6.1 Prolog, rozdział 1, 2, 3 i 4
Przejdźmy od razu do analizy! Katarzyna Michalak, „Najpiękniejszy sen”, publikacja w styczniu 2022 – co będzie istotne dla fabuły w kolejnych notkach.
PROLOG
Mała dziewczynka siedzi sobie w kocyku, matka dziewczynki płacze.
Matka pochyla się nad dziewczynką, szepcze: „Kocham cię, kruszynko”, i całuje gładkie czółko. Czy maleństwo spałoby tak słodko, wiedząc, że ta, która powinna być przy nim, trwać, czuwać i kochać, za chwilę je porzuci? Zostawi?
(…)
W oknie życia śpi mała dziewczynka, nie wiedząc, że właśnie została porzucona.
ROZDZIAŁ I: KODEKS BANDYTY
Dał się im podejść jak szczeniak. Tak po prostu.
Ale zmiana tonu! Od razu wiadomo, kto pisał.
Właśnie miał jechać do dworu Marcinki, gdzie czekano na niego z wigilijną wieczerzą, gdy cios kijem bejsbolowym w potylicę cisnął nim o drzwi auta i w sekundę pozbawił przytomności.
| Znowu widać inspirację |
Ocknął się na tylnym siedzeniu. Wywożony dokądś… w ciemną noc… Stłumił jęk i chciał dotknąć stłuczonego miejsca, ale spięte taśmą ręce na to nie pozwoliły. I jeszcze głos, znienawidzony dawno temu:
– Ani drgnij, Sodarow, bo zarobisz kosę pod żebra już teraz.
Mówi
to dawno niewidziany kolega Siergieja znany bandyta
Iwan, z którym Siergiej pobił się w przeszłości:
Iwan Żeniłow, swego czasu najpotężniejszy handlarz żywym towarem na wschód od Bugu. Jego panowanie skończyło się przed ośmioma laty, gdy nikt inny, tylko Sodarow, posłał go za kratki.
Wypuścili go akurat na gwiazdkę, a ten od razu wyruszył tropić naszego ruska.
– Wpierdoliłeś się w moją akcję – odwarknął Żeniłow. – Gdybyś trzymał się od tego szajsu z daleka, nie byłoby rozpierduchy na pół świata, ja nie poszedłbym siedzieć na parszywe osiem lat, a ty…
– A ja nie mogłem znieść widoku tych dziewczyn, właściwie dziewczynek, bo ile miała najmłodsza: jedenaście lat? dwanaście?, które wiozłeś do szwabskich burdeli – wpadł mu w słowo Sodarow. – Szczególnie po ciężarówce śmierci…
Tak, gdy w środku lasu znaleziono furgonetkę-chłodnię z ciałami szesnastu dziewcząt i młodych kobiet zamarzniętych na śmierć, bo ktoś obniżył – niechcący albo chcący – temperaturę na pace, coś w Sodarowie pękło.
Kobiety były wiezione do burdelu, ale można je też zamrozić po drodze. Szwaby głupie, zapłacą nawet za trupy.
Gdy natknął się przypadkiem na kolejną ciężarówkę Iwana, postanowił rozpocząć pojedynek:
Gdy następnym razem, zdążając w sobie tylko znanym celu, natknął się na kolejny transport zorganizowany przez tę samą mendę, Iwana Żeniłowa, cóż… nie wytrzymał. Najpierw wywiązała się pyskówka, potem sprawy potoczył [sic] się błyskawicznie. Żeniłow wyszarpnął zza pasa spluwę i bez ostrzeżenia pociągnął za spust.
Nasz bohater przyniósł ze sobą tylko nóż, lecz wygrywa tę bitwę, ponieważ przebiegły mafiozo Iwan zapomniał włożyć naboje do pistoletu.
Siergiej zamarł na sekundę, mając już nóż w ręce, a gdy zamiast strzału usłyszał suche szczęknięcie, po prostu pchnął. Ostrze weszło w bebechy tamtego aż po rękojeść.
I to byłby koniec Iwana, ale Siergiej jest bardzo honorowy, więc zadzwonił po karetkę. Ze szpitala Iwan trafił przed sąd i do więzienia.
Dochodzenie wykazało, że Iwan Żeniłow nie tylko handluje młodocianymi prostytutkami i dziećmi, ale też jest odpowiedzialny za śmierć tamtej szesnastki. Dostał piętnaście lat, za dobre sprawowanie wyszedł po ośmiu, właśnie dzisiaj, w wigilijny ranek.Pisownia w połowie rozdziału zmienia się z Iwana na Ivana.
(...)
Zjechali z leśnej drogi między drzewa. Po kilkudziesięciu metrach auto stanęło.
– Tu będzie dobrze, szefie? – zapytał kierowca.
– Bardzo dobrze. – Ivan uśmiechnął się zjadliwie. – Koniec podróży, Sierioża. Wysiadamy.
Stanęli naprzeciw siebie. W dłoni Żeniłowa błysnął długi nóż.
– Nie zrobisz tego – wykrztusił Sodarow. – Nie tak, na zimno. Daj mi chociaż kij do obrony.
– A co się będę pierdolił! – warknął tamten i dźgnął.
No, co się będziemy rozpisywać? Trzeba akcję pchać do przodu, a nie budować jakieś napięcie.
– Wezwij chociaż karetkę. Ja wezwałem.
– I dlatego twoja żonka i bąbelki jeszcze żyją. Nie próbuj na mnie donosić glinom, to żyć będą. Zrozumiałeś, Sodarow? – Kopnął rannego mężczyznę czubkiem buta w pierś. Potem pochylił się nad nim i rozciął taśmę na jego nadgarstkach. – To za odmowę zeznań w mojej sprawie – dodał, jakby wbrew sobie, i nie oglądając się więcej na ofiarę, skuloną pośrodku niewielkiej polany, wsiadł do samochodu.
