiałeś polecieć za jakąś suką jak niewyżyte bydlę.
Miałeś za nic moją przyjaźń, bo siostry krzywdzić nie pozwolę nikomu.
A na koniec przemyśleń Nataniel w końcu zwraca się do Magdy.
Postaraj się na razie udawać, że wszystko jest okej. Przecież nie wiemy tak naprawdę, co się wydarzyło, czy to dziecko jest jego
Ooo! Czyli jednak bierze pod uwagę jakiś inny przebieg wydarzeń?
– łgał siostrze w żywe oczy, bo sam nie miał co do tego żadnych wątpliwości
A nie, jednak nie.
Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy.
W "Bezdomnej" to jeszcze były czasy.
Poza tym Sodarow zarobił nożem w brzuch, a to również nie zdarza się co dzień.
No, i to jest dobry trop, Natanielu! Tylko że w przypadku Siergieja akurat zdarza się dość często.
A może…? Może on walczył o to dziecko? Tym bardziej dowodziło to faktu, że jest jego ojcem.
Logiczne.
– Nat, zabierz je. To dziecko. – Magda chwyciła brata za rękę i powtórzyła błagalnie: – Po prostu je sobie weź.
No weź se! Takie fajne. Dorzucę ci stół i dwa krzesła. Nie wiemy co prawda, czyje to dziecko, ale nic nie szkodzi, nie trzeba sprawdzać.
– Nie wezmę na wychowanie tego dziecka!
– Dobrze. Na razie ma się nim kto zająć. Natalia przecież marzy, by zostać matką.
Widać drabinę społeczną: Magda podejmuje decyzję, ale to rada Sennej decyduje za Natalię, że to ona zajmie się dzieckiem. Ma skwaszoną minę i próbuje się od tego wykręcić, ale już nie będzie mieć nic do gadania.

I na tym koniec. Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Komentarze

  1. To w Bezdomnej też były jakieś dzieci spod płotu? W Jagódce na pewno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, przypomniało mi się, były na końcu. Widocznie Autorkasia bardzo lubi motyw dzieci leżących wszędzie jak papierki po batonach.

      Usuń
    2. Tak! Leżało pod krzakiem, to adoptowaliśmy jako bezpłodni prości ludzie. Aż sobie odświeżyłam:
      "Właściwie to Dora, nasza collie, ją znalazła. Był ranek. Jechaliśmy na wczasy pod lipą"
      "Co to za matka, co zakopuje maleństwo w lesie – tak pomyśleliśmy, gdyśmy Anię, bo nazwaliśmy córeczkę Ania, znaleźli"
      Historia pozytywna i dająca nadzieję, jeżeli żyjemy w średniowieczu.
      W Jagódce była Gabrysia zostawiona pod drzwiami przez prostych, zbyt płodnych ludzi? Słowo daję, Michalak musi nie wychodzić ze swojej wiejskiej posiadłości, bo mieszkańców wsi ukazuje jako chłopów pańszczyźnianych z lektur szkolnych, natomiast każda akcja w mieście narodziła się w jej telewizorze 30 lat temu, gdy oglądała amerykańskie filmy.

      Usuń
  2. Czy w tym uniwersum zawsze, ale to kurwa zawsze, gdy ktoś nie wie co zrobić, pędzi w nieznane przed siebie bez żadnego planu? Oczywiście zawsze okazuje się, że na końcu czeka jakiś słodki dworek albo domek do wzięcia darmo. Żeby choć raz ktoś trafił do zapadłej popegeerowskiej wsi, w której ino remiza i spożywczak, i spostrzegł, że nie ma już busów powrotnych tego dnia.

    Oddać dziecko do okna życia: źle. Jechać w przypadkowym kierunku kilka godzin, wleźć w zasypany śniegiem las nie znając drogi, holować wykrwawiającego się chłopa sto kilo żywej wagi (wszystko to z noworodkiem za pazuchą), zostawić dziecko i chłopa w śniegu na pastwę losu: jakoś lepiej.

    Tok... "rozumowania"... bohaterów da się chyba wytłumaczyć tylko tym, że cała załoga dworku dzieli na spółkę jedną szarą komórkę. W ogóle jak miło, że nikt z kochającej się paczki przyjaciół i krewnych nie próbuje bronić czci Siergieja. Zdrada? No brzmi jak Siergiej, nie ma o czym gadać ¯\_(ツ)_/¯.

    Ale liczyłam, że rozwiązaniem zagadki będzie wersja z Iwonką 😥. Tęsknię za nią, a do Michalak pasowałby recykling motywu z podrzuceniem dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten odruch biegu w nieznane włącza się nawet, gdy są już życiowo ustawieni (Nataniel chcący porzucić Emilkę po śmierci Marty i wyjechać; Natalia po seksie z Damianem, gdy chwilę wcześniej okazała się bezpłodna). Zero strategii, jak sarny na autostradzie!

      Dziecko może i dostało hipotermii i połamało nogi pod ciężarem Siergieja. Ważne, że matka w serduszku czuje miłość, wącha „pachnące oliwką włoski”, bo najważniejszym argumentem w przemyśleniach reszty bohaterów na jej temat będzie „a mogła zabić!”. Jak wiemy, złe kobiety w związku, gdzie są bite, robią aborcję (Oliwia), dobre nie myślą o przyszłości i zaniedbują dzieci. Okno życia jest pewnie tym samym co aborcja, po oknie życia zostaje wieczne potępienie.