Odjechali.
Powoli rozwarł dłoń. Była lepka od krwi. Gdyby Żeniłow chciał go zabić tu, na miejscu, celowałby w serce. Albo w wątrobę. Krwotok wewnętrzny zabija w parę minut. Ten sukinsyn skazał jednak Sodarowa na powolne konanie.
(…)
Przez długie chwile chciwie łapał powietrze, czując, jak po czole spływa mu zimny pot. Wreszcie podniósł głowę i rozejrzał się. Zimowa noc, rozjaśniana księżycowym światłem, lśniła miriadem śnieżnych gwiazdek.
Znowu „miriad”, w dodatku pojawi się jeszcze chyba kilkanaście razy, bo ani autorka, ani korekta nie nauczyła się jeszcze poprawnej pisowni.
Siergiej próbuje dostać się do dworku, ale po kilku krokach potyka się i upada w śnieg.
*
Wracamy do dziewczynki z prologu i jej niezdecydowanej matki.
Biegiem zawróciła, chwyciła w drżące dłonie zawiniątko z córeczką i przyciskając dziecko do piersi tak mocno, że znów zapłakało w proteście, pędem ruszyła w głąb ciemnej ulicy. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy była pewna, że nikt jej nie dopadnie. Nie odbierze maleństwa.
W jednej z nich [kamienic] wynajmowała najtańszą klitkę, ciemną i zapuszczoną. Choćby nie wiem jak próbowała zaprowadzić w niej porządek, wytarta podłoga, brudne ściany, zażółcona toaleta i wanna, na koniec rozpadające się szafki w kuchni zniechęcały do dalszych wysiłków.
Po co się męczyć. Dżem na podłodze wystarczy zadeptać.
Do tej pory jej to nie przeszkadzało. Rzadko nocowała w tej norze. Jednak dziś miała ze sobą maleńkie dziecko. Jak długo wytrzymają w niedogrzanym pokoju? Kiedy mała zacznie chorować choćby od grzyba na ścianach?
Do poprzedniej pracy wrócić nie mogła. Pan senator w dobitnych słowach zapowiedział, co jej zrobi, jeśli pojawi się w kancelarii ponownie.– Resztę słyszało piętnaście osób na korytarzu.
– Masz! – Cisnął w nią plikiem banknotów. – Na skrobankę. Resztę potraktuj jako odprawę. Nie chcę cię więcej widzieć. Jeśli wrócisz z bękartem czy nawet bez niego… – Chwycił ją za włosy, odgiął głowę do tyłu i dokończył tak cicho, że słyszeć jego słowa mogła tylko ona:
– …skończysz w dole z wapnem. Nie zrujnujesz mi kariery, kurwo.
Czujecie to zło?
„Taki z ciebiedobry [sic] człowiek?”. Bo senator na każdym kroku chwalił się, jaki to on dobroczyńca i ile biednych, chorych dzieci ocalił.
ROZDZIAŁ II: DWA CUDOWNE AUTOBUSY
Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę dwa słowa i problem mógł być rozwiązany, czy raczej: usunięty, raz na zawsze.
A nie wolisz tymczasowo?
Wcisnęła się w najdalszy kąt, unikając spojrzeń innych dziewczyn. Tamte wyglądały na wyluzowane, szeptały między sobą, wymieniając się... uwagami, a może dobrymi radami?
W zasadzie nie miała nic przeciwko aborcji, wychodząc z założenia, że to kobieta decyduje o własnym losie, ciele, macicy, płodzie i czym tam jeszcze, bo to ona, nikt inny, będzie się z niechcianym dzieckiem użerała. Mimo to dziś, siedząc w busie, który lada chwila miał ją wywieźć do kliniki aborcyjnej, czuła...
Nagle nad dziewczyną pojawia się błyszczący anioł, czy też członkini jakiejś organizacji pro-life:
Gdyby miała określić tę dziewczynę jednym słowem, byłoby to „jasna”. Długie, lśniące srebrzyście włosy, piękna, delikatna twarz, duże oczy, jasnoniebieskie, o uważnym spojrzeniu, skóra tak blada, że niemal przezroczysta, i biały płaszcz sięgający do kostek. Tylko aureoli brakowało…
Zaczyna od „Nie musisz tego robić, wiesz?”, co do bohaterki na razie nie trafia.
– Weź się przesiądź. Idź agitować którąś z tamtych dziewczyn.
– One mają swoich aniołów. Ja jestem twoim. Muszę, po prostu muszę zapobiec temu, co chcesz zrobić. Wiem, że jesteś silna. Wiem, że ze wszystkim sobie poradzisz, znajdziesz sposób. I wiem, że pokochasz to dziecko.
Wiem, bo inaczej strącimy cię do piekła bohaterek potępionych, będziesz się smażyć z Asią, Iwoną i Oliwią.
– Nie musisz tego robić. I nie chcesz, obie to wiemy.
– …usunę i zapomnę. Nie mam warunków dla dziecka i nigdy mieć nie będę.
Dziewczyna rozwija temat, opowiada o brudnej kawalerce i braku pieniędzy, o tym że nie zdołałaby oddać dziecka do adopcji, a aniołek dalej swoje. Tu pewnie będziecie jeszcze mieć poczucie, że z tym aniołem to oczywista metafora, a kobieta jest „jasna” dla symbolizmu, ale nasze wątpliwości będą w kolejnych rozdziałach regularnie rozwiewane.
– (...) Tego byś nie udźwignęła. Próbuję uratować trzy istnienia.
– Trzy?! To są bliźniaki?!
Inteligentnie.
– Proszę cię, nie pytaj o nic więcej, niczego więcej nie wolno mi zdradzić. Wiem, że się boisz. (...) Ale pomyśl, że wraz z przyjściem na świat tej małej istotki narodzi się też miłość. (...) Kieruj się dobrem tego maleństwa, a dobro pokieruje twoim życiem i wszystko odmieni.
Na taką tyradę dziewczyna odpycha natrętną aktywistkę i zaczyna płakać.
Nie „jasna” będzie żyć z małym dzieckiem w podłej norze, nie ona będzie chodzić głodna, by chociaż dziecko móc nakarmić. Spieprzaj ze swoim „wszystko będzie dobrze”, bo nic już nigdy dobrze nie będzie!!!
Własny szloch sprawił, że się ocknęła. Poderwała głowę. Zamrugała, dygocąc na całym ciele. Spojrzała w bok, gotowa wykrzyczeć to „jasnej” prosto w oczy, ale… ona zniknęła. Siedzenie obok było puste.
No dobrze, na podstawie powyższego nie musi to jeszcze być prawdziwy anioł; gdyby nie późniejsze fragmenty, mogłaby to być niezdiagnozowana schizofrenia albo inne omamy. W sumie nie wiem, co gorsze: absurd w postaci duszka żartownisia wysyłającego płód do obrony krwawiącego za pół roku Siergieja, czy też porównanie aktywistek dręczących kobiety zdecydowane na aborcję do aniołów.
Zerwała się na równe nogi. Krzyknęła do kierowcy, który właśnie włączał silnik, żeby otworzył drzwi, bo ona wysiada. Wyskoczyła z busa. Uciekać! (...) Do zapuszczonej, ciemnej klitki, w której mimo wszystko była bezpieczna.
Dziewczyna rozdygotana pada na łóżko, płacze, w końcu zasypia.
Czy „jasna” miała rację i miłość wystarczy, by wszystko odmienić? Wspomnienie dobrych oczu tajemniczej istoty napełniło ją dziwnym spokojem i w końcu, wyczerpana, usnęła.
Niestety, okazuje się że nora w kamienicy wcale nie jest bezpieczna, jeśli nie zamyka się drzwi. Rano nagle pojawia się nad jej łóżkiem Pan Senator.
Następnego dnia pan senator zaszczycił swą obecnością norę na Karolkowej i zapytał zaraz od progu:
– Usunęłaś?
– Tak, wynoś się stąd! – krzyknęła spod kołdry.
Może ma klucze? Wyglądałoby na to, że spotykali się w tej „ciemnej norze”, zamiast jakiegoś wygodnego hotelu za pieniądze senatora. Czuję, że bohaterka dała sobie wcisnąć kit, bo pan amant to w rzeczywistości to jakiś osiedlowy Seba albo przemieniony w furiata Damian z poprzednich tomów.
A teraz osobliwa forma znęcania się nad byłą partnerką:
Zaśmiał się, tak jakoś podle, przysiadł na łóżku, odrzucił kołdrę, pod którą była skulona dziewczyna, i podetknął jej pod oczy filmik krążący w internecie. Próbowała odwrócić głowę, ale senator chwycił ją za kark i syknął:
– Obejrzyj. Od początku do końca, co zrobiłaś z niewinnym dzieckiem. Zamordowałaś je, podła, bezwzględna dziwko.
Ściskał ją za kark tak silnie, aż jęknęła z bólu. Chciała wrzasnąć, że sam dał jej pieniądze na zabieg, że jest tak samo winny jak ona, ale… milczała, patrząc na straszne kadry. Wreszcie tortura dobiegła końca. Senator odepchnął ją, poczęstował rzuconym na do widzenia: „Piekło to za mało dla takich szmat jak ty”, i wyszedł.
*
Sześć miesięcy później dziewczyna ma dziecko.
– Muszę coś wymyślić – zaszeptała gorączkowo. – Nie możesz mieszkać w takiej spelunie. – Pochyliła się nad dzieckiem i ucałowała pachnące oliwką włoski. – I skąd wezmę forsę na twoje utrzymanie?
Nie myślałam o zupełnie niczym przez ostatnie pół roku, dziwne!
Nie mówię, że miałaby od razu skombinować wykształcenie i stabilną pracę, ale jeśli rzeczywiście nie dała rady w jakikolwiek sposób poprawić poziomu życia, pewnie byłaby na etapie wybierania rodziny adopcyjnej, by wiedzieć, że dziecku nie stanie się krzywda.
Dziewczyna pracowała w kancelarii, a nie była na tyle zaradna, by wynająć pokój bez grzyba i odłożyć jakiekolwiek oszczędności. Może to nie była kancelaria, tylko jakiś bar, a ona nie zauważyła, że pan senator cały czas biega w dresie z maczetą, a regularne mordobicia odbywają się w gabinecie głównym? „Senator” to tylko taka piękna osiedlowa ksywka.
Przecież ja nic nie umiem! Potrafię tylko ładnie wyglądać i sprzedawać się co bogatszym facetom.
Może powinna zacząć sprzedawać się biedniejszym, toby zarobiła?
Na laskę z dzieckiem żaden nawet nie spojrzy! Żaden! Może... jednak wrócimy do tego okna życia?
Zatrzymała się, nie wiedząc, dokąd iść, kogo prosić o pomoc.
I może zawróciłaby, raz na zawsze porzucając córeczkę, gdyby oto nie zdarzył się cud. Mały, głupi cud, jeden z tych, które odmieniają twoje życie. Na przystanek podjechał pekaes.