      Siergiej w sumie zdradził swoją wielką miłość Martę, ale wtedy mniej tracił, bo jego szwagrem nie był Nataniel, a teściem szwagra duży i groźny Mateusz.
      Też tęsknię za Iwoną, w ogóle wszystkimi kobietami upadłymi. Przynajmniej nie dawały się tak szmacić.

      Usuń
  3. niezalogowany11 maja 2022 16:53

    Dziękuję za ten wpis i możliwość ponownej podróży do Uniwersum Obłędu Michalak! <3 Ałtorkasia jak najbardziej w formie. Czekam z ekscytacją na kolejny odcinek oraz boję się wyjść z domu, ale nie z powodu wirusa, tylko lękam się, iż ktoś mnie nagle obdaruje bąbelkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za obecność, zawsze miło wiedzieć, że ktoś czyta ❤️
      Ale w domu też nie jest bezpiecznie. W każdej chwili może pojawić się w nim pasożyt przed trzydziestką, który wyruszył na ślepo w poszukiwaniu nowego gniazda.

      Usuń
    2. niezalogowany12 maja 2022 22:30

      No to się zabarykaduję w domu i będę przez 10 lat jeść zachomikowane w czasie pandemii rolki papieru toaletowego!!!

      Usuń
    3. Wspaniały wybór, pasożytom trzeba dogadzać, gotować im gołąbki i piec ciasta drożdżowe, więc takie rozwiązanie odstraszy potencjalnego Nata szykującego się, by wskoczyć przez komin!

      Usuń
  4. Oczywiście lepiej podrzucić dziecko przypadkowym ludziom niż oddać do okna życia. Gdzie tu logika?
    Siergiej święty nie był, ale żeby tak od razu rzucać oskarżenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po oddaniu dziecka do okna życia z dużym prawdopodobieństwem ktoś próbowałby ją odnaleźć, dostałaby jakąś pomoc, a dziecko trafiłoby (jeśli w ogóle, wystarczyłoby żeby ktoś ją uświadomił o istnieniu alimentów) do normalnej rodziny. A fe! W ogóle nie byłoby intrygi.

      Usuń
  5. Ufff, w końcu miałem okazję nadrobić analizę.
    CO ZA ABSOLUTNIE KRETYŃSKA AKCJA. Już zdążyłem zapomnieć, jak durne rozwiązania fabularne lubi stosować autorka xd "Jasna" wzbudziła we mnie pokłady wesołości (nawet rozczuliłby mnie trochę ten realizm magiczny dla ubogich, gdyby nie płodziarstwo), na "zdradę" Siergieja jedyne co mogę, to przewrócić oczami. Natanielek nie zawodzi. Wciąż ten sam rozhisteryzowany przedszkolak, którego znamy i którym gardzimy <3
    PS. Moja headcanon jest taki, że cała ta historyjka z "Jasną" jest na bieżąco konstruowana przez Nataniela, który aktywnie wypiera fakt, że obaj z Siergiejem zdradzili swoje żony ze sobą, czego owocem jest Tajemniczy Bombelek, więc by się wybielić w oczach rodziny zwala wszystko na nieprzytomnego kochanka :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż mnie kusi, żeby zaspojlerować, co tym razem wyrabiał będzie Nataniel! A nie chcę psuć zabawy.
      Cudowny headcanon. Bohaterowie na zmianę wkładali maskę Pana Senatora do wyklucia Michasi. Na szczęście Siergiej nie jest w stanie mówić, więc Nataniel może popłynąć z wersją Magdy.

      Usuń
  6. "Przecież ja nic nie umiem! Potrafię tylko ładnie wyglądać i sprzedawać się co bogatszym facetom." - C-co ona robila w tej kancelraii??

    "Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy." - Bezcenne :D

    Kwiczalam czytajac, a ze jestem w pracy, to malo sie nie udusilam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kancelarie w tym uniwersum najwyraźniej polegają na dziewczętach machających piersiami przed oczami klienta, by poczuł się swojsko przed omówieniem spraw, z którymi przyszedł. Taki klub Playboya.

      "Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy":
      https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhtz-EqwKvtSAJZPtbEr3-L-2FoVHx8fDz6WKpBtPKjkGAkULzZyXdc0ybVFqgXVpNEazVNMoibYqXOCqQEiTu4ZgvVOr7JIPD1tvIT8Gh84A0a7VlKEpnxmCLgmlTFUwjS17-QBqAqYO2VV1mnIhjwaLUnLqmlFcuM-RDj_dMjX5tWrLr5UdRK3bDFQg/s320/micha.png

      Usuń
    2. xDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

      Usuń
  7. O matko, czytałam twoje analizy lata temu i z ciekawości sprawdziłam bloga jeszcze raz, nie wierzę że jest jeszcze jedna część, po tylu latach!
    I zaczyna się z grubej rury, o matko xD

    Podoba mi się sugestia że jeśli widzi się niemowlę którego życie jest potencjalnie zagrożone to nie będziesz go bronić, chyba że jesteś rodzicem.

    Boże, ta cała akcja z całą trupą myślącą że Sergiej zdradził swoją żonę jest taka pokręcona, tak, facet który wyszedł z lasu i flaki mu się wylewają NA PEWNO wraca od kochanki z dzieckiem które jej zrobił, chryste Dx

    Przecież to nie jest epoka wiktoriańska gdzie samotne matki mogą zdechnąć pod płotem, matka Michaliny nie mogła zaaplikować do jakiegoś domu samotnej matki, albo o pomoc do MOPSu czy coś? Przecież na pewno dałoby się coś wymyślić, ale co tam, ma być DRAMA

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Uwaga, Blogspot lubi usuwać treść długich komentarzy bez ostrzeżenia, więc dobrze je kopiować przed wysłaniem.