Wysupłała ostatnie pieniądze, by kupić bilet w jedną stronę.Dramat.
– Witamy na pokładzie. Tłumów dzisiaj nie będzie. Wie pani, Wigilia. Robię ostatni kurs i wracam do domu, do rodziny.
Próbowała się uśmiechnąć. Ona też chętnie wróciłaby do rodziny, gdyby ją miała.
ROZDZIAŁ III: FLAKI PO RUSKU
Gwałtowne wyrwanie z ramion nieprzytomności, jak wynurzenie z lodowatej czerni.
Całym ciałem wstrząsają drgawki, ale za chwilę chłód będzie mniejszą torturą niż... BÓL.
Spod jedynej powieki popłynęły łzy.
„Nikt, nawet najpodlejszy bandzior, nie zasługuje na śmierć w takich mękach, a ja przecież starałem się... tak bardzo się starałem być dobrym człowiekiem. Dobrym mężem... Madzia! Madziulka! Przepraszam cię, kochana, tak strasznie cię przepraszam... za wszystko. Madziu...”.
Jasna postać unosi głowę ukochanego i przytula ją do piersi. Całuje mokre włosy. Łzy skapują na policzek gorącymi kroplami. „No już, Sodarow, wstań i idź. Do domu”
Chwiejąc się, jakby wypił o wiele za dużo, ruszył w stronę drogi.
Kobieta przyglądała się, jak ciemna sylwetka upada w śnieg. Pijany? W lesie? Po nocy? Umrze, jeśli ona mu nie pomoże. „Chcę ocalić trzy istnienia”, przemknęły jej przez myśl dawno zapomniane słowa. Dziecko, które tuli pod kurtką do piersi, żyje. Ona również. Czy tamten, w lesie, to trzeci, którego „jasna” chciała uratować od śmierci?
– Droga jest nieprzejezdna – zaczął, gdy spojrzała na niego przytomnie. – Mam zawrócić do najbliższej wsi i tam czekać na transport.
– Gdzie jesteśmy?
– Niedaleko Jędrzejowic. Drogą będzie ze trzy kilometry, przez las dwa razy krócej. Może pani zabrać się ze mną i wrócić do Warszawy.
– Pójdę przez las – postanowiła, wstając.Dziecko, przez całą drogę spokojne, teraz zakwiliło.
Podziękowała mu i ruszyła przed siebie, zapadając się po kolana w białym puchu.
– To tylko półtora kilometra – szeptała uspokajająco do dziecka, lecz te słowa miały pocieszać raczej ją niż maleństwo.
Po kilkunastu krokach zwolniła. I straciła resztki pewności, że postępuje słusznie. Nikt nigdzie na nią nie czekał. Jeśli po drodze coś jej się stanie, umrą obie.
Zastanawia mnie, czy autorka kiedykolwiek miała okazję chodzić po śniegu w innym niż miejskim otoczeniu, delikatnym puchu na posypanym piaskiem chodniczku. Śnieg do połowy łydki już jest bardzo trudny do przejścia, a co dopiero po kolana…
– Dasz radę – odezwała się na głos. – „Jasna” obiecała: jeśli nie zabiję dziecka, wszystko będzie dobrze. Michasia żyje. A ja dam radę wynieść ją z tego przeklętego lasu w bezpieczne miejsce. Do dworu w Marcinkach.
Jasna mówiła, że masz nie zabijać dziecka! To się zdziwi, jak odkryje, że zamarzło po paru godzinach.
Potknęła się. Upadła na dłonie. Rękawice, do tej pory suche, natychmiast przemokły. Dziecko poruszyło się niespokojnie, ale nie zapłakało. Dzielne... dzielne maleństwo!
Wracamy tu do momentu, w którym bohaterka zauważa chyboczącego się w śniegu mężczyznę.
A ona wiedziała, że nie zostawi tego człowieka na pewną śmierć. Poza tym... był jej potrzebny. Przecież sama Jasna – jak z mistycznym szacunkiem zaczęła myśleć o dziewczynie z busa – go tu zesłała.
Zeszła z drogi, dobrnęła do nieruchomego ciała i potrząsnęła nim.– Ej, ocknij się, nie możesz umrzeć – rzekła stanowczo. – Nie taki jest plan.
Ujrzała wbite w siebie oko. Jedno oko. Aż się wzdrygnęła. Drugie było przesłonięte czarną opaską.
– Koleś, wiem, że przyjemnie jest zdychać w tym uroczym otoczeniu, ale sorry, musisz wstać i pójść ze mną. Marcinki są już blisko.Na słowo „Marcinki” poderwał się na kolana i... gdyby go nie pochwyciła, upadłby ponownie.
Spojrzała w kierunku, skąd przyszedł. Znaczył go czarny, lśniący w świetle księżyca ślad.
– Kocham cię, kruszynko. Zapamiętaj mnie – wyszeptała, całując ciepłe czółko maleństwa. – Tutaj jest twoje imię. – Wsunęła pod kocyk karteczkę, na której jeszcze w pekaesie, po ciemku, nakreśliła „Michasia”. A potem, płacząc cicho, wsunęła dziecko pod kurtkę mężczyzny, zapięła suwak, mocno związała ściągacz u dołu i zwróciła się do rannego na wpół rozkazująco, na wpół błagalnie:– Zanieś dziecko do domu. Proszę cię...Spojrzała mu prosto w twarz. Patrzył na nią zupełnie przytomnie.– Nie mogę jej zatrzymać. Kiedyś... kiedyś po nią wrócę, ale teraz ty musisz się nią zaopiekować. Rozumiesz?
Psy zauważyły intruza i zaczynają szczekać.
– To Siergiej?! – Magda wypadła na ganek, ale Nataniel pociągnął ją z powrotem do ciepłego wnętrza.– Wracaj do domu, bo się zaziębisz – warknął, wściekły nie na siostrę, a na pieprzonego Sodarowa, który w Wigilię nie potrafił dołączyć do rodziny na czas. – Już ja cię, mendo jedna, powitam... – wysyczał, patrząc wyczekująco w stronę tkwiącej przy bramie sylwetki. – Rusz się! – krzyknął, ale tamten ani drgnął.
– Sieriożka zaszczycił nas swoją obecnością. Tkwi przy bramie, czekając na... Nie wiem na co. Na powitanie chlebem i solą? A może szampanem? O, ruszył się... – Urwał i zaklął cicho. – Patrz na skurwiela, pijany jest! Zabiję bydlaka, normalnie zabiję! – Zbiegł po schodkach i wściekły do granic, z zaciśniętymi pięściami ruszył ku chwiejącemu się co krok mężczyźnie.
– Nat, poczekaj... – Bartosz zarzucił na ramiona kurtkę i pospieszył za nim.– Dam mu w mordę! Przypieprzę na dzień dobry tak, jak na to zasłużył! Będzie miał swoje powitanie! Magda czeka i płacze po kątach, dzieci powtarzają w kółko „Gdzie jest tatuś? Gdzie nasz tatuś”, a ten skurwiel... ten bydlak...
Pierwszy dopadł do niego Nataniel. Szarpnął wściekle za ramię i wysyczał:– Gdzieś ty się szlajał?! Jest Wigilia, wszyscy na ciebie czekamy, a ty, mendo pieprzona, chlasz?! I schlany śmiesz się tu pokazywać?!Siergiej spojrzał na przyjaciela, a potem upadł. Na bok. W ostatnim przebłysku świadomości chroniąc powierzone mu dziecko.
– Ja pieprzę, Nat, on ma cały przód kurtki we krwi! Biegnij do domu po... Czekaj! – Zatrzymał przyjaciela w pół kroku. – Tu coś jest! On coś...
Szarpnął suwak kurtki w dół i oniemiał. Nataniel również.– Bierz je! – Nie było czasu na szok czy zdziwienie. Mężczyzna wcisnął mu w ręce zawiniątko z dzieckiem. – Oddaj dziewczynom i wracaj. Pospiesz się! Dzwoń na sto dwanaście!
– Co to ma znaczyć?! Co to jest?! – a potem niedowierzający jęk Magdy. – Gdzie on jest?! Gdzie...?!I krzyk Nataniela:– Zamknij się! Wracaj do domu, oddaj dziecko Natalii i idź na górę, słyszysz?! My się zajmiemy Siergiejem! Masz zostać na górze! Jutro sobie wyjaśnicie, co i jak! No już! Spieprzaj stąd!
Magda, wstrząśnięta do żywego – Nataniel, który wybiegł po Siergieja, wrócił z dzieckiem!, i urażona do żywego – brat nie miał prawa zwracać się do niej takim tonem i tymi słowami! – uciekła z płaczem do domu.
– Leć na górę. Ściągnij z dzieci kołdry i przynieś tutaj.
Powiedz Natalii, żeby rozkręciła ogrzewanie na ful. Znajdź jakąś farelkę. Musimy go rozgrzać. Ja powstrzymam krwotok.
Na szczęście w domu pełnym dzieci środki opatrunkowe musiały być pod ręką.
Wrócił Nataniel. Owinęli rannego kołdrami, rozgrzanymi przez dziecięce ciała. Do kuchni wsunęła się Natalia, bez słowa podała im farelkę i wyszła.Spojrzeli na siebie. Bartosz pokręcił głową.– Nie ma czasu. Rozgrzewaj samochód. Zatrąb, gdy będzie gotowy.
– Kurwa! – syknął przez zaciśnięte zęby Bartosz, który nigdy nie przeklinał.
Skóra Siergieja z sinej robiła się coraz bielsza. Drgawki coraz rzadsze. Na czole perlił się zimny pot, a rysy twarzy coraz bardziej się wyostrzały. Bartosz widział to nie raz. I wiedział, że za chwilę Siergiej się podda. Serce ustanie.– Bierzemy go – rzucił do Nataniela, który właśnie wpadł do kuchni.Owinęli rannego w jedną kołdrę, w drugą. Na trzeciej ponieśli go do samochodu.– Jesteś w stanie prowadzić? – Bartosz spojrzał pytająco na przyjaciela.W innej sytuacji Nataniel pewnie by się żachnął. Co to za pytanie? Lecz teraz odparł krótko: – Nie.– Uciskaj. Przypnij jego i siebie pasami.
ROZDZIAŁ IV: O CZYM MARZY NATALIA
Samochodem rzucało w koleinach, ślizgał się na zaśnieżonej drodze, przedzierał przez zaspy, ale Bartosz nie zdejmował nogi z gazu. Gdzieś tam z naprzeciwka gnała ku nim karetka. Musieli, po prostu musieli się z nią spotkać jak najszybciej.
– Co z nim, żyje? – rzucił, nie odrywając wzroku od drogi.
– Nie wiem – padła krótka odpowiedź.
– Krwawi?
– Nie wiem! I nie będę sprawdzał! – Nataniel, który wciąż dociskał garść kompresów do rany, był u kresu wytrzymałości.
– Pojadę z nimi. Dasz radę wrócić do domu?– Dam.– Na pewno? – W głosie mężczyzny zabrzmiała troska, która nie pomogła. Wręcz przeciwnie. – Dam! Odpieprzysz się ode mnie?!
– Sorry, Nat, ale zostałeś jedynym facetem w rodzinie. Ja zostanę przy Siergieju, jak długo będzie trzeba, ty musisz wrócić do domu, bezpiecznie wrócić, i ogarnąć apokalipsę, która na pewno panuje w Marcinkach.
W tym momencie zza zakrętu wyjechała karetka na sygnale. Bartosz wcisnął hamulec. SUV-em lekko zarzuciło, ale w końcu się zatrzymał.
– Dzięki, Janek. Mogę się z wami zabrać?– Pewnie.Było to wbrew przepisom, ale Bartosz, ratownik medyczny, od czasu do czasu wspomagał zespół wieluńskiego szpitala, a swoim się nie odmawia.
Przytknął dłoń do oczu i dał słonym kroplom płynąć po policzkach
Jej własna trójka, którą moment wcześniej zagoniła na piętro, wpatrywała się to w matkę, to w zamknięte drzwi z ciekawością i przerażeniem jednocześnie.– Mamusiu... – Najmłodsza, Antosia, wtuliła się w nią małym, drżącym ciałkiem.
W tym momencie do pokoju wpadła Magda. Rozszlochana, roztrzęsiona, niezdolna do wykrztuszenia choćby słowa. I Zosia musiała zająć się przyjaciółką.
Dzieci zbiły się na łóżku w oniemiałe stadko, a potem także zaczęły płakać, powtarzając niczym mantrę: „Mamusiu, nie płacz! Ciociu, nie płacz!”.
– on wrócił...
– I tego się trzymajmy. Wrócił. Odnalazł się. Cały i zdrowy. – Nie miała pojęcia, jak bardzo się myli.
– No już, kochana, otrzyj łzy, weź głęboki oddech i zajmij się dziewczynkami i Jędrusiem.
Nagle… zamarła, słysząc płacz dziecka. Odruchowo omiotła wzrokiem gromadkę tulącą się do Magdy. Jędruś spał spokojnie w łóżeczku pod oknem
– Madziu…? – spojrzała zdumiona na przyjaciółkę
Wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi, zbiegła na parter i… stanęła jak wryta, widząc Natalię tulącą maleńkie zawiniątko. To z niego dobiegał płacz.
– Co… skąd…? – zaczęła, wpatrzona w krzyczącego noworodka.
Natalia pokręciła głową.– Siergiej je przyniósł.– Siergiej?!– Tak. Wrócił z dzieckiem. Zakrwawiony. Zabrali go do samochodu i pojechali.Zosia musiała usiąść. Opadła na krzesło naprzeciw Natalii i nie odrywając wzroku od dziecka, próbowała cokolwiek zrozumieć.– Ale… skąd… czyje ono jest?
– Siergieja – padła cicha odpowiedź, a Zosia nagle zrozumiała. I zamieszanie na dole, i rozpacz Magdy.
On… Nie dość, że dotarł na Wigilię spóźniony
nie dosyć, że krew na posadzce jest najwyraźniej jego, więc musiał wdać się po drodze w jakąś bójkę, to jeszcze zdradził Magdę i przyniósł do domu dziecko!
– Zrób coś, żeby ona tak nie płakała.Natalia podetknęła jej rozkrzyczany tłumoczek, który zamiast budzić w niej macierzyńskie uczucia, przerażał ją, a gdy Zosia odruchowo wzięła dziecko na ręce… dziewczyna uciekła.
Dziewczynka o imieniu Michasia została przewinięta, nakarmiona i oddana pod opiekę Natalii, która wróciła do kuchni, gdy tylko krzyk ucichł.
na rodzinę Siergieja i Magdy spadło nieszczęście, a ona i Nataniel muszą zrobić wszystko, absolutnie wszystko, by pomóc przyjaciołom przez nie przebrnąć.
Czas spokoju i szczęścia, którym Bóg obdarował ich wszystkich, właśnie dobiegł końca.
– Słuchaj, bracie – zaczął Gazda tonem człowieka śmiertelnie zmęczonego – mieliśmy tu reanimację w drodze na salę operacyjną. Udała się. Siergiej żyje, ale jest w stanie krytycznym. Przetaczają mu krew i próbują ustabilizować, dopiero potem mogą zaczynać operację. Przekaż Magdzie te wiadomości ostrożnie i… nie obiecuj, że Sodarow z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że tak, ale naprawdę źle to wygląda.
Nataniel, zaciskający palce na telefonie, znów poczuł łzy pod powiekami. Nie może stracić kolejnej bliskiej osoby! Najpierw mama, potem Marta, teraz Siergiej… Czy na nim, Natanielu, ciąży jakieś przekleństwo?!
Magda leżała na wolnym łóżku, zwinięta w kłębek rozpaczy.(...)Nataniel przysiadł obok, ujął dłoń siostry w ręce i zaczął cichym, łagodnym głosem, ważąc każde słowo:– Siergiej żyje. Przygotowują go do operacji. Stracił dużo krwi, był skrajnie wyziębiony, ale…– Lepiej, żeby umarł – padły trzy suche słowa.
– Czy ty rozumiesz, co on mi zrobił? Zdradził mnie. Przyrzekał, że kocha. Ponad życie. Mnie i dzieci. A podle, okrutnie zdradził. Mało tego! Zrobił tej suce, kimkolwiek ona jest, dziecko, i przyniósł je… w Wigilię! Przyniósł, jak gdyby nigdy nic, do domu! (...) Zrobiłabym wszystko, żeby został. Żeby uratować rodzinę, dzieci. Ale on… Ja nie potrafię tego zrozumieć, jak mógł coś takiego zrobić dzieciom. Co ja im powiem? Że tatuś już mamusi nie kocha? Że wolał inną?
Bo przecież nie łamie się serca ukochanej osobie, prawda, Nat? Czy potrafiłbyś zdradzić swoją Zosię? No, powiedz! Pieprzyć się z jakąś dziewuchą, zrobić jej bachora i obdarować nim swoją ukochaną żonę w Wigilię?
Każde jej słowo Nataniel odczuwał jak cios prosto w serce. Każde zadawało mu niemal fizyczne cierpienie. Ale nie mógł zaprzeczyć żadnemu z nich.
Miała rację: gdyby przyszedł któregoś dnia, przyznał się do skoku w bok, poprosił o wybaczenie – wtedy może tak, może potrafiłaby mu darować, a z czasem zaufać – ale to nie było jednorazowe potknięcie. On musiał się z tamtą kobietą spotykać od dłuższego czasu, skoro z nią wpadł i przyniósł dowód tej wpadki do domu.
Jeszcze ci było mało! Musiałeś polecieć za jakąś suką jak niewyżyte bydlę.Miałeś za nic moją przyjaźń, bo siostry krzywdzić nie pozwolę nikomu.
Postaraj się na razie udawać, że wszystko jest okej. Przecież nie wiemy tak naprawdę, co się wydarzyło, czy to dziecko jest jego
– łgał siostrze w żywe oczy, bo sam nie miał co do tego żadnych wątpliwości
Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy.
Poza tym Sodarow zarobił nożem w brzuch, a to również nie zdarza się co dzień.
A może…? Może on walczył o to dziecko? Tym bardziej dowodziło to faktu, że jest jego ojcem.
– Nat, zabierz je. To dziecko. – Magda chwyciła brata za rękę i powtórzyła błagalnie: – Po prostu je sobie weź.
– Nie wezmę na wychowanie tego dziecka!– Dobrze. Na razie ma się nim kto zająć. Natalia przecież marzy, by zostać matką.

To w Bezdomnej też były jakieś dzieci spod płotu? W Jagódce na pewno.
OdpowiedzUsuńOk, przypomniało mi się, były na końcu. Widocznie Autorkasia bardzo lubi motyw dzieci leżących wszędzie jak papierki po batonach.
UsuńTak! Leżało pod krzakiem, to adoptowaliśmy jako bezpłodni prości ludzie. Aż sobie odświeżyłam:
Usuń"Właściwie to Dora, nasza collie, ją znalazła. Był ranek. Jechaliśmy na wczasy pod lipą"
"Co to za matka, co zakopuje maleństwo w lesie – tak pomyśleliśmy, gdyśmy Anię, bo nazwaliśmy córeczkę Ania, znaleźli"
Historia pozytywna i dająca nadzieję, jeżeli żyjemy w średniowieczu.
W Jagódce była Gabrysia zostawiona pod drzwiami przez prostych, zbyt płodnych ludzi? Słowo daję, Michalak musi nie wychodzić ze swojej wiejskiej posiadłości, bo mieszkańców wsi ukazuje jako chłopów pańszczyźnianych z lektur szkolnych, natomiast każda akcja w mieście narodziła się w jej telewizorze 30 lat temu, gdy oglądała amerykańskie filmy.
Czy w tym uniwersum zawsze, ale to kurwa zawsze, gdy ktoś nie wie co zrobić, pędzi w nieznane przed siebie bez żadnego planu? Oczywiście zawsze okazuje się, że na końcu czeka jakiś słodki dworek albo domek do wzięcia darmo. Żeby choć raz ktoś trafił do zapadłej popegeerowskiej wsi, w której ino remiza i spożywczak, i spostrzegł, że nie ma już busów powrotnych tego dnia.
OdpowiedzUsuńOddać dziecko do okna życia: źle. Jechać w przypadkowym kierunku kilka godzin, wleźć w zasypany śniegiem las nie znając drogi, holować wykrwawiającego się chłopa sto kilo żywej wagi (wszystko to z noworodkiem za pazuchą), zostawić dziecko i chłopa w śniegu na pastwę losu: jakoś lepiej.
Tok... "rozumowania"... bohaterów da się chyba wytłumaczyć tylko tym, że cała załoga dworku dzieli na spółkę jedną szarą komórkę. W ogóle jak miło, że nikt z kochającej się paczki przyjaciół i krewnych nie próbuje bronić czci Siergieja. Zdrada? No brzmi jak Siergiej, nie ma o czym gadać ¯\_(ツ)_/¯.
Ale liczyłam, że rozwiązaniem zagadki będzie wersja z Iwonką 😥. Tęsknię za nią, a do Michalak pasowałby recykling motywu z podrzuceniem dziecka.
Ten odruch biegu w nieznane włącza się nawet, gdy są już życiowo ustawieni (Nataniel chcący porzucić Emilkę po śmierci Marty i wyjechać; Natalia po seksie z Damianem, gdy chwilę wcześniej okazała się bezpłodna). Zero strategii, jak sarny na autostradzie!
UsuńDziecko może i dostało hipotermii i połamało nogi pod ciężarem Siergieja. Ważne, że matka w serduszku czuje miłość, wącha „pachnące oliwką włoski”, bo najważniejszym argumentem w przemyśleniach reszty bohaterów na jej temat będzie „a mogła zabić!”. Jak wiemy, złe kobiety w związku, gdzie są bite, robią aborcję (Oliwia), dobre nie myślą o przyszłości i zaniedbują dzieci. Okno życia jest pewnie tym samym co aborcja, po oknie życia zostaje wieczne potępienie.
Siergiej w sumie zdradził swoją wielką miłość Martę, ale wtedy mniej tracił, bo jego szwagrem nie był Nataniel, a teściem szwagra duży i groźny Mateusz.
Też tęsknię za Iwoną, w ogóle wszystkimi kobietami upadłymi. Przynajmniej nie dawały się tak szmacić.
Dziękuję za ten wpis i możliwość ponownej podróży do Uniwersum Obłędu Michalak! <3 Ałtorkasia jak najbardziej w formie. Czekam z ekscytacją na kolejny odcinek oraz boję się wyjść z domu, ale nie z powodu wirusa, tylko lękam się, iż ktoś mnie nagle obdaruje bąbelkiem.
OdpowiedzUsuńDziękuję za obecność, zawsze miło wiedzieć, że ktoś czyta ❤️
UsuńAle w domu też nie jest bezpiecznie. W każdej chwili może pojawić się w nim pasożyt przed trzydziestką, który wyruszył na ślepo w poszukiwaniu nowego gniazda.
No to się zabarykaduję w domu i będę przez 10 lat jeść zachomikowane w czasie pandemii rolki papieru toaletowego!!!
UsuńWspaniały wybór, pasożytom trzeba dogadzać, gotować im gołąbki i piec ciasta drożdżowe, więc takie rozwiązanie odstraszy potencjalnego Nata szykującego się, by wskoczyć przez komin!
UsuńOczywiście lepiej podrzucić dziecko przypadkowym ludziom niż oddać do okna życia. Gdzie tu logika?
OdpowiedzUsuńSiergiej święty nie był, ale żeby tak od razu rzucać oskarżenia?
Po oddaniu dziecka do okna życia z dużym prawdopodobieństwem ktoś próbowałby ją odnaleźć, dostałaby jakąś pomoc, a dziecko trafiłoby (jeśli w ogóle, wystarczyłoby żeby ktoś ją uświadomił o istnieniu alimentów) do normalnej rodziny. A fe! W ogóle nie byłoby intrygi.
UsuńUfff, w końcu miałem okazję nadrobić analizę.
OdpowiedzUsuńCO ZA ABSOLUTNIE KRETYŃSKA AKCJA. Już zdążyłem zapomnieć, jak durne rozwiązania fabularne lubi stosować autorka xd "Jasna" wzbudziła we mnie pokłady wesołości (nawet rozczuliłby mnie trochę ten realizm magiczny dla ubogich, gdyby nie płodziarstwo), na "zdradę" Siergieja jedyne co mogę, to przewrócić oczami. Natanielek nie zawodzi. Wciąż ten sam rozhisteryzowany przedszkolak, którego znamy i którym gardzimy <3
PS. Moja headcanon jest taki, że cała ta historyjka z "Jasną" jest na bieżąco konstruowana przez Nataniela, który aktywnie wypiera fakt, że obaj z Siergiejem zdradzili swoje żony ze sobą, czego owocem jest Tajemniczy Bombelek, więc by się wybielić w oczach rodziny zwala wszystko na nieprzytomnego kochanka :3
Aż mnie kusi, żeby zaspojlerować, co tym razem wyrabiał będzie Nataniel! A nie chcę psuć zabawy.
UsuńCudowny headcanon. Bohaterowie na zmianę wkładali maskę Pana Senatora do wyklucia Michasi. Na szczęście Siergiej nie jest w stanie mówić, więc Nataniel może popłynąć z wersją Magdy.
"Przecież ja nic nie umiem! Potrafię tylko ładnie wyglądać i sprzedawać się co bogatszym facetom." - C-co ona robila w tej kancelraii??
OdpowiedzUsuń"Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy." - Bezcenne :D
Kwiczalam czytajac, a ze jestem w pracy, to malo sie nie udusilam :D
Kancelarie w tym uniwersum najwyraźniej polegają na dziewczętach machających piersiami przed oczami klienta, by poczuł się swojsko przed omówieniem spraw, z którymi przyszedł. Taki klub Playboya.
Usuń"Noworodków nie znajduje się ot tak, pod płotem. Nie te czasy":
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhtz-EqwKvtSAJZPtbEr3-L-2FoVHx8fDz6WKpBtPKjkGAkULzZyXdc0ybVFqgXVpNEazVNMoibYqXOCqQEiTu4ZgvVOr7JIPD1tvIT8Gh84A0a7VlKEpnxmCLgmlTFUwjS17-QBqAqYO2VV1mnIhjwaLUnLqmlFcuM-RDj_dMjX5tWrLr5UdRK3bDFQg/s320/micha.png
xDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
UsuńO matko, czytałam twoje analizy lata temu i z ciekawości sprawdziłam bloga jeszcze raz, nie wierzę że jest jeszcze jedna część, po tylu latach!
OdpowiedzUsuńI zaczyna się z grubej rury, o matko xD
Podoba mi się sugestia że jeśli widzi się niemowlę którego życie jest potencjalnie zagrożone to nie będziesz go bronić, chyba że jesteś rodzicem.
Boże, ta cała akcja z całą trupą myślącą że Sergiej zdradził swoją żonę jest taka pokręcona, tak, facet który wyszedł z lasu i flaki mu się wylewają NA PEWNO wraca od kochanki z dzieckiem które jej zrobił, chryste Dx
Przecież to nie jest epoka wiktoriańska gdzie samotne matki mogą zdechnąć pod płotem, matka Michaliny nie mogła zaaplikować do jakiegoś domu samotnej matki, albo o pomoc do MOPSu czy coś? Przecież na pewno dałoby się coś wymyślić, ale co tam, ma być DRAMA